poniedziałek, 20 maja 2019

Festyn opowiadań™, wydanie III, Nr 186.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili", odc. 21


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


    Rozdział IX. Rafał, Churchill i inni (c.d.)


Kilka miesięcy wcześniej mama Rafała znalazła pracę w fabryce cukierków. Kiedy mama zawijała cukierki w papierki, Rafał zostawał pod opieką pani Morawskiej. Pani Morawska była gruba, jąkała się i zawsze wiedziała lepiej, w co Rafał powinien się bawić. Tego dnia Rafał miał oglądać katalog dywanów perskich, dywanów, które przed wojną sprzedawał jej mąż.

– Ppopatrz – mówiła pani Morawska – jakie piękne wzory. Tto jest lew, a tutaj jest kwiat. 

Rafał nie widział żadnego lwa. Kwiat, jeśli był, to krzywy i miał idiotyczne liście. W życiu Rafała było dużo nudnych rzeczy, takich jak oglądanie katalogu, a mało zabawek. Zabawki skończyły się zeszłej zimy, kiedy to mama wymieniła je u chłopów na jedzenie. Najbardziej żałował Rafał konia na biegunach. Wydawało mu się zresztą, że koń na biegunach nie był na wsi na miejscu. Prawdziwe konie na pewno by go nie lubiły i go kopały. Rafał wzdrygał się na myśl o kopnięciu przez prawdziwego ogromnego konia. Poza koniem Rafał żałował także hełmu strażackiego i trąbki.

Rafał ze znudzeniem przewracał strony katalogu i słuchał, jak pani Morawska rozmawia z sąsiadką z trzeciego piętra. 

– Oni mieli wsssszystkie pieniądze w kkakkao. 

Rafał wiedział, że pani Morawska mówi o jego rodzinie, bo od początku wojny mama ciągle narzekała na kakao. Początkowo nie dziwiło go to, bo nie lubił kakao, a szczególnie kożuchów z mleka. Później mama zaczęła mieszać kakao z pieniędzmi, i tego już Rafał nie mógł zrozumieć. Wreszcie kiedyś mama dostała list z kakao i wtedy okazało się, że kakao to była Komunalna Kasa Oszczędności. 

– Tttrzymali tam wszystkie pieniądze, bo dyrektor KKO był przyjacielem jej męża. Całą gotówkę wwwziął jej mąż na wojnę – ciągnęła dalej pani Morawska. – Kiedy kończyło się oblężenie Warszawy, dzień przed wejściem Niemców, KKO wypłacało wszystkie oszczędności. Tylko że trzeba się było tam dostać. Dyrektora nie było, bo też poszedł na wojnę, a gdzie tam się kobiecie dopchać do kasy w takiej panice. A Niemcy, jak tylko weszli, to zamknęli kasy i zaraz potem wymienili pieniądze. Mąż nie wrócił z wojny. A teraz to, co wolno wziąć miesięcznie, to pięćdziesiat nowych złotych. Tyle co dwa bochenki chleba. 

Rafał chciał zrobić papierowy samolot. Wprawdzie nie wiedział jeszcze dokładnie, jak złożyć kartkę papieru, aby wyszedł kadłub samolotu, ale postanowił spróbować. Papieru było pod dostatkiem – niektóre wzory dywanów w katalogu były tak bardzo brzydkie, że z pewnością nie powinny w ogóle tu być. Rafał wybrał taką stronę, wydarł ją i próbował złożyć, tak jak składał Maciek. Nie wychodziło, więc wydarł następną stronę. Przy wydzieraniu trzeciej strony zastała go pani Morawska. 

– Nic..., nic..., nic... – zacinała się pani Morawska.

Chyba chce powiedzieć, że nic się nie stało – pomyślał Rafał. 

– Nicpoń, nicpotem – eksplodowała pani Morawska – idź do kuchni i nie wychodź, dopóki cię nie zawołam. 

Przez uchylone drzwi Rafał słyszał, jak pani Morawska mówiła do sąsiadki: 

– Jego naprawdę trudno lubić. Jeszcze z tymi krostami, z tymi cieniutkimi rączkami. Ja wiem, że to szkorbut, krzywica i niedożywienie. 

Połowę stołu kuchennego zajmowała stolnica ze stożkiem białej mąki na środku. Rafał dotknął palcem wierzchołka. Strużka mąki zsunęła się w dół wzdłuż powierzchni stożka. Rafał zanurzył całą dłoń w mąkę. Mąka była miękka, ustępowała łagodnie pod palcami Rafała.

Pani Morawska ciągnęła: 

– Wwwie pani, czasem tak mi go żal, ale jest tak brzydki i odpychający, jeszcze w tych ubraniach po starszym bracie. A w dodatku jeszcze taki przemądrzały.

Podłoga wokół stołu pokryła się cienką warstwą mąki. Każde delikatne tupnięcie Rafała zostatwiało na podłodze precyzyjny ślad buta. 

Pani Morawska ciągnęła dalej: 

– Mmmiałam o nim taki straszny sen. Śniło mi się, że ma suchoty. To wydawało mi się logiczne, przecież on się garbi jak suchotnik. Śniło mi się, że widziałam go takiego malusieńkiego, bladego w łóżeczku i już nic nie mogło mu pomóc. 

Rafał nie chciał słuchać dalej. Postanowił uciec. Pójdzie na ulicę, będzie chodził wyprostowany, bez żadnego garbienia się. Kiedy będzie po godzinie policyjnej, złapią go Niemcy. Kiedy będą go rozstrzeliwać, on krzyknie do wszystkich: 

– To wina pani Morawskiej. Ją trzeba rozstrzelać. 

Tupał coraz mocniej, wiotkie obłoki mąki unosiły się w powietrzu. Przez mgłę ukazały się w drzwiach sylwetki pani Morawskiej z sąsiadką. 

– Boże ppprzenajświętszy. Mmoje klussski zmar... zmar... 

– Pani kłamie, ja się nie garbię! – krzyknął Rafał. 

Pani Morawska zastygła z otworzonymi ustami: 

– On wsszystko ssłyszał. Dddlaczego jja tyle paplę?

Pani Morawska otoczyła Rafała ramionami.

– Dziecko, jjja tylko żartowałam. Nie wwwierz w to, co mówiłam.

Rafał nie bardzo chciał uwierzyć pani Morawskiej. Poza tym nie chciał być tak blisko niej. Sam nie wiedział, dlaczego pomyślał:

Jakby ją chcieli rozstrzelać, to powiem, żeby tego nie robili. I powiem pani Morawskiej: – Mmoże pppani iść dddo dddooo... dddommmu.

Zwykle Rafał budził się pierwszy. Kiedy mama i Maciek spali dalej, Rafał leżał w łóżku, nudząc się. Nad łóżkiem wisiała przywieziona z przedwojennych wakacji w Zakopanem, pomalowana jaskrawymi kolorami góralska płaskorzeźba Morskiego Oka. Jezioro miało kolor niebieski. Z pobytu w Zakopanem Maciek i Rafał mieli ponadto po ciupadze. Ciupaga Rafała leżała teraz koło łóżka. Rafał sięgnął po nią, rozważając, czy można ją zaliczyć do zabawek. Byłaby to wtedy jedyna zabawka Rafała. Mama bez wątpienia uważała, że jest to zabawka, bo często, kiedy Rafał próbował się z mamą bawić, mówiła: 

– Teraz nie mam czasu. Idź pobaw się ciupagą. 

Były dwa możliwe sposoby używania ciupagi. Ciupagą można było walczyć, i jedynym dostępnym partnerem do walki był Maciek. Ale Maciek był cztery lata starszy, wiedział, jak walczyć, i mówił, że jest Janosikiem. W pierwszej walce tak uderzył Rafała w plecy, że Rafał nie mógł się wyprostować co najmniej przez godzinę. Drugim sposobem było walenie ciupagą w przypadkowo wybrane przedmioty. Jednak kiedy Rafał bawił się, waląc ciupagą w stół, to dostał od mamy burę, bo narobił szczerb. 

Rafał przyglądał się ciupadze, próbując zgadnąć, co jeszcze można nią robić. Zauważył, że wyciągając rękę, może ciupagą dosięgnąć obrazu. Delikatnie puknął ciupagą w jezioro. O dziwo – w jeziorze ukazała się mała brązowa rybka, a z obrazu sfrunął malutki płatek farby. Następne puknięcie wykreowało drugą rybkę. Rafałowi odpowiadała znakomicie rola kierownika jeziora. Leniwie mnożył stado ryb i myślał o bajkach. Poprzedniego wieczora mama opowiedziała mu bajkę o dzielnym królewiczu. Królewicz spełnił trzy życzenia króla i w nagrodę ożenił się z królewną. Na końcu bajki było huczne wesele. Mama zapytała:

– Jest bal w ogromnej, pięknie udekorowanej sali, oświetlonej pięknymi żyrandolami. Pełno tam ludzi, są rycerze, paziowie, szlachta. Czy podobałoby ci się tam?

– Pewnie. Każdy chciałby być królewiczem – powiedział Rafał.

– Miałbyś wtedy piękny kapelusz z piórami i błyszczący kaftan. Czy widzisz tam siebie?

Rafał zastanowił się. 

– Nie, nie widzę. Tam jest dla mnie za ładnie. 

Mama Rafała posmutniała. Kiedy mama odeszła, Rafał postanowił opowiedzieć jakąś bajkę sobie samemu. Rano mógłby powtórzyć ją mamie, co na pewno by ją rozweseliło. Na bohatera bajki wybrał czarodzieja. Niestety akcja szybko się zatrzymała, kiedy czarodziej nie potrafił wyczarować jedzenia i zabawek, a Rafał nie umiał go do tego przekonać. Zasnął więc, nie dopełniwszy swego celu. Teraz, rano, zastanawiał się, dlaczego nie umiał namówić czarodzieja do spełniania dobrych uczynków. Może to dlatego, że czarodziej był niedobrym człowiekiem. Wszyscy naokoło mówili, że pełno jest niedobrych ludzi.

Maciek obudził się, kiedy Rafał wypełnił już rybkami dolną część jeziora. 

– Daj, teraz ja – powiedział i brutalnie zabrał protestującemu Rafałowi ciupagę. Toteż, gdy po chwili Maciek obrywał od nieuczesanej jeszcze mamy burę za zniszczenie obrazu, a także za cyniczne zwalanie winy na Rafała, Rafał uważał to za słuszne i sprawiedliwe.

Było jedno interesujące zajęcie – pisanie na maszynie. Rafał przepisywał z „Baśni” Andersena i innych dziecięcych książek. Robił to pierwszej wojennej zimy i chyba nauczył się w ten sposób trochę czytać, choć nie był tego tak całkiem pewien, bo dużo tekstów znał na pamięć. Ponieważ taśma maszyny była dwukolorowa – u góry czerwona, a na dole czarna – Rafał mógł pisać ważniejsze części tekstu na czerwono. To zadowalało jego poczucie estetyki.

Przed wojną i aż do wiosny 1940 roku obok maszyny do pisania, maszynki do papierosów i telefonu stało w biurze radio. Na wiosnę 1940 roku zabrali je Niemcy. Przyszli wieczorem, przed siódmą, bo światło jeszcze było. Było dwóch Niemców w cywilu, jeden w mundurze, z karabinem, i do tego tłumacz, o którym mama później mówiła „ten czeski tłumacz”. Kiedyś pani Morawska zapytała:

– Skąd pani wie, że to byl Czech?

– Jestem o tym przekonana. Nie lubię Czechów za Zaolzie.

– Ostatnim razem to myśmy im wzięli Zaolzie, a nie oni nam – zauważyła pani Morawska. 

Niemcy, po natarczywym dobijaniu się, wtargnęli do mieszkania, gdy tylko mama otworzyła drzwi. Wyższy z cywilów sprawdził coś w cienkiej książeczce i zapytał: 

– Wo ist Felix Kozlowski?

– Gdzie jest Feliks Kozłowski? – przetłumaczył Czech. Cywil sprawdził w książeczce i powiedział:

– Kapitan Felix Kozłowski? Redaktor Felix Kozłowski?

Maciek trącił Rafała w plecy i szepnął:

– Oni są z Gestapo. 

Mama Rafała, jąkając się, powiedziała, że we wrześniu 1939 roku ojciec był na froncie wschodnim i dostał się do niewoli u bolszewików. Jest w obozie jenieckim w Kozielsku, koło Smoleńska. 

– Rafał, przynieś pocztówki od tatusia – powiedziała.

Dwie pocztówki od ojca, wyproszone od mamy, Rafał trzymał w swojej szufladzie. Były niecodzienne, inne niż te od rodziny z Lublina czy Krakowa. Na tych ostatnich Rafał mógł łatwo przeczytać na znaczku „Generalgouvernement”. Te od ojca miały jakieś dziwne litery, których nigdzie indziej Rafał nie widział.

Mama Rafała trzęsącymi się rękami pokazała Niemcom pocztówki. Uznawszy, że ojca Rafała nie ma, Niemcy stracili zainteresowanie i ze znudzeniem rozglądali się po pokoju. Oczy wyższego Niemca wędrowały przez półki biblioteki i zatrzymały się na maszynie do pisania. Ożywił się i powiedział coś do Czecha.

– Herr Unterkommissar postanowił, że zostanie zrobiona rewizja – przetłumaczył Czech. 

W biurze znaleźli radio. 

– Proszę panów – powiedziała mama Rafała – ja od wojny nie włączam radia, bo nie mam pieniędzy na elektryczność. 

Czech powiedział, że sprawa jest poważna. Herr Reichsminister Dr Frank przywiązuje ogromną wagę do wykonywania zarządzeń władz niemieckich w Generalnej Guberni. Herr Reichsminister uważa, że porządek prawny jest najważniejszy. 

– Dla tych, którzy tak jak pani i ja wiedzą, że Dr Frank jest prawnikiem, jest jasne, że jego opinia jest skutkiem zarówno decyzji naszego Führera, jak i zawodowej preferencji samego Dr. Franka – ciągnął dalej Czech. 

Mama Rafała była coraz bardziej zaniepokojona:

– Proszę pana, bardzo proszę, niech pan coś zrobi. To radio nie działa, mąż przed wyjazdem na wojnę poprawiał coś w nim i wyjął wszystkie lampy. – Tu mama otworzyła szufladę, do której nie wolno było Rafałowi zaglądać, a w której leżały błyszczące lampy radiowe.

Czech zastanawiał się przez chwilę. 

– Herr Unterkommissar – tu Czech pokazał głową na wyższego Niemca, który właśnie uruchomił mechanizm przełączania taśmy z czarnej na czerwoną i leniwie stukał w klawisze maszyny do pisania, rujnując ostatnie dzieło Rafała – jest bardzo uczulony na przestrzeganie prawa. Zachodzi tu jednak pytanie, czy rzeczywiście posiada pani radio, czy też jest to stek starych, nieużywanych części radiowych. Spróbuję zapytać Herr Unterkommissar, co on o tym myśli. 

Tu Czech wdał się w rozmowę z wysokim Niemcem. Pokazał na radio, wyjęte lampy i na mamę, Rafała i Maćka. Niemiec machnął ręką i wziął pod pachę radio. Powiedział coś do Czecha. Czech podniósł sztywne pudło maszyny do pisania, załadował maszynę do pudła i podał Niemcowi do drugiej ręki. Czech zwrócił się do mamy Rafała:

– Herr Unterkommissar zdecydował, że nieużywane części radiowe będą skonfiskowane. 

Drugi Niemiec rozejrzał się dookoła i podniósł ze stołu gramofon. Czech sięgnął po niebieski metalowy syfon, który sam robił wodę sodową. Wyraźnie zbierali się do odejścia. Żołnierz nerwowo rozglądał się dookoła, próbując znaleźć coś ruchomego.

– Proszę pana – zaprotestowała mama – dlaczego panowie zabierają nasze rzeczy? Co ja powiem mężowi, jak wróci?

Niższy Niemiec zrozumiał bez tłumaczenia, spłoszył się, odstawił gramofon i sięgnął po trzymany przez Czecha syfon. Czech, ociągając się, oddał go Niemcowi. Mama zaczęła głośno wyrzekać. Wyższy Niemiec wydawał się wahać. Spojrzał na trzymane w ręku pudło z maszyną do pisania i powiedział coś ostro do Czecha. Czech zwrócił się do mamy:

– Proszę pani, Herr Unterkommissar mówi, że w każdej chwili może panią aresztować. A za posiadanie radia grozi kara śmierci. 

Mama załamała ręce. Czech powiedział: 

– No to do widzenia. – Spojrzał na swoje puste ręce i sięgnął po płyty gramofonowe.

Mama przełknęła.

– To jednak pan też?

– Proszę pani – powiedział Czech – zrobiłem pani przysługę. Oni mogli panią rozstrzelać. A to tylko płyty. Ach te wasze polskie kabarety. Lubię Ordonkę, Zimińską. 

Zrezygnowana mama powiedziała: – Nie mam teraz kabaretów w głowie. 

Niemcy byli już w korytarzu, żołnierz otwierał drzwi. Rafał musiał coś zrobić. Nie mógł dopuścić do utraty maszyny do pisania, a nie można było liczyć na pomoc mamy. Gdyby mógł odwrócić na króciutki moment uwagę Niemców, może udałoby mu się schować maszynę. Powiedział do tłumacza:

– Panowie nie zrewidowali służbówki, a tam jest jeszcze dużo rzeczy.

Służbówka miała oddzielne wejście z klatki schodowej. 

Maciek zasyczał: – Gazetki, durniu.

Mama zzieleniała. Rafał o chwilę za późno uświadomił sobie, że w piecu w służbówce są ostatnie gazetki. Czech powiódł oczyma po wyraźnie zszokowanej mamie, przestraszonym Maćku i speszonym Rafale. Powiedział:

– Niech pani jeszcze raz wytłumaczy dzieciom, co to jest wojna. – I wyszedł za Niemcami.

W ten to sposób Rafał stracił maszynę do pisania. Strata nie była dotkliwa w lecie, kiedy było dużo zabaw na podwórku. Teraz, kiedy zaczynała się zima, Rafał odczuwał ją dotkliwie. Może dlatego, a może z innych przyczyn, Rafał zainteresował się polityką. Wiedział już, kim jest Hitler, a kim Churchill, wiedział też, że ostatnio Niemcy napadli na swoich dotąd serdecznych przyjaciół – bolszewików. Wiedział, że Niemcy są źli; jak mówiła pani Morawska, gdyby rewizja zastała ojca w domu, to już byłby rozstrzelany jak inni aresztowani. Bolszewicy też chyba byli źli – trzymali ojca w niewoli i nie pozwalali mu pisać listów do domu. Zima mijała głodno i nudno.

Pewnego dnia na wiosnę mama otworzyła list z Lublina i powiedziała: 

– Jedziemy na wieś... To znaczy do Lublina; wujostwo mają folwark, który leży w granicach miasta – objaśniła, widząc niezrozumienie w oczach Rafała.

Już pierwszego dnia w Lublinie ciocia powiedziała:

– Trzeba Rafała trochę odżywić. Musi być silny, żeby pracować przy żniwach. 

– Jajecznicą na boczku? – ucieszył się Rafał.

– No, nie codziennie, śniadanie będzie na zmianę: jajecznica i płatki owsiane. Dziś wieczorem przy kąpieli obejrzymy ciebie i zobaczymy, czego ci brakuje. Wtedy będziemy wiedzieli, co trzeba zrobić. 

Rafał nie miał ochoty na oględziny, wiedział, że nie wypadną one dobrze. Był chyba jeszcze chudszy niż wtedy, kiedy podsłuchał panią Morawską, a krosty wcale nie znikły. Wprawdzie próbował zawsze chodzić wyprostowany, ale co będzie, jak ciocia powie: „Rafał się garbi”. Albo kiedy powie: „Suchoty”. Wtedy nie ma już ratunku.

Oględziny nie wypadły jednak najgorzej. Ciocia nie mówiła nic o garbieniu się, o krostach powiedziała, że damy sobie z nimi radę później. Wujek powiedział, że Rafał ma prawą rękę silniejszą niż lewą, ale że temu też się zaradzi. Pokazał Rafałowi swoje muskuły i objaśnił, że to od ciągnięcia wody ze studni. – Powinieneś spróbować, jak twoje muskuły się rozwiną, kiedy będziesz ciągnął wodę – powiedział. Po kąpieli Rafał chciał iść ciągnąć wodę, ale wujek zaproponował, że może to zrobić rano. 

Króliki były w klatkach wzdłuż ściany stajni. Niektóre były szare, z kłapczastymi uszami, inne były czarne, ale najpiękniejsze były angory, białe, z czerwonymi oczyma i prawie przezroczystymi uszami, w których przeświecały delikatne żyłki. Rafał spędzał przy klatkach długie godziny. W końcu wuj powiedział, wskazując na dorodnego króla angorę:

– Ten duży król może być twój, pod warunkiem że znajdziesz dla niego dobre imię i będziesz się nim opiekował.

– Nazwę go Churchill. 

Wujek pomyślał chwilę: 

– Czy wiesz, co to jest konspiracja i co to jest pseudonim?

– Konspiracja jest przeciwko Niemcom, którzy są źli, i nikt nie powinien mówić o konspiracji przy obcych. Pseudonim to jest to, co używa się w konspiracji, zamiast prawdziwego nazwiska, żeby Niemcy nie wiedzieli. 

Wujek powiedział, że widzi, że Rafał zna się na konspiracji. Wobec tego Churchill będzie pseudonimem królika. Gdy królik ma pseudonim, to nie musi mieć nazwiska, bo przy obcych może być po prostu królikiem. 

– Jak będzie rewizja, to ja schowam Churchilla w stodole – powiedział Rafał.

Mijały letnie miesiące, zaczęły się żniwa, prowadzone przy gorliwej pomocy Rafała. Ciocia co tydzień ważyła Rafała na dużej gospodarskiej wadze, aby sprawdzić, czy przybywa mu wagi. Rafał natomiast, choć nie zawsze było to łatwe, ważył Churchilla, żeby sprawdzić, czy dobrze się nim opiekuje. Obu waga przybywała. W środku lata krosty Rafała znikły. 

W polityce Rafał nauczył się nowego nazwiska. Ciocia z wujkiem często rozmawiali o generale Sikorskim, co był w Londynie, ale dowodził polskimi armiami w Rosji, Afryce i Anglii. 

– Boję się, że ta wojna nigdy się nie skończy – mówiła ciocia.

– Niemcy są na krawędzi. To ich ostatni wysiłek, rozpędzili się za daleko. Amerykanie wygrali wielką bitwę morską u wysp Midway i odtąd będą panowali na Pacyfiku. Wojsko Polskie wychodzi z Rosji i wróci do kraju z Zachodu, razem z Rafała ojcem – pocieszał ciocię wujek.

Aż któregoś wieczoru Rafał znów spróbował opowiedzieć sobie bajkę o czarodzieju. Był to wieczór po dobrym dniu. Tego dnia po raz pierwszy Rafał wyciągnął dziesięć wiader wody ze studni i wujek powiedział, że takie coś to jemu samemu rzadko się udaje. Czarodziej Rafała miał elegancki cylinder, był w dobrym humorze i już, już był blisko, żeby zrobić dobry uczynek. Wciąż jeszcze czegoś mu brakowało. Rafal głowił się, co to mogło być. I raptem zrozumiał. Każdy czarodziej musi mieć w swoim kapeluszu królika.

Churchill był dokładnie tym, co było potrzebne. Teraz czary były łatwe. Czerodziej zamienił złego smoka w kłębek dymu, a zbója Madeja, który byl podobny do wysokiego Niemca, przywiązał do madejowego łoża. Po nakarmieniu siedmiu głodnych braci czarodziej zatarł ręce i powiedział:

– Komu jeszcze potrzeba dobrych uczynków?

Rafałowi podobała się ta bajka. 

Muszę pamiętać, żeby opowiedzieć ją mamie, kiedy wrócę do Warszawy. Może do tego czasu wojna już się skończy – pomyślał i zasnął.


KONIEC ODCINKA 21

Poszukuję współpracownika - chodzi o napisanie scenariusza bazującego na mojej twórczości. Proszę o kontakt mejlowy. 


Z profesorem Targowskim napisaliśmy książkę. Już wyszła z druku wydana w Oficynie Wydawniczej Kucharski.

W sobotę, 6 kwietnia 2019 w Fundacji Kościuszkowskiej w Waszyngtonie ( link tutaj ) odbył się wieczór autorski obu autorów. 

A w trzy tygodnie później profesor Targowski został laureatem konkursu "Wybitny Polak w USA":

Wyboru zwycięzców konkursu "Wybitny Polak w USA" w pięciu kategoriach określających różne profesje i dziedziny życia oraz aktywności zawodowej dokonała 30-osobowa Kapituła tej nagrody, składająca się z polonijnych liderów oraz przedstawicieli różnych organizacji i instytucji.

Po więcej szczegółów kliknij tutaj
Serdecznie gratuluję współautorowi.

Książkę Hybrydowi Polacy możesz kupić w księgarni internetowej - link tutaj, szukaj według tytułu lub nazwiska, albo w księgarni Bolesława Prusa na Krakowskim Przedmieściu na przeciw Uniwersytetu Warszawskiego.


A tak wygląda okładka książki - prawda że ładna? 

Oto co znajdziesz w książce:
Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?

I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.

Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.

* * *

A teraz o odcinku który przeczytałeś. Jeśli tekst podoba Ci się - zadbaj jak należy o miłość własną autora. Na samym dole tego postu znajdź słowo Reakcje i jeśli zechcesz kliknij na jedno z trzech okienek - czy to na "zabawne", czy też na "interesujące" albo "fajne".

Możesz też dodać komentarz.

Możesz też na Facebooku kliknąć na "Lubię to".

Jak dotąd Festyn Opowiadań osiągnął prawie pięćdziesiąt tysięcy otwarć.

Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.


Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i możesz ją polubić.


Ważne - Facebook zmienia swoje algorytmy i nie zawsze wyświetla prawidłowo moje posty. Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. W okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". 
Aby otrzymywać powiadomienia Facebooka o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań. Możesz też sobie opowiadanie wydrukować - naciśnij Print na dole ekranu. 

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować i kupić przez internet. 

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.

W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.



Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .

poniedziałek, 13 maja 2019

Festyn opowiadań™, wydanie III, Nr 185.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili", odc. 20



© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


          Rozdział VIII. Floren, czyli czerwony złoty (c.d.)

Największą monetą w zbiorach mojego ojca, i prawdopodobnie najmniej wartą, był miedziany pens, a najmniejszą – stary, mający setki lat grosz. Pens podobał mi się ze względu na wielkość i wagę. Głowiłem się, dlaczego na jednej ze stron miedzianego pensa jest pokazana siedząca i trzymająca jakąś dziwną dzidę pani w nocnej koszuli[1].

Grosz był kiedyś srebrną, teraz szarą blaszką, tak cienką, że miałem ochotę spróbować, jak się wygina. Zapobiegł temu strach przed Maćkiem. Ale pomimo obawy oberwania dokonałem czegoś innego – wykorzystywałem nieuwagę Maćka i podkradałem z kolekcji pensa z tą dziwną panią; wieczorem kładłem go sobie pod poduszkę. Pens ułatwiał zasypianie, a zasypiało mi się ciężko, bo w ogóle było ponuro. Nie dojadaliśmy, w mieszkaniu było zimno, kończył się węgiel, w ubraniach były dziury, a Maminy reżim oszczędnościowy już działał. Kilkakrotnie udawało mi się przetrzymać pensa przez dwa czy trzy dni, ale wcześniej czy później Maciek odkrywał kradzież i pens wracał do kolekcji.

Kilka lat później słyszałem rozmowę Mamy ze znajomą. Mówiła, że podczas gdy Maćkowi bardzo brakowało ojca, to mnie znacznie mniej:

– Maciek zrobił się agresywny, ale Andrzej nie. Andrzej był za mały, żeby stratę ojca odczuć.
Wreszcie, gdzieś pod koniec roku 1939 albo w początku 1940, przyszła pocztówka z wiadomością od ojca. Był w niewoli sowieckiej, w obozie w Kozielsku. A więc pod okupacją rosyjską. Kiedy wróci do nas? Nie wiadomo.

Po tej wiadomości, po uświadomieniu sobie, że niewola ojca może trwać nie wiadomo jak długo, i po wielokrotnych naradach ze znajomymi Mama wystąpiła o uprawnienia kuratora do opieki nad dziećmi i zarządzania majątkiem rodziny. I przez wyrok sądowy te uprawnienia uzyskała. Właśnie tego wyroku, tego dokumentu, teraz, w roku 2012, poszukuję w archiwach. Moje poszukiwania wiodą mnie przez rozrzucone po Mazowszu i Mazurach jednostki archiwum, od warszawskiego Krzywego Koła przez Milanówek aż do mazurskiej Nidzicy. I w Nidzicy, pięknej Nidzicy wyrok znajduję.

Opłacam koszt kopiowania, z kopiami wracam do Warszawy. W domu wyrok ogląda Ela. Patrzy na znaczki opłaty skarbowej, przygląda się hitlerowskiej wronie ze swastyką. Otrząsa się ze wstrętem. A ja myślę o tym mieście, w którym byłem dzieckiem – rządzonym przez Niemców mieście, gdzie wydający wyrok sędzia mógł, wyjrzawszy przez okno na ulicę, zobaczyć egzekucję ludzi zabijanych tylko za to, że są Polakami.

I przypominam sobie, że w dniu kiedy dotarła do nas ojcowska pocztówka, Maciek powiedział, że mogę tego pensa mieć. Na zawsze. Dodał tylko, żebym na niego uważał.

Przez jakiś czas Mama pakowała cukierki w jakiejś fabryczce, potem żyliśmy z wynajmowania pokoi. Miałem krzywicę, owrzodzenia skóry, dziurawe zęby. I byłem ciągle głodny. Kartki żywnościowe nie były w epoce wojen światowych nowym wynalazkiem. Nowym był przygotowany przez generalnego gubernatora doktora Franka program wygłodzenia całego narodu polskiego. Gubernator doktor Frank był z tego programu dumny, a ja byłem głodny. Co można było czasami dostać na kartki? Pamiętam marmoladę z buraków i chleb z domieszką otrąb. Reszta, jeśli w ogóle była, musiała być jeszcze gorsza.

Zimno. Było mi także zimno. Nie było węgla – węgiel był dla Niemców surowcem strategicznym. A także nie mieliśmy z Maćkiem ubrań – skoro nie ma pieniędzy, to nie ma ubrań. Główne pozycje listy moich ubrań w pierwszych latach okupacji to:
– serdaczek góralski z haftami – nabyty dla Maćka podczas wakacji w Zakopanem w lecie 1939 roku, kożuszek góralski – króciutki, nabyty dla mnie jak wyżej, ubranko marynarskie – nabyte dla Maćka w 1936 roku jako strój galowy.

W takich to strojach w jesienne i zimowe dni w każdej komórce mego ciała dygotały z zimna ogniwa podwójnego łańcucha DNA. W przedmiocie zimna stałem się fachowcem w odróżnieniu od kwatermistrzów Wehrmachtu – kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy niemieckich zginęło z zimna podczas walk pod Moskwą. Wtedy to gubernator Frank zarządził konfiskatę ciepłych ubrań na potrzeby Wehrmachtu, a także, żeby nie było w Generalnej Gubernii za lekko – połączył to z kontrybucją na te same potrzeby. Bałem się, że jedyne, co miałem ciepłego – futrzane rękawiczki – zabiorą mi dla Wehrmachtu.
# # #
Obraz okupacji w oczach dziecka ujmuję w dwóch następnych rozdziałach – dwóch opowiadaniach. Pierwsze z nich powstało piętnaście lat temu; pojawia się tutaj w oryginalnej formie. Drugie jest produktem ostatnich lat.

Rozdział IX. Rafał, Churchill i inni


Późną jesienią 1941 roku Rafał Kozłowski skończył sześć lat. Któregoś dnia, w połowie grudnia, cała rodzina, to jest mama, Rafał i Maciek, siedziała w kuchni w mieszkaniu przy ulicy Madalińskiego w Warszawie.

Musiało być już po siódmej wieczorem, bo nie było światła elektrycznego. Tej jesieni Niemcy zadecydowali, że elektryczność będzie wyłączana o siódmej, a godzina policyjna będzie zaczynała się o dziewiątej. Rafałowi wydawało się to głupie, bo jak można sprawdzić, czy już jest godzina policyjna, kiedy wszędzie jest ciemno.

– Lepiej, żeby wyłączali elektryczność o dziewiątej. Wtedy każdy by wiedział, że już nie wolno chodzić po ulicy, i Niemcy nie musieliby nikogo rozstrzeliwać – przekonywał Rafał mamę.
Mama Rafała poczerwieniała, przełknęła, zastanowiła się i powiedziała, że jak Rafał dorośnie, to będzie lepiej pewne rzeczy wiedział.

Jedynym oświetleniem kuchni był palnik gazowy. Trzy miesiące wcześniej mama Rafała odkryła, że wyjmując ruchome części palnika, można powiększyć wysokość płomienia gazu, a także jego jaskrawość. W kuchni było ciemnawo, cienie układały się na ścianach w fantastyczne wzory. Było fajnie, można było mówić o duchach. Rafał dziwił się, że sąsiadce z tego samego piętra, pani Morawskiej, nie podobało się takie oświetlenie:

– Pani Zofio, czuję dziwny zapach. Te spaliny są niezdrowe. Dzieci się zatrują.

– Pani chyba nie chce zrozumieć, że to jest najbardziej wydajne rozwiązanie – odpowiadała mama Rafała – zarazem ogrzewanie i oświetlenie. To nie może być aż tak bardzo niezdrowe. A poza tym palimy tylko jeden palnik.

– Idź przynieś chleb i marmoladę z lodówki – powiedziała Rafałowi mama. Lodówka stojąca w jadalnym i wyłączona z kontaktu służyła jako spiżarka. Niewiele było w niej do trzymania.

Pogrążone w ciemnościach mieszkanie kojarzyło się Rafałowi z niedostępną dżunglą. W drodze powrotnej Rafał wcielił się w Robinsona Crusoe na myśliwskiej wyprawie w głąb bezludnej wyspy. Powrót z łupami polowania – bochenkiem czarnego chleba w jednej, a marmoladą w papierze w drugiej ręce – był trudny. Rafał ostrożnie się posuwał, przebiegając w myśli czyhające zasadzki. Najpierw było sześć krzeseł, zwykle stojących przy stole, ale niekiedy zdradziecko wysuwających podstępne, ludożercze mackonogi nawet na pół metra od stołu. O stole nie wolno było zapomnieć – czaiła się tam srebrzysta w ciągu dnia tuba gramofonu, próbująca wessać lub co najmniej ukąsić nieostrożnego podróżnika. Z poprzedniego spotkania z tubą Rafał wyniósł rozbity nos, a środkowa partia tuby łatwo widoczną szramę. Stojąca obok gramofonu maszynka do robienia papierosów była równie niebezpieczna. Spadając ze stołu, maszynka atakowała dotkliwie palce u nóg, szczególnie paznokcie. Dalej wzdłuż ściany, w rogu pokoju, był piec z dużymi brązowymi kaflami. Kafle pieca miały dziwny wzór. Kiedyś mama powiedziała, że to wzór flamandzki i że to są stylizowane tulipany. Taki czy inny, Rafałowi wzór się nie podobał. Dzień później, gdy o cztery lata starszy brat Rafała, Maciek, narzekał na dziury w butach, Rafał powiedział o butach, że są stylizowane. Dostał za to blachę w czoło.

Więc dalej był piec. Piec miał zwyczaj zdradliwie stawać na drodze tam, gdzie się można go było najmniej spodziewać. Był zawsze zimny. Czasem mama ukrywała w popielniku konspiracyjne gazetki, choć częściej chowała je do innego pieca, w służbówce. Następne były drzwi. Rafał nie zdążył wyliczyć sobie drzwiowych niebezpieczeństw, gdy – stało się – zawadził o maszynkę do papierosów. Maszynka, spadając, uderzyła Rafała w rękę z marmoladą. Plusnęła rozpryskująca się o podłogę brunatna masa. Rafał odskoczył do tyłu. Tu dopadła go noga krzesła, uderzając poniżej kolan i rzucając go na czworaki. Robinson Crusoe stawiał czoła gorszym przeciwnościom – pomyślał Rafał – ale nigdy się nie załamał.

Mama i Maciek czekali w kuchni. Otworzyły się drzwi i po chwili tyłem, na trzech łapach, wmaszerował Rafał. Czwarta łapa, to znaczy ręka, trzymała chleb, natomiast w zębach Rafała tkwił papier od marmolady. Rafał zatrzymał się i wymamrotał do drzwi:
– Marmara mupa.

Mama zawsze była dumna ze swojego opanowania. Zwykła mówić: – Żadnej paniki, tylko analiza, analiza, analiza. Zapytała:
– Chcesz powiedzieć, że upadła ci marmolada?

Rafał potakująco kiwnął głową. Dolna krawędź papieru dotknęła podłogi i przylgnęła do niej. Rafał szarpnął głową, papier napiął się jak cięciwa. Rafał szarpnął powtórnie, papier oderwał się od podłogi, zakreślił łuk i wylądował całą powierzchnią na twarzy Rafała. Rafał, zapominając o trzymanym chlebie, sięgnął ręką do twarzy i pisnął boleśnie, gdy chleb uderzył go w nos.
– Synku – powiedziała łagodnie mama – chodź tutaj.

Delikatnie oderwała papier od twarzy Rafała.
– To co będziemy jedli? – zapytał Maciek.
– Na kolację pozostał nam tylko chleb, i tak nie lubicie marmolady, bo tam nie ma ani cukru, ani śliwek, tylko buraki.
– A nie możemy zjeść czego innego?
– Nie, na dzisiaj nie mamy nic więcej. Nie było nic więcej na kartki. Ale za to przeczytam wam rozdział z W Pustyni i w Puszczy.
– Za marmoladę dostaniesz w łeb, a w dodatku masz ją w uchu – powiedział Maciek.




[1] History of the British Penny [...], Wikipedia, http://en.wikipedia.org/wiki/History_of_the_British_penny_(1901-1970) (data dostępu: 2.07.2011).



KONIEC ODCINKA 20


Poszukuję współpracownika - chodzi o napisanie scenariusza bazującego na mojej twórczości. Proszę o kontakt mejlowy. 


Z profesorem Targowskim napisaliśmy książkę. Już wyszła z druku wydana w Oficynie Wydawniczej Kucharski.


W sobotę, 6 kwietnia 2019 w Fundacji Kościuszkowskiej w Waszyngtonie ( link tutaj ) odbył się wieczór autorski obu autorów. 

A w trzy tygodnie później profesor Targowski został laureatem konkursu "Wybitny Polak w USA":

Wyboru zwycięzców konkursu "Wybitny Polak w USA" w pięciu kategoriach określających różne profesje i dziedziny życia oraz aktywności zawodowej dokonała 30-osobowa Kapituła tej nagrody, składająca się z polonijnych liderów oraz przedstawicieli różnych organizacji i instytucji.

Po więcej szczegółów kliknij tutaj
Serdecznie gratuluję współautorowi.


Książkę Hybrydowi Polacy możesz kupić w księgarni internetowej - link tutaj, szukaj według tytułu lub nazwiska.


A tak wygląda okładka książki - prawda że ładna? 

Oto co znajdziesz w książce:
Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?

I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.

Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.

* * *

A teraz o odcinku który przeczytałeś. Jeśli tekst podoba Ci się - zadbaj jak należy o miłość własną autora. Na samym dole tego postu znajdź słowo Reakcje i jeśli zechcesz kliknij na jedno z trzech okienek - czy to na "zabawne", czy też na "interesujące" albo "fajne".

Możesz też dodać komentarz.

Możesz też na Facebooku kliknąć na "Lubię to".

Jak dotąd Festyn Opowiadań osiągnął prawie pięćdziesiąt tysięcy otwarć.

Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.


Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i możesz ją polubić.


Ważne - Facebook zmienia swoje algorytmy i nie zawsze wyświetla prawidłowo moje posty. Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. W okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". 
Aby otrzymywać powiadomienia Facebooka o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań. Możesz też sobie opowiadanie wydrukować - naciśnij Print na dole ekranu. 

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować i kupić przez internet. 

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.

W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.



Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .

sobota, 4 maja 2019

Festyn opowiadań™, wydanie III, Nr 184.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili", odc. 19



© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


                 Rozdział VII. Przed wojną, czyli krypta 
                           Świętego Leonarda (c.d.)

Rok 1939. W mieszkaniu na Madalińskiego wybucha wojna domowa. Wojna o ułańskie czako. Siedmioletni Maciek dostał prezent od wujka z Krakowa – strój ułana Księstwa Warszawskiego. W tym stroju dosiadał konika na biegunach i w tym stroju prowadził na podwórku elegancki samochodzik na pedały (był to więc prototyp brygady motorowej generała Maczka – zmotoryzowanej kawalerii).

Ktokolwiek miał starszego brata, zna przesycające całe dzieciństwo uczucie niedowartościowania. Czymże mógł młodszy, trzyletni brat Maćka – Andrzej, czyli ja, się dowartościować jak nie czakiem. Kiedykolwiek więc Maciek spuścił czako z oczu, porywałem je, często nawet w pośpiechu nie zakładając go na głowę, po prostu wlokąc je za sobą.
Utarczki, wrzaskliwe, płaczliwe trwają ponad tydzień i kończą się zakupem podobnego stroju ułańskiego. Do stroju rodzice, wbrew ostrym protestom Maćka, dorzucają szablę w złotej, błyszczącej pochwie.
A skłócone dzieci nie wiedzą, że zbliża się koniec ich świata, zbliża się najokrutniejsza ze wszystkich wojna. 

Polski horyzont polityczny się zaciemnia. W styczniu 1939 r. minister Beck po rozmowach z Hitlerem uprzedza prezydenta i Śmigłego-Rydza, że jeśli „Niemcy podtrzymywać będą nacisk w sprawach drugorzędnych, Polsce grozi konflikt w wielkim stylu”[1].
Nastepuje alians z Anglią, społeczeństwo karmi się patriotyczną propagandą. Panuje przekonanie o niechybnym zwycięstwie, że za miesiąc będziemy w Berlinie. A co mówi Rydz-Śmigły poufnie: „Wobec ogromnej przewagi armii niemieckiej i jej środków technicznych będziemy w wojnie regularnej pobici [...]”[2].
Każdy podręcznik historii Polski opowie, co nastąpiło dalej.
Krótki mój własny komentarz. Buta, pycha – to nieodłączna cecha rządzących. No i pokazała się właśnie przed wrześniem. Powracających do kraju Witosa czy Korfantego osadzono w więzieniu. Rozmowy z opozycją skończyły się na niczym, demokratyzacji nie przeprowadzono. Co później, po klęsce, w Paryżu czy w Londynie poskutkowało partyjnymi awanturami i politycznymi świństwami.

Około 2 czy 3 września ojciec, według relacji Basi, oznajmia, że wyznaczono go do grupy urzędników transportujących polskie złoto przez Rumunię na zachód. Urzędnikom pozwolono zabrać rodziny.
Mama nie zgadza się na wyjazd. Mogę zrozumieć jej decyzję – tu w Warszawie jest wszystko, co biedna sierota gromadziła przez lata. Według niej dwa mieszkania stanowią gwarancję przeżycia rodziny.
6 września ojciec w mundurze kapitana wyjeżdża na front wschodni. Mam niejasne poczucie, że w trakcie obiadu, nie rozumiejąc, że to ostatni raz, kiedy widzę ojca, bawiłem się pod stołem. Ale może to mi się tylko tak wydaje.

Część czwarta

Wojna, okupacja, Katyń, powstanie

Rozdział VIII. Floren, czyli czerwony złoty

Jest rok 2012. Jesień, jestem w Warszawie. Właśnie dostałem mejl od Wiesława. Od naszej wspólnej podróży do Płocka Wiesław uważa się za partnera, takiego mniejszego – junior partner, w tym projekcie. Obecnie, choć od miesiąca jest w Stanach – jego pismo wysłało go tam, aby raportował o wyborach – wciąż moim poszukiwaniom kibicuje i teraz pyta o postępy. Mówię Eli o mejlu, o tym, że przesyła pozdrowienia od naszych przyjaciół z Oregonu, bo dotarł aż tam. Po oczach Eli widzę, że wraca myślami do dwudziestu spędzonych w Oregonie lat.

Odpowiadam Wiesławowi, że wciąż jestem na etapie szperania w archiwach i że teraz wizytuję Archiwum Państwowe m.st. Warszawy mieszczące się na Starym Mieście, na ulicy o pięknej nazwie Krzywe Koło. I ponieważ Wiesław uważa się za znawcę trylogii Sienkiewicza, pytam go, gdzie wspomina się tam o florenie.

W Archiwum Państwowym Warszawy poszukuję dokumentów z czasu okupacji. 6 września 1939, dzień, kiedy mój ojciec wyruszył na front, był szóstym dniem wojny. Od 9 do 19 września trwała bitwa nad Bzurą. Warszawa broniła się do 28 września. 17 września ze wschodu weszli Sowieci. Wojna trwała, dopiero 6 października pod Kockiem złożyła broń ostatnia zorganizowana jednostka Wojska Polskiego – samodzielna grupa operacyjna generała Franciszka Kleeberga. Był to koniec kampanii wrześniowej. Nastała okupacja, a właściwie dwie okupacje – niemiecka i sowiecka. Obie mordercze, nieludzkie.

Niemcy urządzali się w Warszawie, Alejami Ujazdowskimi przeszła hitlerowska defilada zwycięstwa, minął październik, minął listopad, a ojciec z wojny nie wracał. Wreszcie ktoś uciekający spod okupacji sowieckiej zawiadomił Mamę, że w kilka dni po wejściu do Polski Sowietów widział ojca w Tarnopolu. A więc, jeśli żył, to prawie na pewno był po stronie zajętej przez Sowietów. I tyle.

A okupacja stała się faktem i trzeba było w tej okupacji jakoś żyć, trzeba było nakarmić rodzinę. Ale w jaki sposób? Mama zaczęła od bilansu. Pieniędzy zero – tak samo jak w czasach Mamy sieroctwa. Formalnie mieliśmy pieniądze na rachunku w Komunalnej Kasie Oszczędności, ale ponieważ Niemcy zablokowali wszelkie rachunki bankowe, były one niedostępne. Pomoc rodziny – nie można na nią liczyć; ze strony Blanków właściwie nie było nikogo z pieniędzmi – co więcej, była przecież u nas Basia i też musiała jeść. A ze strony Olasów – po pierwsze nie było ich w Warszawie, a po drugie – Mama nigdy nie żyła z nimi blisko, bo słusznie czy nie, wszystkich mężczyzn z tej rodziny uważała za pijaków. Doświadczenie z pijącym, znienawidzonym ojcem spowodowało, że użycie alkoholu uznawała za zbrodnię główną.

Więc pieniędzy nie było, na pomoc rodziny Mama nie liczyła, a z innymi aktywami było też źle. No bo co pozostało? Było nasze mieszkanie na Madalińskiego, mieszkanie z wyposażeniem. To ocalało. Bo drugie mieszkanie, oddane pod wynajem – na Powiślu, na Dobrej – zostało zbombardowane – z piątego piętra spadły w dół schody, kuchnia i korytarz. W budynku ziała kilkunastometrowa wyrwa, a z dołu, z podwórka można było zobaczyć poruszane wiatrem pozbawione szyb framugi okien w ocalałych dwóch pokojach.
Była jeszcze dacza nad Jeziorem Rajgrodzkim w osadzie leśnej Tama – ale tam siedzieli Rosjanie.

Opisuję te ostatnie miesiące roku 1939 i próbuję zgadnąć, co w tych początkach okupacji myślała Mama. Którą rzeczywistość uznała za nienormalną? Czy tę z lat trzydziestych – lat dobrobytu, czy tę, a właściwie te – z lat nędzy: z lat sieroctwa i z czasu obecnego, okupacji?
Podejrzewam, że za nienormalne uznała lata dobrobytu. Czy zgadłem dobrze, czy pomyliłem się, tak czy inaczej Mama powróciła do nawyków z sierocego dzieciństwa. Hasłem Mamy stała się skrajna oszczędność, i tak już pozostało przez resztę Mamy życia. A później, już po powstaniu warszawskim, do hasła oszczędności dodała jeszcze jeden element – ciągłą gotowość, czujność. Nie szło Mamie o czujność socjalistyczną, ale o tę prostą czujność życiową nędzarza, tę wymagającą ciągłego oglądania się dookoła i zadawania sobie pytania: Kto mi teraz będzie chciał przywalić? W Mamy młodości byli to carowie i cesarze. Potem, jak idzie o Polskę i o naszą rodzinę, tymi przywalającymi byli kanclerz Adolf Hitler i pierwszy sekretarz Józef Stalin.

W imię takiej czujności aż do końca życia Mamy wanna w łazience naszego mieszkania napełniona była wodą przynajmniej do połowy. Tak było, bo trzeba być przygotowanym, przecież już dwukrotnie zdarzyło się, że tygodniami nie było wody w kranach – po raz pierwszy w czasie oblężenia Warszawy w 1939, a po raz drugi w czasie powstania. Czyż nie może się to zdarzyć po raz trzeci? Może, i trzeba być na to przygotowanym. Mama była przygotowana, ja nigdy takiej gotowości nie osiągnąłem. Pewnie dlatego, że mimo komunizmu moje życie, jak i rówieśników z mojego pokolenia, było szczęśliwsze.

Zanim zdążyłem powrócić do Maminego bilansu, dostaję odpowiedź ze Stanów, od Wiesława. Cieszy się, że kontynuuję projekt, o florenie nie wspomina nic. Spieszno mi notować dalej dylematy Mamy, więc odpisuję krótko:
– A zawsze mówiłeś, że trylogię masz w małym palcu. A nie masz.
Z bilansu Mamy wynikało, że trzeba rozpocząć operację spieniężania tego, co w mieszkaniu na Madalińskiego dałoby się spieniężyć.

Wybór padł na florena, zwanego także czerwonym złotym (tu tkwi odpowiedź na pytanie o trylogię – w Ogniem i mieczem książę Jeremi Wiśniowiecki poleca wypłacić panu Zagłobie dwieście czerwonych złotych). Tak rozpoczęła się afera o florena, afera, która jest, poza awanturą o czako, jednym z niewielu wydarzeń, jakie z czasów wczesnego dzieciństwa zapamiętałem.

Ojciec był kolekcjonerem. Kolekcjonował znaczki pocztowe, kolekcjonował monety, zebrał imponujący księgozbiór. Kolekcja monet rezydowała w dwóch metalowych szkatułkach. Sztandarowymi okazami kolekcji był ów szesnasto- czy siedemnastowieczny floren – tak zwany, bo był bity we Florencji, oraz, z tychże wieków, dukat – bity w Wenecji.
Mama podjęła próbę sprzedaży tych monet. Tak, Czytelniku, już zgadłeś: Oszukali. Ktoś miał kupić, był jakiś pośrednik, namówił Mamę do sprzedaży nie jednej, lecz obu monet, podkreślał, że kupcem będzie prawnik, adwokat, a więc bezpieczeństwo transakcji jest gwarantowane. W końcu zabrał monety, a w tydzień później przyszedł bez monet i bez pieniędzy, za to z jakimś tam tłumaczeniem. Oczywiście były lamenty, rozmowy z sąsiadkami, było ich współczujące kiwanie głowami, były jakieś namowy, wypytywania i śledztwa. Ale tego, co najważniejsze – pieniędzy – nie było.

Będąc niemym świadkiem dziejących się obok mnie rozmów, utożsamiłem słowo pośrednik ze słowem złodziej. A słowo adwokat do tej pory brzmi dla mnie podejrzliwie; może i powinno.
  Nie wiem, na ile mój brat Maciek tą aferą się przejął. Pamiętam za to, że wyprosił u Mamy    pozwolenie na bawienie się pozostałą kolekcją. Pamiętam, bo sam byłem zainteresowany –  uznałem, że pozwolenie dotyczy także mnie. Maciek był przeciwnego zdania i za próby  dotarcia do kolekcji często od Maćka obrywałem. Bo obrywanie jest zawsze przeznaczeniem  młodszego brata.





[1] Paweł Wieczorkiewicz, op. cit.
[2] Ibidem.

KONIEC ODCINKA 19




Z profesorem Targowskim napisaliśmy książkę. Już wyszła z druku wydana w Oficynie Wydawniczej Kucharski.


W sobotę, 6 kwietnia 2019 w Fundacji Kościuszkowskiej w Waszyngtonie ( link tutaj ) odbył się wieczór autorski obu autorów. 

A w trzy tygodnie później profesor Targowski został laureatem konkursu "Wybitny Polak w USA":

Wyboru zwycięzców konkursu "Wybitny Polak w USA" w pięciu kategoriach określających różne profesje i dziedziny życia oraz aktywności zawodowej dokonała 30-osobowa Kapituła tej nagrody, składająca się z polonijnych liderów oraz przedstawicieli różnych organizacji i instytucji.

Po więcej szczegółów kliknij tutaj
Serdecznie gratuluję współautorowi.


Książkę Hybrydowi Polacy możesz kupić w księgarni internetowej - link tutaj, szukaj według tytułu lub nazwiska.


A tak wygląda okładka książki - prawda że ładna? 

Oto co znajdziesz w książce:
Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?

I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.

Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.

* * *

A teraz o odcinku który przeczytałeś. Jeśli tekst podoba Ci się - zadbaj jak należy o miłość własną autora. Na samym dole tego postu znajdź słowo Reakcje i jeśli zechcesz kliknij na jedno z trzech okienek - czy to na "zabawne", czy też na "interesujące" albo "fajne".

Możesz też dodać komentarz.

Możesz też na Facebooku kliknąć na "Lubię to".

Jak dotąd Festyn Opowiadań osiągnął prawie pięćdziesiąt tysięcy otwarć.

Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.


Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i możesz ją polubić.


Ważne - Facebook zmienia swoje algorytmy i nie zawsze wyświetla prawidłowo moje posty. Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. W okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". 
Aby otrzymywać powiadomienia Facebooka o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań. Możesz też sobie opowiadanie wydrukować - naciśnij Print na dole ekranu. 

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować i kupić przez internet. 

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.

W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.



Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .