Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powstanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powstanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 października 2019

Festyn opowiadań™, wydanie III, Nr 196.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili", odc. 31

© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

Rozdział XIII. Powstanie (c.d.)

Te koszary SS interesowały mnie już przedtem. Widziałem SS-manów (nie mówiliśmy o nich „żołnierze”), jak ćwiczyli rzut granatem na placu przed budynkiem. Wjazd do koszar był zagrodzony szlabanem. Wartownik siedział w pomalowanej w czarno-białą jodełkę budce. Unikałem chodzenia chodnikiem po stronie koszar, w ogóle bałem się, gdy mijałem SS-mana na ulicy. Jednak na krótko przed powstaniem ciekawość przemogła strach. Na wszystkich rogach budynku koszar budowano bunkry. Wybrałem sobie róg najdalszy od bramy i godzinami przyglądałem się, jak pracują murarze. Zrobienie bunkra jest proste, jeżeli tylko budynek jest podpiwniczony. Usuwa się cegły z rogu – metr w górę i metr wzdłuż każdego boku. Buduje się nowy róg, wysunięty z pół metra wzdłuż każdej ściany budynku i zaopatrzony w poziome szpary strzelnicze. Tak właśnie zrobione były bunkry w koszarach SS. Później, kiedy murarze skończyli robotę, już tam nie chodziłem – bałem się, że w bunkrze może siedzieć SS-man.

Od któregoś dnia powstania zamieszkaliśmy w piwnicach na stałe, to znaczy – do kiedy Niemcy uciekną. Wydawało mi się, że wszyscy mieszkańcy domu przenieśli się do piwnicy, w każdym razie były tu wszystkie znajome dzieci. My z bratem i matką mieliśmy miejsce w środku piwnicznego korytarza. Siedząc na naszej koi, mogłem widzieć dużą rurę gazową wychodzącą z otworu w ścianie po mojej lewej stronie, przechodzącą pod stropem piwnicy i wchodzącą do otworu w ścianie po prawej stronie. Prawie każdego dnia wieczorem duży szary szczur wynurzał się z prawego otworu, dostojnie defilował wzdłuż całej długości rury i znikał po lewej stronie. W sposobie, w jaki szedł, było coś bardzo zdecydowanego. Bardzo szybko szczur stał się dla nas atrakcją, na którą co wieczór czekaliśmy. Więcej – szczur był dla nas wyzwaniem, chcieliśmy go zatrzymać. To Jacek Patycki wpadł na pomysł, żeby wystawić przeciw szczurowi żołnierzy. Zaczęliśmy od samotnego piechura w zielonym mundurze i brązowych butach. Szczur nawet się nie zatrzymał, w marszu barkiem strącił naszego bohatera i pomaszerował dalej.

Także każdego dnia wieczorem odbywało się nabożeństwo. Biuro administracji naszego domu, które było na parterze kilka metrów od drzwi od piwnicy, służyło za kaplicę. Śpiewaliśmy nabożne pieśni, przeważnie smutne, jak „Kto się w opiekę” albo „Z dymem pożarów”. Wieczory były więc uporządkowane, najpierw był szczur, a potem nabożeństwo. Czasami jednak szczur się spóźniał i musieliśmy iść na nabożeństwo bez niego.

Któregoś dnia SS-mani wypędzili nas na sąsiedni plac, gdzie na anemicznej trawie siedzieli już mieszkańcy z domu położonego między koszarami a nami. Z głośnika powieszonego na słupie nadali rozkaz Hitlera, najpierw po niemiecku, a później jakiś pan mówił dziwnie po polsku. Rozkaz mówił, że Warszawa ma być zniszczona, tak żeby kamień na kamieniu nie został. No i wtedy, jak ten pan to mówił, to sąsiedni dom – ten, który stał między nami a koszarami SS – zaczął się palić. Ludzie zaczęli płakać i wyrzekać. Mama mówiła, że zaraz podpalą nasz dom. Pan Grusza powiedział, że nie, bo nas Niemcy wypędzili bez rzeczy, a tamtym z sąsiedniego domu pozwolili zabrać na plac to, co mogli unieść z mieszkania. Powiedział, że nas nie podpalą. Rzeczywiście, po jakimś czasie mogliśmy wrócić do domu. Ludzie mówili, że i tak mamy szczęście, że to byli SS-mani, a nie Kałmucy. Podobno na Belgijskiej Kałmucy urządzili sobie zabawę i idąc wzdłuż ulicy, wrzucali granat do okienka każdej piwnicy.

Szczur wciąż miał przewagę nad naszą armią. Nawet trzech wyborowych żołnierzy nie mogło dać mu rady. Jeden z nich zaginął w czasie bitwy – wpadł za rurę do dziury w murze. Parę dni później inny żołnierz poległ w starciu – odłamała mu się podstawka.
Dorośli mówili, że będzie głód, i ciągle rozmawiali o żywności. Któregoś dnia pan Winter wpadł na pomysł, żeby zebrać pomidory z klombu na podwórzu. Problem był w tym, że klomb był w zasięgu ognia z koszar SS. Pan Grusza powiedział, że do dzieci nawet Niemcy nie będą strzelali. Nie wiem, dlaczego to byłem akurat ja, w każdym razie dostałem białą chorągiewkę i pan Winter powiedział mi, żebym poszedł zebrać pomidory z klombu. Nawet się nie opierałem, ale kiedy już mialem wyjść na podwórze, zacząłem się bać. Jedni mówili, że najlepiej, żebym się czołgał, inni – żebym po prostu wyszedł, powiewając białą chorągiewką. Nie pamiętam, co zostało zdecydowane, co zresztą i tak nie miało znaczenia, bo wyszedłem na jakieś trzy kroki do przodu i szybko uciekłem z powrotem. Powiedziałem panu Winterowi, że na klombie nie było już żadnych pomidorów. Pan Winter popatrzył na mnie, potem na klomb i powiedział:
– Rzeczywiście nie ma.
Na to pani Niczmanowa powiedziała:
– Co też pan opowiada, przecież tam aż czerwono od pomidorów.
Pan Winter powtórzył jeszcze raz, tym razem głośniej:
– Na klombie nie ma pomidorów.
Pani Niczmanowa popatrzała na pana Wintera i wybąkała:
– Rzeczywiście, nie ma.
Byłem zdziwiony, że dorośli tak szybko się ze mną zgodzili.

Szczur wciąż wygrywał bitwy. Nasz oddział grenadierów został zdziesiątkowany. Dowódca oddziału spadł z rury i został zmiażdżony butem któregoś z dorosłych.
Któregoś dnia Jacek powiedział, że w naszym domu jest pełno Niemców. Łatwo jest ich rozpoznać po nazwiskach. Pani Lindorfowa, pan Kochman, pan Żurman, pani Rotsztajnowa to wszystko Niemcy. Maciek powiedział, że Żydzi też mają niemieckie nazwiska. Jacek powiedział, że Żydów już nie ma, bo ich Niemcy w zeszłym roku wybili. Bulek Winter powiedział, że to, że Żydów już nie ma, to prawda, ale o Niemcach to nieprawda, bo mimo że Winter jest niemieckim nazwiskiem, on jest Polakiem, a Romek Hartman jest nawet powstańcem. Powiedział, że jego rodzina była w Polsce dwieście lat. Ja pomyślałem o Kryśce Hartman i przyznałem rację Bulkowi. Powiedziałem, że Jacek nie lubi pani Rotsztajnowej od czasu, jak oberwał za ganianie jej kota.

Piwnica była oświetlana lampami karbidowymi. Przed powstaniem Niemcy włączali elektryczność na kilka godzin dziennie. Teraz oświetlenie elektryczne skończyło się całkowicie w początku powstania. Zwykle dla oszczędności paliła się tylko jedna lampa, zawsze sycząc i migocząc, gdyż wysokość płomienia zależała od chwilowego ciśnienia generowanego gazu. Tego wieczoru paliły się dwie karbidówki, i w dodatku pan Winter załadował do nich więcej niż zwykle karbidu, aby dłużej świeciły. Chodziło o to, by pan Żurman, który przekradł się ze Śródmieścia, mógł zrelacjonować swoje przygody bez przerywania. Ulice Śródmieścia były zatarasowane barykadami, żeby ułatwić obronę przed niemieckimi czołgami. Barykady były zrobione z przewróconych tramwajów, samochodów, ułamków muru, bruku ulicznego, cegieł i takich rzeczy jak meble. Nie mogłem pojąć, jak można przewrócić tramwaj, ale byłem przekonany, że powstańcy wiedzą, jak to zrobić.

Barykada – to jest to, co musimy zrobić, aby pokonać szczura. Kiedy nasza armia będzie za barykadą, szczur nie może zwyciężyć. Rozdwoiłem uwagę – jednym uchem słyszałem Jacka mówiącego, że da na szczurzą barykadę swój drewniany tramwaj, a drugim – jak pan Żurman mówi, że niemieckie bomby przebijają sklepienia domów i eksplodują w piwnicy. I właśnie wtedy wybuchnęła karbidówka po mojej lewej stronie. W zamkniętym pomieszczeniu piwnicy niegłośny sam w sobie wybuch sprawiał wrażenie potwornej detonacji; górna część lampy wyleciała w górę, obracając się dnem do góry, i wbiła się w sufit tak, że palnik sterczał jak kaczy dziób do dołu. Teraz rzeczy zaczęły dziać się szybko i równocześnie. Pani Dobiecka, wskazując prawą ręką na kaczy dziób, piszczała:
– Bomba, aaa...

Jednocześnie lewą ręką próbowała zatkać sobie uszy w oczekiwaniu na wybuch. Pan Żurman wyprostował się i zakomenderował:
– Wszyscy padnij! Tylko bez paniki.
Z podniesioną głową, skoncentrowany pan Żurman wydawał się zdolny do opanowania każdej sytuacji. Pani Smolińska nie mogła tego widzieć, bo naciągnęła sobie na głowę koc leżący dotąd na jej kolanach. Spod koca dochodziło stłumione:
– Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna...

Cień pana Żurmana na ścianie piwnicy mówił mi:
– Ufaj dowódcy.
Krzyknąłem:
– Tak jest! – I rzuciłem się na ziemię, nie tracąc bomby z oczu. Piotrek powiedział:
– Proszę pana, proszę pana, mnie nie wolno padać w tym ubraniu.
A Jacek, trzymając w ręku drewniany tramwaj, zaczął przedzierać się w kierunku lampy, mówiąc:
– Ja muszę zobaczyć bombę.

Traf chciał, że pan Kowal, który na komendę pana Żurmana dał nurka pod pryczę, był na jego kursie. Jacek potknął się o nogi pana Kowala i wypuścił z ręki drewniany tramwaj. Tramwaj zakreślił parabolę i wylądował zderzakiem na dolnej części pleców pani Smolińskiej. Pani Smolińska odrzuciła koc, podniosła się i powiedziała:
– Jestem ranna. Trafił mnie odłamek.
Pan Żurman krzyknął:
– Sanitariusze. Rannych na punkt opatrunkowy.

Powiedziałem:
– Proszę pana, tu nie ma sanitariuszy.
Pan Kowal wstał spod pryczy i otrzepując się z kurzu, powiedział zimno:
– Panie Żurman, tu nie tylko nie ma sanitariuszy, ale tu nie ma bomby. Coś panu na rozum padło.
Pani Smolińska, masując obolałe miejsce, ze wzrokiem utkwionym w pana Żurmana powiedziała:
– Pełno tu dywersantów, którzy tylko czekają, żeby człowieka ugodzić w plecy – a po namyśle dodała: – Niektórych łatwo można rozpoznać, bo wszczynają panikę.
Od tej pory ceniliśmy karbidówki wyżej niż oświetlenie elektryczne.


Ciąg dalszy nastąpi.


KONIEC ODCINKA 30


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

Linki do poprzednich odcinków:


Odcinek 1   tutaj       Odcinek  2 tutaj           Odcinek 3 tutaj                 Odcinek 10 tutaj
Odcinek 4   tutaj       Odcinek  5 tutaj           Odcinek 6 tutaj                 Odcinek 11 tutaj
Odcinek 7   tutaj       Odcinek  8 tutaj           Odcinek 9 tutaj                 Odcinek 12 tutaj 
  Odcinek 13 tutaj      Odcinek 14 tutaj           Odcinek 15 tutaj              Odcinek 16 tutaj
  Odcinek 17 tutaj      Odcinek 18 tutaj         Odcinek 19 tutaj           Odcinek 20 tutaj
  Odcinek 21 tutaj     Odcinek 22 tutaj        Odcinek 23 tutaj            Odcinek 24  tutaj
  Odcinek 25 tutaj     Odcinek 26 tutaj        Odcinek 27 tutaj            Odcinek 28  tutaj
  Odcinek 29 tutaj


Rozdział XIII. Powstanie (c.d.)

Te koszary SS interesowały mnie już przedtem. Widziałem SS-manów (nie mówiliśmy o nich „żołnierze”), jak ćwiczyli rzut granatem na placu przed budynkiem. Wjazd do koszar był zagrodzony szlabanem. Wartownik siedział w pomalowanej w czarno-białą jodełkę budce. Unikałem chodzenia chodnikiem po stronie koszar, w ogóle bałem się, gdy mijałem SS-mana na ulicy. Jednak na krótko przed powstaniem ciekawość przemogła strach. Na wszystkich rogach budynku koszar budowano bunkry. Wybrałem sobie róg najdalszy od bramy i godzinami przyglądałem się, jak pracują murarze. Zrobienie bunkra jest proste, jeżeli tylko budynek jest podpiwniczony. Usuwa się cegły z rogu – metr w górę i metr wzdłuż każdego boku. Buduje się nowy róg, wysunięty z pół metra wzdłuż każdej ściany budynku i zaopatrzony w poziome szpary strzelnicze. Tak właśnie zrobione były bunkry w koszarach SS. Później, kiedy murarze skończyli robotę, już tam nie chodziłem – bałem się, że w bunkrze może siedzieć SS-man.

Od któregoś dnia powstania zamieszkaliśmy w piwnicach na stałe, to znaczy – do kiedy Niemcy uciekną. Wydawało mi się, że wszyscy mieszkańcy domu przenieśli się do piwnicy, w każdym razie były tu wszystkie znajome dzieci. My z bratem i matką mieliśmy miejsce w środku piwnicznego korytarza. Siedząc na naszej koi, mogłem widzieć dużą rurę gazową wychodzącą z otworu w ścianie po mojej lewej stronie, przechodzącą pod stropem piwnicy i wchodzącą do otworu w ścianie po prawej stronie. Prawie każdego dnia wieczorem duży szary szczur wynurzał się z prawego otworu, dostojnie defilował wzdłuż całej długości rury i znikał po lewej stronie. W sposobie, w jaki szedł, było coś bardzo zdecydowanego. Bardzo szybko szczur stał się dla nas atrakcją, na którą co wieczór czekaliśmy. Więcej – szczur był dla nas wyzwaniem, chcieliśmy go zatrzymać. To Jacek Patycki wpadł na pomysł, żeby wystawić przeciw szczurowi żołnierzy. Zaczęliśmy od samotnego piechura w zielonym mundurze i brązowych butach. Szczur nawet się nie zatrzymał, w marszu barkiem strącił naszego bohatera i pomaszerował dalej.

Także każdego dnia wieczorem odbywało się nabożeństwo. Biuro administracji naszego domu, które było na parterze kilka metrów od drzwi od piwnicy, służyło za kaplicę. Śpiewaliśmy nabożne pieśni, przeważnie smutne, jak „Kto się w opiekę” albo „Z dymem pożarów”. Wieczory były więc uporządkowane, najpierw był szczur, a potem nabożeństwo. Czasami jednak szczur się spóźniał i musieliśmy iść na nabożeństwo bez niego.

Któregoś dnia SS-mani wypędzili nas na sąsiedni plac, gdzie na anemicznej trawie siedzieli już mieszkańcy z domu położonego między koszarami a nami. Z głośnika powieszonego na słupie nadali rozkaz Hitlera, najpierw po niemiecku, a później jakiś pan mówił dziwnie po polsku. Rozkaz mówił, że Warszawa ma być zniszczona, tak żeby kamień na kamieniu nie został. No i wtedy, jak ten pan to mówił, to sąsiedni dom – ten, który stał między nami a koszarami SS – zaczął się palić. Ludzie zaczęli płakać i wyrzekać. Mama mówiła, że zaraz podpalą nasz dom. Pan Grusza powiedział, że nie, bo nas Niemcy wypędzili bez rzeczy, a tamtym z sąsiedniego domu pozwolili zabrać na plac to, co mogli unieść z mieszkania. Powiedział, że nas nie podpalą. Rzeczywiście, po jakimś czasie mogliśmy wrócić do domu. Ludzie mówili, że i tak mamy szczęście, że to byli SS-mani, a nie Kałmucy. Podobno na Belgijskiej Kałmucy urządzili sobie zabawę i idąc wzdłuż ulicy, wrzucali granat do okienka każdej piwnicy.

Szczur wciąż miał przewagę nad naszą armią. Nawet trzech wyborowych żołnierzy nie mogło dać mu rady. Jeden z nich zaginął w czasie bitwy – wpadł za rurę do dziury w murze. Parę dni później inny żołnierz poległ w starciu – odłamała mu się podstawka.
Dorośli mówili, że będzie głód, i ciągle rozmawiali o żywności. Któregoś dnia pan Winter wpadł na pomysł, żeby zebrać pomidory z klombu na podwórzu. Problem był w tym, że klomb był w zasięgu ognia z koszar SS. Pan Grusza powiedział, że do dzieci nawet Niemcy nie będą strzelali. Nie wiem, dlaczego to byłem akurat ja, w każdym razie dostałem białą chorągiewkę i pan Winter powiedział mi, żebym poszedł zebrać pomidory z klombu. Nawet się nie opierałem, ale kiedy już mialem wyjść na podwórze, zacząłem się bać. Jedni mówili, że najlepiej, żebym się czołgał, inni – żebym po prostu wyszedł, powiewając białą chorągiewką. Nie pamiętam, co zostało zdecydowane, co zresztą i tak nie miało znaczenia, bo wyszedłem na jakieś trzy kroki do przodu i szybko uciekłem z powrotem. Powiedziałem panu Winterowi, że na klombie nie było już żadnych pomidorów. Pan Winter popatrzył na mnie, potem na klomb i powiedział:
– Rzeczywiście nie ma.
Na to pani Niczmanowa powiedziała:
– Co też pan opowiada, przecież tam aż czerwono od pomidorów.
Pan Winter powtórzył jeszcze raz, tym razem głośniej:
– Na klombie nie ma pomidorów.
Pani Niczmanowa popatrzała na pana Wintera i wybąkała:
– Rzeczywiście, nie ma.
Byłem zdziwiony, że dorośli tak szybko się ze mną zgodzili.

Szczur wciąż wygrywał bitwy. Nasz oddział grenadierów został zdziesiątkowany. Dowódca oddziału spadł z rury i został zmiażdżony butem któregoś z dorosłych.
Któregoś dnia Jacek powiedział, że w naszym domu jest pełno Niemców. Łatwo jest ich rozpoznać po nazwiskach. Pani Lindorfowa, pan Kochman, pan Żurman, pani Rotsztajnowa to wszystko Niemcy. Maciek powiedział, że Żydzi też mają niemieckie nazwiska. Jacek powiedział, że Żydów już nie ma, bo ich Niemcy w zeszłym roku wybili. Bulek Winter powiedział, że to, że Żydów już nie ma, to prawda, ale o Niemcach to nieprawda, bo mimo że Winter jest niemieckim nazwiskiem, on jest Polakiem, a Romek Hartman jest nawet powstańcem. Powiedział, że jego rodzina była w Polsce dwieście lat. Ja pomyślałem o Kryśce Hartman i przyznałem rację Bulkowi. Powiedziałem, że Jacek nie lubi pani Rotsztajnowej od czasu, jak oberwał za ganianie jej kota.

Piwnica była oświetlana lampami karbidowymi. Przed powstaniem Niemcy włączali elektryczność na kilka godzin dziennie. Teraz oświetlenie elektryczne skończyło się całkowicie w początku powstania. Zwykle dla oszczędności paliła się tylko jedna lampa, zawsze sycząc i migocząc, gdyż wysokość płomienia zależała od chwilowego ciśnienia generowanego gazu. Tego wieczoru paliły się dwie karbidówki, i w dodatku pan Winter załadował do nich więcej niż zwykle karbidu, aby dłużej świeciły. Chodziło o to, by pan Żurman, który przekradł się ze Śródmieścia, mógł zrelacjonować swoje przygody bez przerywania. Ulice Śródmieścia były zatarasowane barykadami, żeby ułatwić obronę przed niemieckimi czołgami. Barykady były zrobione z przewróconych tramwajów, samochodów, ułamków muru, bruku ulicznego, cegieł i takich rzeczy jak meble. Nie mogłem pojąć, jak można przewrócić tramwaj, ale byłem przekonany, że powstańcy wiedzą, jak to zrobić.

Barykada – to jest to, co musimy zrobić, aby pokonać szczura. Kiedy nasza armia będzie za barykadą, szczur nie może zwyciężyć. Rozdwoiłem uwagę – jednym uchem słyszałem Jacka mówiącego, że da na szczurzą barykadę swój drewniany tramwaj, a drugim – jak pan Żurman mówi, że niemieckie bomby przebijają sklepienia domów i eksplodują w piwnicy. I właśnie wtedy wybuchnęła karbidówka po mojej lewej stronie. W zamkniętym pomieszczeniu piwnicy niegłośny sam w sobie wybuch sprawiał wrażenie potwornej detonacji; górna część lampy wyleciała w górę, obracając się dnem do góry, i wbiła się w sufit tak, że palnik sterczał jak kaczy dziób do dołu. Teraz rzeczy zaczęły dziać się szybko i równocześnie. Pani Dobiecka, wskazując prawą ręką na kaczy dziób, piszczała:
– Bomba, aaa...

Jednocześnie lewą ręką próbowała zatkać sobie uszy w oczekiwaniu na wybuch. Pan Żurman wyprostował się i zakomenderował:
– Wszyscy padnij! Tylko bez paniki.
Z podniesioną głową, skoncentrowany pan Żurman wydawał się zdolny do opanowania każdej sytuacji. Pani Smolińska nie mogła tego widzieć, bo naciągnęła sobie na głowę koc leżący dotąd na jej kolanach. Spod koca dochodziło stłumione:
– Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna...

Cień pana Żurmana na ścianie piwnicy mówił mi:
– Ufaj dowódcy.
Krzyknąłem:
– Tak jest! – I rzuciłem się na ziemię, nie tracąc bomby z oczu. Piotrek powiedział:
– Proszę pana, proszę pana, mnie nie wolno padać w tym ubraniu.
A Jacek, trzymając w ręku drewniany tramwaj, zaczął przedzierać się w kierunku lampy, mówiąc:
– Ja muszę zobaczyć bombę.

Traf chciał, że pan Kowal, który na komendę pana Żurmana dał nurka pod pryczę, był na jego kursie. Jacek potknął się o nogi pana Kowala i wypuścił z ręki drewniany tramwaj. Tramwaj zakreślił parabolę i wylądował zderzakiem na dolnej części pleców pani Smolińskiej. Pani Smolińska odrzuciła koc, podniosła się i powiedziała:
– Jestem ranna. Trafił mnie odłamek.
Pan Żurman krzyknął:
– Sanitariusze. Rannych na punkt opatrunkowy.

Powiedziałem:
– Proszę pana, tu nie ma sanitariuszy.
Pan Kowal wstał spod pryczy i otrzepując się z kurzu, powiedział zimno:
– Panie Żurman, tu nie tylko nie ma sanitariuszy, ale tu nie ma bomby. Coś panu na rozum padło.
Pani Smolińska, masując obolałe miejsce, ze wzrokiem utkwionym w pana Żurmana powiedziała:
– Pełno tu dywersantów, którzy tylko czekają, żeby człowieka ugodzić w plecy – a po namyśle dodała: – Niektórych łatwo można rozpoznać, bo wszczynają panikę.
Od tej pory ceniliśmy karbidówki wyżej niż oświetlenie elektryczne.


Ciąg dalszy nastąpi.


KONIEC ODCINKA 30

 

Poszukuję współpracownika - chodzi o napisanie scenariusza bazującego na mojej twórczości. Proszę o kontakt mejlowy. 


Z profesorem Targowskim napisaliśmy książkę. Już wyszła z druku wydana w Oficynie Wydawniczej Kucharski.

Książkę Hybrydowi Polacy możesz kupić w księgarni internetowej - link tutaj, szukaj według tytułu lub nazwiska, albo w księgarni Bolesława Prusa na Krakowskim Przedmieściu na przeciw Uniwersytetu Warszawskiego.


A tak wygląda okładka książki - prawda że ładna? 

Oto co znajdziesz w książce:
Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?

I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.

Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.

* * *
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować i kupić przez internet. 

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.

W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.



Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .


A teraz o odcinku który przeczytałeś. Jeśli tekst podoba Ci się - zadbaj jak należy o miłość własną autora. Na samym dole tego postu znajdź słowo Reakcje i jeśli zechcesz kliknij na jedno z trzech okienek - czy to na "zabawne", czy też na "interesujące" albo "fajne".

Możesz też dodać komentarz.

Możesz też na Facebooku kliknąć na "Lubię to".

Jak dotąd Festyn Opowiadań osiągnął prawie pięćdziesiąt tysięcy otwarć.

Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.


Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i możesz ją polubić.


Ważne - Facebook zmienia swoje algorytmy i nie zawsze wyświetla prawidłowo moje posty. Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. W okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". 
Aby otrzymywać powiadomienia Facebooka o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.



Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań. Możesz też sobie opowiadanie wydrukować - naciśnij Print na dole ekranu. 


sobota, 17 sierpnia 2019

Festyn opowiadań™, wydanie III, Nr 195.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili", odc. 30


Rozdział XIII. Powstanie

Co opisałem, kiedy wreszcie zacząłem mieć czas. Akurat tego amerykańskiego prezydenta, Billa Clintona, lubiłem, tak jak lubiłem jego poprzednika, sympatycznego, opowiadającego kawały Ronalda Reagana. Nie przychodziło mi więc do głowy, że Clinton może się za mnie, mieszkającego w mało ważnym stanie USA, w Oregonie, zabrać. Aż tu przyszedł rok 1994 – i jednak się zabrał.
Kilka lat wcześniej ruch zielonych wymógł na amerykańskim rządzie uznanie podgatunku północnej sowy plamistej[1], żyjącej w rozległych starodrzewach Oregonu, za zagrożony. Krótko potem w celu ochrony tego ptaszka Clinton podpisał zarządzenie zmniejszające o osiemdziesiąt procent pozysk drewna w Oregonie. A że od ponad stu lat drewno stanowiło bazę ekonomiczną tego stanu, to na początku lat dziewięćdziesiątych Oregon znalazł się w kryzysie. Trzeba było ciąć budżet stanowy, a pierwsze cięcia budżetu zawsze robi się w nauce. Tak było w Polsce, tak jest i w Ameryce. Tylko że właśnie wtedy mijało siedem lat mojej profesorskiej pracy i właśnie miał zdecydować się mój awans ze zwykłego profesora na pozycję profesora z zagwarantowanym zatrudnieniem aż do emerytury (tzw. tenure position).
Dziekan mojego wydziału był człowiekiem o usposobieniu zimnym, nie lubiliśmy się; przypuszczam, że poza mną nie lubił też i Clintona, i Reagana, a chyba i własnej żony. Dlatego też nie zdziwiłem się, że nie było w jego oczach jakiejkolwiek sympatii, kiedy po wyjaśnieniu mi sytuacji finansowej wydziału poinformował mnie, że awansu nie będzie. Patrząc na mnie tymi zimnymi oczyma, powiedział tak jak się w Ameryce przy takich okazjach zwykle mówi:
– You know, nothing personal, it’s strictly professional.
Trzeba było szukać nowej pracy. Należało się zastanowić, co chcę robić – w końcu miałem już w życiu wiele zawodów i zawsze mogłem się zabrać za coś nowego, zwłaszcza że nauczania nigdy nie lubiłem, a uczyłem tylko dlatego, że jedynie taką pracę mi w USA zaoferowano. Pierwsza rzecz, jaką zrobiłem, to założenie własnej firmy softwarowej. Specjalizowałem się w stabilności układów dynamicznych, miałem za sobą pięćdziesiąt publikacji naukowych, miałem zbudowany na ich bazie ciekawy software. Może uda się go sprzedać. Wystąpiłem też o dwuletnie stypendium NASA, przecież mój software mógł być zastosowany do obliczeń dynamiki obiektów w przestrzeni. I oczywiście przygotowałem kilkanaście wariantów mojego CV, i zabrałem się za ich rozsyłanie.
Ale wciąż miałem trochę wolnego czasu. Więc zabrałem się do pisania (a zanim znalazłem pracę, zdążyłem to, co pisałem, skończyć). Właśnie mijała pięćdziesiąta rocznica powstania warszawskiego, opisałem więc powstanie oczyma dziecka – tak jak je widziałem jako prawie ośmioletni brzdąc. Ten opis to załączone poniżej opowiadanie Król Szczurów.
Wszyscy wiedzą, jak to było z powstaniem: Najpierw w trakcie walk z trzydziestotysięczną Armią Krajową armia niemiecka zamordowała dwieście, a może tylko sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Potem żołnierzy Armii Krajowej umieszczono w obozach jenieckich, a tych mieszkańców, którzy nie zginęli, z miasta wyrzucono. Puste miasto okradziono, a po zakończeniu kradzieży większą jego część zburzono. Do spalenia i zburzenia miasta odkomenderowano specjalne oddziały Verbrennungskommando, Brandkommando i Sprengkommando.
Już poprzednio nazwałem powstanie polską Hiroszimą. Żaden polski konflikt zbrojny nie przyniósł takich strat, w żadnym bohaterstwo uczestników nie poszło aż tak na marne. Żaden konflikt nie był równie bezmyślnym, bezcelowym pociągnięciem.
Uważam, że mam prawo do wyrażenia swojej opinii. Uważam, że cudownie skonstruowane Muzeum Powstania Warszawskiego nie przekazuje prawdy historycznej. Bo opowieść o bohaterstwie powstańców to za mało. Potrzeba opowieści o zagładzie mieszkańców Warszawy. Mało tego. Potrzeba opowieści o dowódcach powstania – ludziach, którzy swoją niekompetencją czy głupotą spowodowali zagładę miasta. I o polityce, grającej w decyzji o powstaniu ogromną rolę. W moich sądach nie jestem sam – podobnie myślą przeciwnicy kultu sprawców-dowódców powstania warszawskiego[2]. Niestety ich strona internetowa nie znajduje się wśród linków wylistowanych przez Muzeum.
I nie jestem jedynym, który kwestionuje decyzje dowódców powstania. Po mojej stronie jest generał Anders, znaczna część historyków, wielu uczestników powstania. Pomimo tego, że bardzo trudno jest formułować jakiekolwiek słowa krytyki w obliczu takiego bohaterstwa uczestników powstania. Oskarżanie Hitlera, Stalina, aliantów zachodnich nic tu nie pomoże – tak, wszyscy oni są winni; niestety nie tylko oni. Warto zapoznać się z obszernym materiałem znajdującym się na wspomnianej wyżej stronie, można też wydrukować dostępną tam książkę Kulisy katastrofy powstania warszawskiego, jest też obszerna bibliografia tematu.
Po tym przydługim komentarzu pora więc na wspomnienia dziecka z powstania.

Król Szczurów. 

Pierwszego sierpnia 1944 roku miałem prawie osiem lat. Było słoneczne popołudnie. Siedząc w kucki, bawiłem się w kałuży pozostałej po przelotnym deszczu. Usłyszałem dźwięk przypominający wbijanie gwoździ i się podniosłem. Zobaczyłem eleganckiego pana strzelającego z dużego karabinu. Wylot lufy karabinu miał dziwny, lejkowaty kształt i wylatywał z niego płomień. Elegancki pan stał przy płocie sąsiedniego domu. Był w jasnobrązowych pumpach, mial szczupłą sylwetkę, na ramieniu, chyba prawym, miał biało-czerwoną opaskę. Nie zdążyłem zobaczyć nic więcej, gdyż nadbiegła moja matka i zaciągnęła mnie do piwnic kamienicy, w której mieszkaliśmy. W piwnicy, na prymitywnych ławach, przechowywanych przez dozorcę od czasu oblężenia Warszawy w 1939 roku, siedzieli już sąsiedzi. Mówili, że powstańcy zaczęli powstanie, że Warszawa będzie wolna, Niemcy uciekną, a potem przyjdą bolszewicy i czerwona armia.
czerwonej armii słyszałem pierwszy raz z pół roku wcześniej, w zimie, kiedy bawiliśmy się ołowianymi żołnierzami. Jędrek Kiełbasiński powiedział mi wtedy, że ona tak się nazywa, bo wszyscy żołnierze chodzą w czerwonych mundurach. Nie bardzo mu wierzyłem. Ołowiani żołnierze, którymi się bawiliśmy, ubrani byli na zielono i mieli brązowe buty. SS-mani z pobliskich koszar byli ubrani na czarno. Do czerwonego munduru żołnierze musieliby mieć czerwone buty, a żołnierze w takich butach nie chodzą. Jędrek Kiełbasiński próbował więc mnie oszukać. Kiedy mu to powiedziałem, dał mi syfona[3]. Ale teraz o czerwonej armii mówili dorośli. Mówili, że jak przyjdzie czerwona armia, to będzie „co twoje, to moje”. Co ważniejsze – mówili, że czerwona armia chodzi bez butów. To załatwiało sprawę. W czerwonym mundurze, ale boso – to było możliwe.
Mama była bardzo zdenerwowana, mówiła półgłosem, sama do siebie. To się jej rzadko zdarzało. Słyszałem:
– To szaleństwo, głupcy, zrujnują miasto, wszyscy zginiemy.
Nie wiedziałem, kim są „głupcy”, ale pytać było niebezpiecznie. Miałem pod powiekami obraz wysokiego pana, byłem pewien, że nigdy go nie zapomnę. Wiedziałem, że każdy strzał z jego karabinu był celny, i chciałem zobaczyć go triumfującego, ale z Mamą nie miałem szans. Mama była zła i można było oberwać.
Eleganckiego pana nie zobaczyłem już nigdy. Następnego dnia przyszedł do piwnicy inny pan, też powstaniec, miał biało-czerwoną opaskę na ramieniu. Był niższy i nie taki elegancki. Przyniósł po dwie marchewki na dziecko i mówił, że Warszawa jest prawie wolna i że na razie chodzenie po ulicach jest niebezpieczne. Mówił, że w związku z tym należy wykuć podziemne przejścia między piwnicami naszego i sąsiedniego domu. To mi się bardzo podobało.
Dzień czy dwa później Mama powiedziała, że teraz mniej strzelają i możemy wrócić do mieszkania, ale tylko do kuchni, bo jest osłonięta. Kiedy siedzieliśmy w kuchni, przyszedł Romek Hartman i okazało się, że on jest też powstaniec. Miał szeroki wojskowy pas i przypięty do pasa granat. Mama bardzo się dziwiła, że Romek jest w powstaniu, bo był tylko trzy lata starszy od mojego brata, a Maciek miał tylko dwanaście lat. Zapytałem go, czy ma rewolwer, bo chciałem, żeby mi pokazał, ale Romek powiedział, że broń zdobywa się na wrogu. Dodał, że lada dzień dostanie drugi granat, a tego, co ma, nie może dać mi do ręki, bo regulamin tego zabrania. Mama znów się zdenerwowała. W ogóle Mamę było teraz bardzo łatwo zdenerwować i lepiej było uważać. Ciekawy byłem, co się dzieje z Kryśką Hartman. Nie było jej w mojej piwnicy, bo Hartmanowie mieszkali w innym bloku. Na wiosnę tego roku Kryśka często, kiedy dorosłych nie było w domu, bawiła się z moim bratem. Kiedy bawili się u Kryśki, brat nie chciał mnie zabierać na zabawę, ale kilka razy bawili się u nas w domu i nie mogli mnie się pozbyć.
Już wiedziałem, co robił elegancki pan pierwszego dnia powstania. Nie dalej niż pięćdziesiąt metrów od naszego domu były koszary SS. Elegancki pan, razem z innymi powstańcami, próbował je zdobyć. Koszar nie zdobyli i wielu powstańców poległo. Nie wierzyłem, żeby ten pan mógł zostać zabity.





[1] Północna sowa plamista, Wikipedia, http://en.wikipedia.org/wiki/Northern_Spotted_Owl (data dostępu: 4.03.2011).
[2] Strona przeciwników kultu sprawców powstania warszawskiego, http://www.powstanie.pl/ (data dostępu: 7.03.2014).
[3] Wskazującym palcem prawej ręki rozgniata się czubek nosa ofiary, jak gdyby naciskając dźwignię syfona z wodą sodową.  


KONIEC ODCINKA 29. 




Drukuje się moja nowa książka. Wieczór autorski odbędzie się 6.09.2019 w księgarni Bolesława Prusa w Warszawie, Krakowskie Przedmieście 7, naprzeciw Uniwersytetu, o godzinie 17:30.






Poszukuję współpracownika - chodzi o napisanie scenariusza bazującego na mojej twórczości. Proszę o kontakt mejlowy. 


Z profesorem Targowskim napisaliśmy książkę. Już wyszła z druku wydana w Oficynie Wydawniczej Kucharski.

Książkę Hybrydowi Polacy możesz kupić w księgarni internetowej - link tutaj, szukaj według tytułu lub nazwiska, albo w księgarni Bolesława Prusa na Krakowskim Przedmieściu na przeciw Uniwersytetu Warszawskiego.


A tak wygląda okładka książki - prawda że ładna? 

Oto co znajdziesz w książce:
Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?

I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.

Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.

* * *
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować i kupić przez internet. 

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.

W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.



Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .


A teraz o odcinku który przeczytałeś. Jeśli tekst podoba Ci się - zadbaj jak należy o miłość własną autora. Na samym dole tego postu znajdź słowo Reakcje i jeśli zechcesz kliknij na jedno z trzech okienek - czy to na "zabawne", czy też na "interesujące" albo "fajne".

Możesz też dodać komentarz.

Możesz też na Facebooku kliknąć na "Lubię to".

Jak dotąd Festyn Opowiadań osiągnął prawie pięćdziesiąt tysięcy otwarć.

Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.


Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i możesz ją polubić.


Ważne - Facebook zmienia swoje algorytmy i nie zawsze wyświetla prawidłowo moje posty. Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. W okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". 
Aby otrzymywać powiadomienia Facebooka o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.



Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań. Możesz też sobie opowiadanie wydrukować - naciśnij Print na dole ekranu. 


niedziela, 27 sierpnia 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 105.

Po Powstaniu


Po Powstaniu

©Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Lotnik leżał na prawym boku. W wystającym z trawy ręku przyciskał do lewego boku ułamane śmigło z marmuru. Obok, uwiązane do śmigła, pasły się dwa wyleniałe wielbłądy koloru kawy z mlekiem. Niewidzące oczy lotnika ogarniały zachodnią część Placu Unii Lubelskiej. Na pierwszym planie stał, upstrzony u dołu kłębami wielbłądziej wełny, postument pomnika, dalej po lewej wypalona mokotowska rogatka, a na prawo budynek warszawskiej Straży Pożarnej.

Była wiosna roku 1945. Mniej niż rok minął od wypowiedzenia zabójczych słów: “jutro o piątej popołudniu rozpocznie pan działania”, a jeszcze mniej od momentu, kiedy któregoś dnia powstania, lotnik został strącony z postumentu swojego pomnika.

Tej wiosny, po powrocie do Warszawy, staliśmy się z bratem dziećmi warszawskich ruin. W naszych wędrówkach po Mokotowie klatki schodowe prowadzały nas do nieistniejących pięter, przeszliśmy też, odczytując napisy „мин нет”, pierwszą lekcję cyrylicy. Okupacja przyzwyczaiła mnie do nędzy, zachowywałem się beztrosko, choć od czasu powstania często śnili mi się goniący mnie SS-mani. Czasem we śnie ratował mnie olbrzymi ptak podobny do ptaka Roka z opowieści Sindbada Żeglarza, kiedyindziej budziłem się przekonany, że ginę. Kilkakrotnie Ptak uratował mnie także na jawie, jak kiedy w obozie w Pruszkowie okrył mnie swoimi skrzydłami i uczynił mnie niewidzialnym dla SS-manów.

Osobliwością ruin Placu Unii był, nietknięty zniszczeniem, już wspomniany, gmach Straży Pożarnej. Przed gmachem, na posterunku, obok usytuowanego na wyciągnięcie ręki i starannie wypolerowanego dzwonu, trwał okazały strażak dyżurny. Miał błyszczący srebrem, grzebieniasty hełm, do którego nie umywała się nawet setka wymiętych rogatywek berlingowców. Ubrany był w dobrze utrzymany granatowy uniform z błyszczącymi guzikami.U szerokiego, skórzanego pasa wisiał kształtny toporek. A na dodatek, na lewo od budki strażaka stał czerwony, gotowy do akcji wóz strażacki.

Straż Pożarna nie była jedyną atrakcją placu. Na otoczonym wyprutym torowiskiem tramwajowym okrągłym trawniku na środku placu – tam, gdzie lotnik, wielbłądy i postument - stał duży, trzymasztowy namiot. Nad namiotem, rozpięty na dwóch drągach, wisiał napis: „WIELKIJ CIRKUS DLA SWOBODNOJ POLSZY”. Przed namiotem stał zwykle gazik z interesującą, bo rosyjską rejestracją. Wielbłądy miały długie, żółte zęby i podrażnione pluły z wysoka.

W tym czasie zarabiałem sprzedając gazety na ulicach Mokotowa i często się na placu zatrzymywałem. Zaczynałem od strażaka i wozu strażackiego. Ani wóz strażacki ani strażak nie zwracali na mnie – ośmioletniego, przygarbionego mikrusa - najmniejszej uwagi, nawet wówczas, gdy towarzyszył mi Ptak. Po strażaku i wozie był namiot i wielbłądy.
Idąc dalej zatrzymywałem się na Wiśniowej przy wypalonych wrakach niemieckiej tankietki i wozu pancernego. Wieżyczką tankietki wciąż można było obracać kręcąc zacinającą się korbką – należało przy tym symulować strzały: - Ta, ta, ta, ta …

Z bratem i z kolegami z podwórka zajmowaliśmy się wyszukiwaniem i detonowaniem wszystkiego, co strzelało i wybuchało. A było tego dużo. W jednym z domów zrujnowanej Marszałkowskiej, w okolicy Litewskiej kryły się skarby. Pod opadłymi stropami pięciu pięter budynku zasypany był magazyn sklepu z bronią myśliwską. Któregoś pięknego majowego dnia wygrzebałem tam z gruzu trzy śrutowe naboje do dubeltówki. Z cennymi nabojami w ręku szedłem, już spóźniony, do pracy – do rozdzielni w drukarni „Życia Warszawy” na Polną. Po drodze rozważałem jak daleko doleci śrut, jak głośne będą wybuchy, czy może da się ustrzelić gołębia. No i jak odstrzelić naboje bez dubeltówki. A może rozpalić ognisko we wraku tankietki i wrzucić tam naboje – pancerz na pewno wytrzyma. Ale w tankietce nie ma gołębi. Miałem więc dużo do myślenia, gdy stanąłem obok strażaka aby pogapić się na błyszczący chromami wóz.

- Co tam masz w ręku? Dawaj– strażak pochylił się nade mną, chwycił mnie za ramię, a odbity od jego hełmu promień slońca uderzył mnie w oczy. Wiszący u pasa strażaka srebrny toporek był na wysokości mojego czoła. Na tyle na ile mogłem, odwróciłem się od niego i cofnąłem rękę z nabojami za siebie. Zwrócony byłem twarzą do wypalonej rogatki.

Tylko Ptak mógł uratować moją zdobycz. Ale czy zechce? W czasie powstania, kiedy wołałem o jego pomoc, nie przyszedł i nie ocalił pana Pruskiego, kiedy SS-mani prowadzili go na rozstrzelanie.
Nad rogatką zobaczyłem na niebie czerwoną rakietę. Wskazałem ręką:
– Tam! Czerwona rakieta!

Strażak, nie wypuszczając mnie, odwrócił się w stronę rogatki. Próbowałem uwolnić się z jego uchwytu, gdy usłyszałem strzały. Przed cyrkowym namiotem strzelał z pepeszy sowiecki żołnierz. Lufa pepeszy podniesiona była wysoko w powietrze. Nad rogatką ukazywały się czerwone, zielone i białe rakiety. Na gmachu drukarni zawyła syrena. Strażak puścił mnie i chwycił za sznur dzwonu alarmowego. Odbiegłem kilka kroków w stronę rogatki:

- Dziękuję ci Ptaku, że przyszedłeś mi z pomocą.
Od Puławskiej biegł z pistoletem w ręku oficer Berlinga, krzycząc:
- Koniec wojny. Wolność. Hitler nie żyje.
Przestraszone strzelaniną wielbłądy szarpały marmurowym śmigłem a lotnik wciąż obejmując śmigło kręcił przecząco głową tak jakby mówił:
- Nie, nie, nie.... Tyle śmierci a przecież jeszcze nie wolność.


KONIEC

Następne opowiadanie za tydzień.

Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć. Numery 99 i 100 nie ukażą się.

Za tydzień następny odcinek Festynu Opowiadań.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

   Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań.



Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.



Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .