Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 marca 2019

Festyn opowiadań™, wydanie III, Nr 177.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili", odc. 13


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)



Rozdział IV. Moja matka Erna Zofia Olasowa (c.d.)


Historia jednego mieszkania. Aha, zanim Wiesławowie wyszli, opowiedziałem im coś, co zilustrowało energię, twardość i zdecydowanie Mamy, kiedy tak jak wiele polskich kobiet stawiała czoła Hitlerowi i Stalinowi – dwóm tyranom Europy. Stawiała czoła z wściekłością, nienawiścią, popełniając niekiedy błędy, ale tylko dzięki niej nie doszło do całkowitego zniszczenia rodziny. Historię mieszkania opowiem tutaj, mimo że w ten sposób pogwałcę porządek chronologiczny tych wspomnień. Bo czuję, że właśnie tutaj jest dla tej relacji właściwe miejsce.
Wypędzeni z Warszawy po kapitulacji powstańczego Mokotowa, tułaliśmy się (my, tzn. Mama, mój brat Maciek i ja) po Polsce – o szczegółach będzie kiedy indziej. Oto, co pisze Mama:
Po zwolnieniu z obozu hitlerowskiego pod Krakowem około 10 stycznia 1945 roku [...] wyruszyłam szukać dzieci pociągiem krakowskim, który ugrzązł w Częstochowie w nocy na 16 stycznia. Gdy walki skończyły się, gromadką kilku osób po trupach przyprószonych śniegiem ruszyliśmy na Kozłowo, Kielce, Kamienną-Skarżysko, Radom. Szliśmy bardzo szybko mimo plecaków i mimo tego, że spadły mi śniegowce i nogi miałam sznurowane czapkami męskimi i tasiemkami. Gdy upewniłam się, że dzieci moje mogą jeszcze pozostać pod Radomiem, nadal pieszo poszłam przez Dęblin, Łaskarzew, Otwock, Michalin z resztką pieniędzy z pięćsetki wymienionej po drodze. Ratowano mnie darmowymi kartoflankami i kapustą, tylko w Kołbieli za godzinny sen na podłodze wiejskiej chaty musiałam zapłacić chustką z głowy. W Otwocku i Michalinie – garnuszki mleka i nocleg na słomie (żołnierskie wszy) wśród tłumu powracającego do Warszawy. Znowuż spadły mi owijaki na nogach i podtrzymywana przez współtowarzysza niedoli, ślizgałam się po gródkach zamarzającego śniegu do mostu[1] przez Wisłę. Ostatecznie przeszliśmy po lodzie, ostrzelani przez wartowników.
Mama spieszyła się, bo mieszkanie – cztery pokoje (sześć izb – bo jeszcze kuchnia i służbówka z oddzielnym wejściem) – w spółdzielni na ulicy Madalińskiego było tym jedynym z przedwojennego życia, co nam pozostało, jeżeli w ogóle pozostało. Okazało się, że pośpiech był wskazany, bo kto był pierwszy, ten był lepszy. Kiedy Mama dotarła na Madalińskiego, już ktoś w naszym mieszkaniu był:
Mróz, lód, gorączka. Tłumy wracających do Warszawy. Pobiegłam, bo był mróz i nie wiedziałam, czy będzie można nocować na Madalińskiego 42 m. 36. W naszym mieszkaniu były trzy kobiety, gdy dowiedziały się, że to nasze mieszkanie, oddały mi klucze, które tkwiły w zamkach, dały kawałek chleba za dwie noce spędzone na naszych łóżkach i poszły na Pragę do krewnych. Zamki były powyrywane, przez balkon wleźli trzej Borkowscy – handlarze rzodkiewkami i wódką. Mieli ochotę jeść i pić swoje zapasy ze mną. Wymówiłam się, że jestem chora na tyfus. Pomogło, uciekli na dół, gdzie zajęli numer 32, dopiero po trzydziestu latach sąd ich wyrzucił [...] Przez tydzień pijani Borkowscy z wódką i kiełbasą namawiali, bym oddała im trzy pokoje, bo po co kobiecie sześć izb, opowiadałam im i pokazałam listy od Włady Blankowej, że ona z rodziną i dziećmi już się zameldowała [...] Pieniądze spadały z godziny na godzinę. Dostałam pracę w mokotowskim Urzędzie Skarbowym. Przywożono nam zupy w kotle [...] Banki i urzędy skarbowe wypłaciły mi pieniądze za cztery miesiące wstecz. Wtedy Was dwóch sprowadziłam od Włady.
Z ocalonym mieszkaniem i zapewnioną zupą z kotła życie rodziny zaczęło układać się w regularny rytm powojennej nędzy; niczego lepszego wdowa z dwojgiem dzieci oczekiwać nie mogła i nie powinna (przecież rządził ten czy inny sekretarz). Powoli znikał z ulic gruz, kończyły się ekshumacje poległych powstańców, zaczęły nadchodzić paczki UNRRA. Paczki były nam bardzo, ale to bardzo potrzebne – byliśmy z bratem krzywiczni, ledwie, ledwie, we wrzodach i krostach, przeżyliśmy głód okupacyjny. Na pierwszych w moim życiu koloniach, niedługo po zakończeniu wojny, zjadłem, popijając kakao, pierwszą w moim życiu bielutką bułeczkę z masłem. Było to podczas niedzielnego śniadania. Zjadłem nie do końca, bo z łapczywości, a może z wrażenia, zwymiotowałem prosto na stół.
Złagodzić powojenną nędzę mogło wynajęcie części mieszkania – jednego, dwóch czy kilku pokoi. Nadarzyła się okazja – młodsza koleżanka Mamy z urzędu skarbowego, panna S., nie miała gdzie mieszkać. Mama zaoferowała naszą służbówkę i wynegocjowała jakąś tam skromną opłatę (chodziło przecież o kieszeń urzędnika). Wkrótce potem panna S. wyszła za mąż i stała się panią Ż. Zamiana litery S na literę Ż miała poważną konsekwencję – pan Ż. wprowadził się do służbówki. Niedługo potem pani Ż. udała się do urzędu kwaterunkowego, uzyskała na służbówkę nakaz kwaterunkowy[2] i zaprzestała płacenia za mieszkanie.
Innego pokoju Mama nie próbowała już wynająć, bo a nuż wynajmie go jakiś pan, nazwijmy go ŻŻ, i wkrótce pojawi się z nowym nakazem kwaterunkowym. Tak więc pieniędzy brakowało dalej i nędza trwała.
Mijały lata, zbudowano Trasę WZ, Marszałkowską Dzielnicę Mieszkaniową, już dobiegała końca budowa Pałacu Kultury imienia Józefa Stalina, a państwo Ż. wciąż w służbówce mieszkali. Mieszkali, kiedy przewodniczący Mao podbił całe Chiny, mieszkali, kiedy marszałek Stalin dogorywał na dywanie podmoskiewskiej daczy, mieszkali, kiedy zdemaskowano agenta imperializmu Berię, i mieszkali, kiedy zacząłem studia i kiedy profesor marksizmu-leninizmu podczas swojego wykładu przeczytał i omówił poniższy passus charakteryzujący stosunki pracy w ustroju socjalistycznym lub demokracji ludowej: „Wzajemne stosunki między ludźmi w procesie produkcji mają tu charakter stosunków koleżeńskiej współpracy i socjalistycznej pomocy wzajemnej pracowników wolnych od wyzysku”[3].
Ze względu na to, że Mama i pani Ż. (wtedy jeszcze panna S.) uczestniczyły w tym samym procesie produkcji, ich stosunki musiały mieć charakter koleżeńskiej współpracy i socjalistycznej pomocy wzajemnej; ponieważ tak nie było (zob. nakaz kwaterunkowy), natrafiłem na poważną lukę w wydawało się spójnej dotąd teorii marksizmu-leninizmu. Nadmienię, że znacznie później natrafiłem na owego wykładowcę – prowadził prywatny zakład optyczny i w mojej obecności brutalnie ganił swojego pracownika. Ale było to już znacznie później, wtedy kiedy modny stał się rewizjonizm. Uznałem wtedy za możliwe, że tak jak Święty Augustyn dowiódł, że antypody nie istnieją[4], tak rewizjoniści przeprowadzili dowód nieistnienia jakichkolwiek stosunków i stąd opieprzanie pracownika było zgodne z doktryną i dozwolone.
Kiedy tak zajmowałem się teorią marksizmu-leninizmu, Mama zajęła się praktyką. A musiała działać w pośpiechu, bo w spółdzielni krążyły pogłoski, że Państwo Ż. otrzymali przydział na nowe mieszkanie i planują naszą służbówkę odstąpić osobom trzecim. Obserwacja służbówki potwierdziła, że państwo Ż. już mieszkają gdzie indziej. Nie było czasu do stracenia.
Jestem w stanie precyzyjnie wskazać dzień, w którym Mama przystąpiła do działania. Był to 22 lipca roku 1955. Tego dnia w centrum Warszawy otwarto Pałac Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina[5]. Tłumy warszawiaków zgromadziły się przed pałacem, przemawiał premier Cyrankiewicz, grały orkiestry i były pokazy sportowe. A w mieszkaniu na Madalińskiego Mama stanęła przy ścianie przylegającej do służbówki i powiedziała:
– Przynieś młotek.
Kiedy Mama wykonała pierwsze uderzenie, dostrzegłem w tym geście podobieństwo do gestu pani dokonującej chrztu statku Sołdek, chrztu, który oglądałem w kronice filmowej. Po tym uderzeniu Mama wręczyła mi młotek. Prawie oczekiwałem, że powie:
– Płyń po morzach i oceanach. Rozsławiaj polską banderę.
Ale nie. Powiedziała po prostu:
– Kuj dalej. Tutaj.
Po kilku godzinach przez nieforemną dziurę dostaliśmy się do służbówki. Była nasza i odtąd już pozostanie na zawsze nasza.
Po wkuciu się do służbówki nastąpiła seria spraw sądowych, ponieważ państwo Ż. oskarżali Mamę o zagarnięcie mienia o znacznej wartości i o inne kryminalne postępki. W częstych wizytach w gmachu warszawskich sądów na ulicy (wówczas) Karola Świerczewskiego (dwie przesiadki) Mama dzielnie stawiła czoła wszystkim oskarżeniom; często, wracając z uczelni, byłem świadkiem strategicznych narad prowadzonych z życzliwymi sąsiadkami. W końcu, chyba po następnych pięciu latach, jeszcze zanim major Gagarin wzleciał w kosmos, pozwy ustały. W erę kosmiczną weszliśmy więc tak jak kosmonauci, lekko, bez bagażu procesowego.
Przychodzi mi do głowy jeszcze jedna myśl. A może jednak powinienem wystąpić o zwrot pałacu Blanka. Bo inne procesy o zwrot nieruchomości wciąż trwają. Na przykład Branickich o pałac w Wilanowie[6]. A pałac Blanka (podobno w pałacu Blanka podpisywano akces do Targowicy), jak i ten w Wilanowie są ładnie odnowione. Na renowację Wilanowa złożyli się Norwedzy[7]. Żaden z Branickich nie jest Norwegiem.

KONIEC ODCINKA 13




[1] Był to prowizoryczny most na palach, wybudowany w styczniu 1945 roku przy resztkach mostu Poniatowskiego. Most wysokowodny zbudowano dopiero w marcu.
[2] Nakaz kwaterunkowy mocno się trzyma, „Rzeczpospolita”, http://archiwum.rp.pl/artykul/19052_Nakaz_kwaterunkowy_mocno_sie_trzyma.html (data dostępu: 11.02.2011).
[3] Historia Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (Bolszewików). Krótki kurs, Książka i Wiedza, Warszawa 1953.
[4] Mariusz Agnosiewicz, Przyrodoznawstwo na biblijnych bezdrożachhttp://www.racjonalista.pl/kk.php/s,3449 (data dostępu: 21.02.2011).
[5] Otwarcie Pałacu Kultury, TVP Info, http://www.tvp.info/magazyn/kartka-z-kalendarza/otwarcie-palacu-kultury/2123629 (data dostępu: 31.08.2012).
[6] Tomasz Urzykowski, Braniccy wywieźli skarby Wilanowa, „Gazeta Wyborcza”, http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34889,10731111,Braniccy_wywiezli_skarby_Wilanowa__To_nie_pomowienie.html (data dostępu: 2.11.2011).
[7] Pałac w Wilanowie, Wikipedia, http://pl.wikipedia.org/wiki/Pa%C5%82ac_w_Wilanowie (data dostępu: 22.07.2011).



Z profesorem Targowskim napisaliśmy książkę. Już wyszła z druku wydana w Oficynie Wydawniczej Kucharski.

Kup w księgarni internetowej - link tutaj, szukaj według tytułu lub nazwiska.


A tak wygląda okładka książki - prawda że ładna? 

Oto co znajdziesz w książce:
Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?

I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.

Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.

* * *

A teraz o odcinku który przeczytałeś. Jeśli tekst podoba Ci się - zadbaj jak należy o miłość własną autora. Na samym dole tego postu znajdź słowo Reakcje i jeśli zechcesz kliknij na jedno z trzech okienek - czy to na "zabawne", czy też na "interesujące" albo "fajne".

Możesz też dodać komentarz.

Możesz też na Facebooku kliknąć na "Lubię to".

Jak dotąd Festyn Opowiadań osiągnął prawie pięćdziesiąt tysięcy otwarć.

Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.


Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i możesz ją polubić.


Ważne - Facebook zmienia swoje algorytmy i nie zawsze wyświetla prawidłowo moje posty. Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. W okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". 
Aby otrzymywać powiadomienia Facebooka o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań. Możesz też sobie opowiadanie wydrukować - naciśnij Print na dole ekranu. 

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować i kupić przez internet. 

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.

W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.



Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .








niedziela, 4 listopada 2018

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 163.

Kocioł ludożerców


Salvador Dali, Ludożerstwo


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

Obyś miał ciekawą młodość, odc. 13.

(poprzednie odcinki książki znajdziesz w postach Nr 151-162)

Niekiedy elegancko usadowiony w określonym roku epizod okazuje się być powiązany z wydarzeniami zachodzącymi w przyszłości, często już w wieku dwudziestym pierwszym. Akapit opisujący takie przyszłe wydarzenia poprzedzam symbolem XX1.

Wszystkie postacie jak i opisywane wydarzenia są produktem wyobraźni autora. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób jest wyłącznie przypadkowe, wydarzenia opisane w książce nie są opisem rzeczywistych wydarzeń.


Kocioł ludożerców

- Wczoraj w południe, zaraz po komunikacie o locie Gagarina, przybiegł do mnie magazynier, pan Stasio, z wiadomością: „Panie kierowniku – ruskie w kosmos polecieli. Jakiś Gagarin” – powiedziałem.

- A ty zapytałeś czy wszystkie, czy tylko jeden – powiedział Romek, spojrzał na rozdającego karty dyrektora i dodał – ściemniam.

- A właśnie, że nie. Powiedziałem: „Panie Stasiu, a nie wolałby pan, żeby to Polak poleciał? Choćby tylko jeden” I pan Stasio się tak jakoś zamyślił. I powiem wam, że ja też się zamyśliłem. A pan Stasio już nic więcej nie powiedział, tylko odwrócił się i wrócił do magazynu.

- Panowie młodzi, gram z wami w pokera, słucham kawałów, ale w stronę polityki nie kierujcie się, bo… - rzekł dyrektor.

- Bo pan dyrektor wyciągnie konsekwencje służbowe, a może też zapyta, gdzie są wasze dyplomy – powiedział szef kontroli technicznej, spojrzał na dyrektora i dorzucił – a ja przebijam.

- Wchodzę – rzekłem.

Przegranym, tak jak zawsze, został szef kontroli, dyrektor wygrał te swoje piętnaście złotych, a ja wygrałem sto pięćdziesiąt.

- Chyba wypada pokazać się na kreślarni – powiedziałem chowając pogniecione banknoty - kawał czasu tam nie byliśmy.

- No to jedźmy – odpowiedział Romek – ale powiem ci, że ugrzęźliśmy w tej firmie. Trzeba skończyć z pokerem i obronić te dyplomy.

Pomyślałem, że ma rację, że trzeba zrezygnować z pokera, z typowania totolotka i z rozmów o sposobach na wygranie miliona. O sytuacji, w którą zabrnęliśmy niecały rok temu trudno było powiedzieć, czy ma więcej dobrych stron czy złych. Wyglądało to tak: W poszukiwaniu pieniędzy zaczepiliśmy się z Romkiem w małej, oczywiście państwowej, firmie w branży lotniczej, Romek jako główny inżynier, ja jako kierownik jednego z dwóch zakładów i każdego pierwszego z entuzjazmem witaliśmy nasze wypłaty. To była dobra strona. Tą niedobrą stroną było to, że obiecaliśmy dyrektorowi firmy, że w ciągu najbliższego pół roku obronimy politechniczne dyplomy. Obiecywaliśmy z głębokim przekonaniem, szczerze, patrząc mu prosto w oczy. A teraz było już długo po terminie – zbliżał się już dziesiąty miesiąc i trwaliśmy na naszych stanowiskach chyba tylko dlatego, że dyrektor lubił grać w pokera.

* * *

Dosiadłem kupionego za moje kilkumiesięczne pobory (plus pożyczka od Romka) motocykla marki WFM i z uczepionym z tyłu na siedzeniu Romkiem wyruszyłem na naszą macierzystą uczelnię. Jadąc wciąż zastanawiałem się nad naszą sytuacją i przyszło mi do głowy, że z tym moim lenistwem i ociąganiem się z dyplomem doskonale wpisuję się w nastrój naszych kolegów na kreślarni. Tak jak oni wstępując na studia wierzyłem, że świat można ulepszyć, że niezadługo technika rozwiąże wszystkie, jakie by też nie były, światowe problemy. Teraz nasz romantyzm, romantyzm nowicjuszy z pierwszych lat studiów, zastąpiła apatia.

Caravelle

 Były ku temu powody, przede wszystkim doświadczenie polskiego października, ale był też, widoczny mimo nachalnej propagandy, zastój gospodarczy. Podczas gdy zachodnie fabryki już produkowały odrzutowe samoloty pasażerskie - brytyjskie Comety, francuskie Caravelle i amerykańskie Boeingi czy Douglasy, gdy dziesiątki tysięcy pasażerów lecąc przez Atlantyk oglądało pokryte wiecznym lodem góry Grenlandii, my w Polsce budowaliśmy jakieś tam miniaturowe samolociki, a Adam - kandydat na pilota Lotu - szkolił się na samolocie zaprojektowanym w Ameryce prawie trzydzieści lat temu. Wszyscy z nas, nie tylko ci najzdolniejsi, tacy jak Władek - geniusz naszego roku, zadawali sobie pytanie czy lotnictwo da nam szansę samozrealizowania się.

Z tymi myślami zaparkowałem moją WFMkę przy drzwiach do gmachu naszego wydziału, tuż obok innego motocykla, był to poniemiecki Zündapp. Poobijany i miejscami pozbawiony lakieru tak bardzo różnił się od mojego wypielęgnowanego pojazdu, że nie wytrzymałem i powiedziałem Romkowi:

- Patrz, co za wrak.

Na odpowiedź Romka nie zwróciłem uwagi, przypomniałem sobie o niej dopiero dzień później.

* * *

Na kreślarnię weszliśmy akurat w chwili, kiedy Władek objaśniał zasady procedury Fail-Safe:

- Katastrofy brytyjskiego Cometa dowiodły, że materiały używane w budowie samolotu, jak na przykład blachy pokrycia, nie są idealne wytrzymałościowo. Mają niemożliwe do wykrycia mikrodefekty, takie jak zanieczyszczenia materiału, czy mikropęknięcie. Konstruktor musi brać te fakty pod uwagę.

- Nie widać ich? – zapytał ktoś zza stojącej przy oknie deski kreślarskiej.

- Nie, są mikro. No i w trakcie intensywnej eksploatacji samolotu te mikrodefekty wskutek zmęczenia materiału powiększają się. Strukturę samolotu projektuje się więc teraz w ten sposób, aby nawet kiedy defekty powiększą się, są już widoczne i możliwe do wykrycia, struktura wciąż nie poddawała się uszkodzeniu. A dodatkowy trick polega na tym, że inspekcja czy to wizualna, czy inna, jest obliczona w czasie tak, żeby pomiędzy inspekcjami defekt nie mógł się powiększyć powyżej określonej krytycznej i już widocznej wielkości.

- Cześć wszystkim – powiedziałem.

Władek odwrócił się w naszym kierunku:

- Cześć czcicielom pięciu kart.

Podszedł do mnie i powiedział ściszonym głosem:

- Macie problem. Ten rudy asystent powiedział, że katedra potrzebuje waszych desek, a wy nie potrzebujecie, bo nic nie robicie. Macie zabrać rysunki i wyprowadzić się.

* * *

W pracy urzędowałem w niewielkim kantorku na dobudowanym do hali produkcyjnej podwyższeniu. Do kantorku wchodziło się po niechlujnie skonstruowanych schodkach – wizytującemu mnie Adamowi kojarzyły się ze schodami do mieszkania na Dobrej. Poniżej mnie znajdował się magazyn – królestwo magazyniera - pana Stasia.

Następnego dnia po wizycie na kreślarni, kiedy pod koniec dnia, po obchodzie mojego wydziału wspiąłem się do kantorku, usiadłem na krzesełku i jeszcze raz postawiłem sobie pytanie co należy zrobić, usłyszałem na schodkach kroki i głos:

- Panie inżynierze.

To musiał być pan Stasio, bo poza nim wszyscy moi podwładni mówili do mnie „panie kierowniku”.

- Panie inżynierze. Niech pan spojrzy – pan Stasio położył mi na biurko pomalowaną na czerwono tablicę. Wewnątrz białego obramowania widniała po lewej przebijająca się przez obłoki sylwetka Miga-15, a po prawej wypisane dużymi literami imię i nazwisko pana Stasia i tytuł kierownik magazynu.

- Kto to panu tak ładnie zrobił?

- Lakiernia.

- Nie wiedziałem, że mamy takich artystów.

Dla mnie? Dla mnie muszą być. Wystarczy wspomnieć.

Spojrzałem na pana Stasia. Stał z rękami na biodrach, wysoko podniesioną głową i wysuniętą do przodu szczęką. Dumny, wyglądał jakby urósł.

- Wyolbrzymiałem w bezmiar! [1] – powiedziałem.

Pan Stasio spojrzał na mnie pytająco.

- Nic, nic – tak mi się powiedziało. Bo był taki poeta, pisał sonety. Bardzo ładna tablica, panie Stasiu.

- Ja poezję też lubię – powiedział pan Stasio nie zmieniając pozy. Z dołu, od drzwi magazynu doszedł okrzyk:

- Panie Stasiu. Lakier trzeba wydać. Malarz czeka.

Zawsze stałem twardo po stronie rozumu, nie chciałem, aby takie czy inne chwilowe emocje wpływały na moje decyzje i starałem się, aby w moim wewnętrznym dialogu, tym który prowadzę sam ze sobą, przesłanka A prowadziła wprost do wniosku B. A co w odpowiedzi na jedno tylko słowo: „lakier” zrobił mój niesforny mózg? Znalazł w mojej pamięci trzy oddalone od siebie o miliony lat świetlnych fakty (takie astronomiczne terminy bardzo mi tutaj pasują), w jakiś dziwny sposób skojarzył je razem i z prędkością większą niż prędkość światła wyznaczył ich część wspólną. I proszę: zdarzyło się OLŚNIENIE, albo jeśli ktoś woli słowo obce - ILUMINACJĘ. Rzecz równie dziwna jak einsteinowskie upiorne działanie na odległość.

- Lakier. Zündapp. Kreślarnia – powiedziałem. Pan Stasio spojrzał na mnie pytająco.

- Olśnienie, panie Stasiu. Iluminacja.

Pan Stasio kiwnął głową i z tablicą pod pachą ruszył w dół po koślawych schodkach. A ja potrząsnąłem głową i powiedziałem do siebie:

- Rozpoczynam operację „Pomalowanie w naszej lakierni motocykla marki Zündapp po to aby wyglądał jak nowy i aby właściciel motocykla, którym jest według wczorajszej informacji Romka rudy asystent nie posiadł się z zachwytu, że jego motocykl może tak elegancko wyglądać, i żeby w konsekwencji tego zachwytu tenże rudzielec anulował dotyczący nas nakaz eksmisji z kreślarni”.

Z tą decyzją udałem się do pokoiku Głównego Inżyniera i powiadomiłem Romka o rozpoczęciu operacji.

* * *

- Wypijmy zdrowie dyplomowanego budowniczego polskiego przemysłu. Powiedz czego dokonałeś w tym tygodniu – powiedział trzy miesiące później Władek podnosząc w górę kieliszek wypełniony żubrówką.

- Były dwie sensacje – mała i duża – rzekłem – jeśli idzie o małą, to magazynier upił się spirytusem z remontowanego sztucznego horyzontu. Potem rozpłakał się i oświadczył, że jest grzesznikiem. A potem pytał mnie o jego miejsce w niebie. Czy jeśli okaże się ciężkim grzesznikiem, to jego miejsce w niebie przypadnie komuś innemu. Bo tak się zdarza w kolejce po mięso. Potem powiedział, że na życiu to on się zna.

- No a ta duża sensacja? – Władek z ciekawością rozglądał się po moim kantorku.

- Pojawił się u nas w przedsiębiorstwie wydział przestępstw gospodarczych.

- Przestępstw? Ten milicyjny? Biją?

- Milicyjny. Jeszcze nie.

Opowiedziałem Władkowi jak to dwa tygodnie temu zawitał do nas inspektor od przestępstw gospodarczych. Nie bił, powiem więcej - zdziwiło mnie, bo był sympatyczny. Pochodził kilka dni po zakładzie a potem przyszedł do mojego kantorku i powiedział: „Panie Andrzeju, czy na serio myśli pan o karierze w dziedzinie zarządzania? Bo wie pan, nie wszyscy tu pana lubią, może dlatego że jest pan taki młody, a może z innego powodu. A ci co pana nie lubią piszą na pana donosy. Tępi pan kradzieże. Ja bym panu odradzał. Niebezpiecznie.”

Przestałem mówić, bo przypomniałem sobie ruch ręki inspektora, kiedy położył na moim biurku gruby notes:

- Ostatnie trzy strony tego notatnika zawierają listę mienia państwowego ukradzionego w ciągu ostatniego roku. Pan się domyśla przez kogo.

- Magazynier! – Powiedziałem – a tak troszczył się o swoje miejsce w niebie.

- On to chyba będzie miał niebo w kratkę – powiedział inspektor – i nie on jeden. Ale co do pana – myślę, że nic tu po panu. Zjedzą pana. I nawet mają powód: „Zündapp”.

- Przecież zapłaciłem. W biurze za farbę, a lakiernikowi oddzielnie.

- Panie Andrzeju, użył pan państwowego sprzętu do prywatnego celu. Powtarzam – niebezpiecznie. Dżungla, a ludożercy dookoła.

* * *

Dwa tygodnie później zadzwonił do mnie Władek z wiadomością, że władze postanowiły utworzyć nowy instytut problemów mechaniki. Zastanawiał się czy się tam nie przenieść, bo z dotychczasowych informacji wynikało, że jednym z organizatorów jest młoda gwiazda polskiej nauki – profesor K. Namawiał i mnie i Romka.

Odłożyłem słuchawkę. Popatrzyłem na krzesło, na którym niedawno siedział milicyjny inspektor, przypomniałem sobie jego ostatnie słowa i wyobraziłem sobie dżunglę, nieustanne dźwięki tam-tamów, parujący ogromny kocioł i wskazującego na mnie trzymaną w ręku metrowej długości warząchwią szefa kontroli technicznej. Zdecydowałem, że będzie lepiej, jeżeli spróbuję swoich sił w nauce.


[1] Leopold Staff, „Ja – wyśniony”, z tomu „Sny o potędze”:

Wyolbrzymiałem w bezmiar! Moc pierś mi przenika!
Stopy wsparłem o ziemię, co wobec mnie małą,
Drobną się zdaje kulą. Ogromne me ciało
Równowagę wciąż chwyta gibkim ruchem żbika.

KONIEC


Z profesorem Targowskim napisaliśmy książkę. Już wyszła z druku wydana w Oficynie Wydawniczej Kucharski.

Kup w księgarni internetowej - link tutaj, szukaj według tytułu lub nazwiska.


A tak wygląda okładka książki - prawda że ładna? 

Oto co znajdziesz w książce:
Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?

I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.

Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.

* * *

A teraz o opowiadaniu które przeczytałeś. Jeśli tekst opowiadania podoba Ci się - zadbaj jak należy o miłość własną autora. Na samym dole tego postu znajdź słowo Reakcje i jeśli zechcesz kliknij na jedno z trzech okienek - czy to na "zabawne", czy też na "interesujące" albo "fajne".

Możesz też dodać komentarz.

Możesz też na Facebooku kliknąć na "Lubię to".

Tym postem kończę publikowanie materiału książki "Obyś miał ciekawą młodość", która jest obecnie w przygotowaniu (potrwa to pewnie z rok). Następny post, z numerem 164, rozpocznie trzecie wydanie Festynu Opowiadań. Jak dotąd Festyn Opowiadań osiągnął prawie pięćdziesiąt tysięcy otwarć.

Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.


Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i możesz ją polubić.


Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób.
Możesz też zrobić to samo na facebooku. Aby otrzymywać powiadomienia o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań. Możesz też sobie opowiadanie wydrukować - naciśnij Print na dole ekranu. 

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować i kupić przez internet. 

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.

W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.

Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .

piątek, 19 października 2018

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 162.

O tym ile kosztują schody a także o Boskiej Komedii i siekaniu toporem



©  copyright  Andrzej Olas  (andrzej.f.olas@gmail.com)

                Obyś miał ciekawą młodość, odc. 12.

(poprzednie odcinki książki znajdziesz w postach Nr 151-161)

Niekiedy elegancko usadowiony w określonym roku epizod okazuje się być powiązany z wydarzeniami zachodzącymi w przyszłości, często już w wieku dwudziestym pierwszym. Akapit opisujący takie przyszłe wydarzenia poprzedzam symbolem XX1.

Wszystkie postacie jak i opisywane wydarzenia są produktem wyobraźni autora. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób jest wyłącznie przypadkowe, wydarzenia opisane w książce nie są opisem rzeczywistych wydarzeń.



- Nam potrzeba schodów tylko do naszego piętra – rzekł pan Sadziński z drugiego piętra – wyższe piętra mnie nie obchodzą i za schody wyżej nie zapłacę.
- I tu się pan myli – powiedziała Mama spoglądając na siedzącego obok inżyniera – bez mojego podpisu i zaliczki pan inżynier roboty nie zacznie.
- Bo mi się nie opłaci – rzekł inżynier.
- Płacimy po równo – powiedziała Mama.
- Zaraz, zaraz – wtrąciłem wskazując na rysunek schodów – na piątym piętrze nie potrzeba tak grubych bali. Mogą być cieńsze, czyli tańsze. Na przykład czternaście na czternaście. My zapłacimy mniej.
- Za mniej to ja panu zbuduję schody z tektury – inżynier wskazał na leżącą na stole umowę - podpisujmy.

No cóż – wprawdzie byłem już na czwartym roku studiów inżynierskich i właśnie zabierałem się za projekt skrzydła samolotu Łoś, naszego samolotu bombowego z kampanii wrześniowej, i mimo że schody wyglądały zupełnie inaczej niż skrzydło to mogłem mieć co do ich konstrukcji swoje zdanie. Ale… ale tu chodziło o coś zupełnie innego – o gotówkę, o żywe pieniądze, a schody kamienicy na Dobrej finansowała ze swoich skromnych zasobów mama i miałem tu niewiele do powiedzenia.
Mama spojrzała na pana Sadzińskiego i powiedziała:
- Panie Sadziński. Ta zrujnowana kamienica przeszła oblężenie Warszawy, okupację, powstanie, dekret Bieruta, kartki na wszystko, kwaterunek, wymianę pieniędzy, budowę Pałacu Kultury, śmierć Bieruta i przyjście Gomułki. Czas, żeby ją doprowadzić do porządku. Niechżeż pan się nie wygłupia. Jest pan wojskowym a w wojsku porządek to rzecz najważniejsza.
- Byłem kapitanem. Zdobywałem Berlin. Ale z mojej emerytury nie starcza – powiedział pan Sadziński.
- No dobrze – rzekł inżynier – opuszczę państwu dwieście złotych od piętra. Z szacunku dla weterana.
Chciałem powiedzieć, że to nie wiele. Tylko jakieś trzy procent. Otworzyłem usta, ale nie zdążyłem:
- Czterysta - powiedziała mama.
- Trzysta.
Pan Sadziński zastanawiał się. Po chwili kiwnął głową. Mama sięgnęła po pieniądze.
* * *
Pięciopiętrowe schody i podesty z drewna podtrzymywane były sześcioma pionowymi balami. Bale były solidne, zbudowane z dwumetrowych, łączonych klamrami odcinków o przekroju dwadzieścia dwa na czternaście centymetrów. Na cokolwiek więcej pieniędzy nie starczyło. Klatce brakło ścian, podesty od pustki na zewnątrz ograniczały przybite na wysokości pasa pojedyńcze deski; zimą powyżej nieosłoniętego przez sąsiednią kamienicę trzeciego piętra hulał na schodach wiatr i śnieg. W miesiąc po moim wprowadzeniu się na Dobrą owczarek Adama tylko przez ostre hamowanie tylnymi łapami uniknął wycieczki w kończącą się asfaltem podwórza pustkę.
- Co to za owczarek podhalański co nie wie, jak się zachowywać na śniegu i lodzie. Przecież na Podhalu pełno tego – powiedziałem wtedy Adamowi.

Nie mogłem tego powiedzieć Agacie, dziewczynie urodzonej w pełnej słońca Zielonej Górze. Agata, studentka medycyny a zarazem amatorka plastyczka była jedną z pilniejszych słuchaczek moich opowieści o Stukasie, bombie, odłamkach i skrytce ruchu oporu. Pewnego wieczoru przyniosła mi własnoręcznie namalowaną temperą scenę ataku Stukasa na dom na Dobrej. Wychodząc na oblodzonym podeście skręciła kostkę tak boleśnie, że powrót do jej akademika okazał się niemożliwy. Okazałem się dżentelmenem, wyciągnąłem z szafy dmuchany materac i koc, a Agacie odstąpiłem moje łóżko. Niestety, po trzech dniach, kiedy kostka wciąż jeszcze była bolesna i spuchnięta, materac stracił szczelność i przez następny tydzień przyszło nam z Agatą dzielić się łóżkiem; jak się okazało, stało się to ku obopólnemu zadowoleniu. Młodość ma swoje prawa.

A wracając do swojego akademika Agata wskazała na wiszącą na ścianie pokoju fotografię skrzydła samolotu Łoś i obiecała, że niedługo namaluje dla mnie temperę przedstawiającą ten samolot atakujący niemiecką kolumnę pancerną:
- Muszę tylko, żeby było autentycznie, znaleźć jakąś ilustrację niemieckich czołgów. Ale zapamiętaj - nogi już tu u ciebie nie skręcę.
Po chwili dodała: Zostawiam cię abyś dalej myślał o tej innej, tej z przeszłości.

I tak zostaliśmy z Agatą przyjaciółmi, ale tylko przyjaciółmi. Często wpadała do mnie na herbatę – nie wiadomo dlaczego akurat w sklepie na Smolnej łatwiej niż gdzieindziej było dostać jej ulubioną herbatę - Yunan. Często, żyjąc przecież w gospodarce planowanej centralnie, dziwiliśmy się nierówno rozłożonej dystrybucji herbat w skali kraju.
* * *

- To będzie pana rajzbret – życzę powodzenia z pana skrzydłem - rzekł asystent opiekujący się moim projektem wskazując deskę kreślarską stojącą obok jednego z filarków wspierających sufit hali. Hala – duża kreślarnia mieszcząca czterdzieści rajzbretów była dostępna tylko dla studentów wyższych lat wykonujących prace przejściowe i dyplomowe.
- Coś mi się przypomniało – powiedziałem patrząc na powieszony wysoko nad wejściem do hali topór z pomalowanej na stalowo tektury.
- Chodzi panu o topór? On już tu był, kiedy ja robiłem dyplom – pięć lat temu. On tu wisi od zawsze – powiedział asystent.
- Tak. Mówiliśmy o nim, kiedy byłem na pierwszym roku.
* * *
Przypomniałem sobie ten deszczowy środowy ranek, kiedy maszerowaliśmy czwórkami na pole mokotowskie i kiedy kolega Janusz powiedział, że na ostatnim piętrze naszego gmachu, nad wejściem do dużej kreślarni, wisi wykonany z pomalowanej na stalowo tektury topór. A na toporze wypisane są trzy słowa w obcym języku – tu kolega Janusz zastanowił się – pisze tam „Laciate ogni speranza”.
- No i co? – zapytałem ocierając kroplę deszczu, która spadła z daszka rogatywki na mój nos.
- Dowiedziałem się, że jest to cytat z napisanej przez jakiegoś Dantego książki „Boska komedia”. Boska komedia na naszej Politechnice. „Boska”. Tak nie może być na naszej uczelni.
Już miałem wspomnieć nieszczęśliwą miłość Dantego - Beatrycze i jego pisane dla niej sonety, ale uprzedził mnie Adam:
- Mówiłeś, że jesteś w Komisji Kultury ZMP? – Zapytał Janusza. 
 - Tak.
- To posłuchaj ciulu. To nie jest laciate czy łaciate, to nie jest o cielętach czy o krowach, to jest lanciate, a te słowa znaczą „porzućcie wszelką nadzieję[1]”. A „Boska komedia” to jest kanon kultury, z której my się wywodzimy. A jeśli idzie o ciebie, taki analfabeta jak ty nie powinien siedzieć w jakiejkolwiek komisji z kulturą w nazwie.
Do ulubionej transzei kapitana Drozda dochodziliśmy w milczeniu. Przed wejściem na pole minęliśmy młodą dziewczynę z parasolką chroniącą się przed deszczem. Była podobna do Basi, jedynej dziewczyny w naszej grupie i to spowodowało, że znów pomyślałem o Beatrycze, a potem, o tym, że może wstępując na Politechnikę popełniłem gruby błąd – bo wśród ponad setki przyjętych na pierwszy rok naszego wydziału było tylko pięć dziewczyn. 

Czyli że Dantemu zakochać się było łatwiej. A przecież gdybym na przykład zatrudnił się w Państwowym Ośrodku Maszynowym, to samych traktorzystek, usilnie zachęcanych do zawodu przez wiszące wszędzie plakaty znalazłbym tam więcej; a przecież były jeszcze dziewczyny obsługujące automatyczne dojarki. Akurat, kiedy zastanawiałem się jak to byłoby w Państwowym Gospodarstwie Rolnym, moje rozmyślania przerwała komenda kapitana Drozda:
- Kompania! Stój.
Zatrzymaliśmy się.
- Wróg – powiedział patrząc na Adama kolega Janusz.
* * *
XX1. - Minęło nieco lat. Był rok 1970. 

Ktoś tam tłucze się na schodach - powiedziała Agata. Malwina potwierdziła kiwnięciem głowy.
- Zobaczę – odstawiłem na stół szklankę herbaty Yunan i podniosłem się z krzesła.
- A ty zaczekaj – zwróciłem się do Adama – zaraz ci powiem co myślę o twoim mądrzeniu się.
Bo Adamowi znów, tak jak kiedyś zebrało się na krytykę mojej osoby. Tym razem stwierdził, że dokonując życiowych wyborów mierzę za nisko. Użył nawet całkiem nośnej metafory – patrząc na mnie oskarżająco powiedział, że tam, gdzie powinienem wspinać się na wierzchołek, ja rozbijam obóz gdzieś poniżej.
- Nie jesteś gorszy, wierzchołek jest w twoim zasięgu. A ty marnujesz się w tym przedsiębiorstewku na Gocławiu. Kierownik wydziału, też mi coś – mówił.

Hałas na schodach przeszkodził mi w przekazaniu mu, że zawsze byłem i wciąż pozostaję leniwym optymistą (no prawie zawsze), że lubiłem i lubię dziewczyny z kwiatami wpiętymi we włosy.
Otworzyłem drzwi i wyjrzałem na zewnątrz. Na drewnianym podeście klęczała z głową opartą na desce szalunku ciemna sylwetka mężczyzny.
- Adam. Chodź pomóż.
Razem z Adamem podnieśliśmy mężczyznę.
- Ależ to Władek Czarnul. Nasz geniusz. Pijany w trupa. Zarzygany.
- Co on bełkocze? – Zapytałem.
Adam przysłuchał się:
- Powtarza: Lasciate ogni speranza.
- Czekaj no. Tu leży topór, ten tekturowy topór z naszej kreślarni. Przyniósł go ze sobą.
* * *
Dziesięć minut później Władek, prawie doprowadzony do porządku, popatrzał na nas i rzekł:
- Mam wybór. Nikt mi go nie odbierze. Nawet Gomułka. Wybieram wolność. Tahiti. Albo Andora.
Po chwili dodał:
- Wolę Andorę. Łatwiej dojechać, bo bliżej. Będę szedł, przejdę przez wszystkie posterunki.
- A twoja habilitacja? Twoje trzy lata pracy?
- Już po habilitacji. Nie będzie, bo zamknęli. Lasciate ogni speranza. Porzućcie wszelką nadzieję.
- Co zamknęli?
- Wszystko. Albo Ruscy kazali zamknąć albo tylko Gomułka[2]. Zamknęli kształcenie w specjalnościach lotniczych, usuwają odniesienie do Lotnictwa w nazwie Wydziału. Koniec z moją habilitacją. Zaraz zamkną fabryki. Nie wolno będzie patrzeć w niebo.

Władek wstał, zachybotał się i powiedział:
- Oddajcie mi mój topór. Wezmę go do ręki, pójdę na Komitet Centralny, rozsiekam wszystkich a potem ucieknę do Andory.
- Władek – Agata podeszła do niego, przytuliła jego głowę do swoich piersi – Władek, tak mi Cię żal. Chodź odwiozę Cię do domu razem z twoim toporem. Prześpisz się.
- Dawajcie topór – powiedział Władek.
Po wyjściu Agaty z Władkiem siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu.
- Patrzcie jak to życie się toczy. Jakby Władek rozsiekał Komitet Centralny to mogłoby się zdarzyć, że usiekłby też swojego kolegę z naszej czwórki ze Studium Wojskowego - powiedziałem.
Adam kiwnął potakująco głową, a Malwina spojrzała na mnie pytająco.
- Myślę o koledze Januszu – rzekłem – mało co zaliczył, więc wyleciał ze studiów po pierwszym roku. Ale to, że jest słaby intelektualnie nie przeszkadza temu, że jest silny organizacyjnie; został więc etatowym działaczem młodzieżowym. I w tej to roli wizytuje czasem Komitet Centralny.
- Można sprawić krowie narty i postawić na stoku, ale slalomu i tak krowa nie ukończy – powiedział Adam.
- Myślę o czym innym – rzekła Malwina z rozmarzonym wyrazem twarzy – kryzysy egzystencjalne często sprzyjają rozwojowi silnych uczuć takich jak na przykład miłość. A Agata z Władkiem byliby tak piękną parą.




[1] Lasciate ogni speranza - Porzućcie wszelką nadzieję… (wy którzy tu wchodzicie) – w Boskiej Komedii napis nad bramą piekła.
[2] Wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa powstał jesienią 1960 z połączenia Wydziału Mechaniczno-Konstrukcyjnego oraz Lotniczego. W roku 1970 w wyniku zamiarów władz centralnych o likwidacji przemysłu lotniczego w Polsce, pomimo protestów władz uczelni i kręgów przemysłu lotniczego zabroniono kształcenia w specjalnościach lotniczych, zmieniono nazwę na Wydział Mechaniczny Energetyki Cieplnej (MEC) oraz zlikwidowano zakłady lotnicze (Zakład Automatyki i Osprzętu Lotniczego oraz Zakład Samolotów i Śmigłowców). W maju 1971 zarządzenie odwołano i Wydział powrócił do poprzedniej nazwy, a z Zakładów Aerodynamiki, Samolotów i Śmigłowców i Osprzętu utworzono Instytut Techniki Lotniczej i Hydrodynamiki. (dostęp 15.10.2018,  https://pl.wikipedia.org/wiki/Wydzia%C5%82_Mechaniczny_Energetyki_i_Lotnictwa_Politechniki_Warszawskiej)



KONIEC

 


Z profesorem Targowskim napisaliśmy książkę. Już wyszła z druku wydana w Oficynie Wydawniczej Kucharski.
 Kup w księgarni internetowej - link tutaj, szukaj według tytułu lub nazwiska.
A tak wygląda okładka książki - prawda że ładna? Oto co znajdziesz w książce:
Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?
I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.
Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.
* * * 
A teraz o opowiadaniu które przeczytałeś. Jeśli tekst opowiadania podoba Ci się zadbaj jak należy o miłość własną autora. Na samym dole tego postu znajdź słowo Reakcje i jeśli zechcesz kliknij na jedno z trzech okienek - czy to na "zabawne", czy też na "interesujące" albo "fajne". 
Możesz też dodać komentarz. 
Możesz też na Facebooku kliknąć na "Lubię to".
Książka "Obyś miał ciekawą młodość", obecnie w przygotowaniu (potrwa to pewnie z rok), nie jest autobiografią autora, jej postacie i opisywane wydarzenia są produktem wyobraźni autora. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób jest wyłącznie przypadkowe, wydarzenia opisane w książce nie są opisem rzeczywistych wydarzeń.
Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.
Za tydzień ciąg dalszy książki czyli kolejne opowiadanie (losy bohatera książki przedstawione są bowiem w formie autonomicznych opowiadań).
Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i  możesz ją polubić.
 Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć (teraz jest już ponad czterdzieści tysięcy). Numery 99 i 100 nie ukażą się.
   
Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 
Możesz też zrobić to samo na facebooku. Aby otrzymywać powiadomienia o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.
Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań. Możesz też sobie opowiadanie wydrukować - naciśnij Print na dole ekranu.
Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   
Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz:   @dziecipowstaniawarszawskiego .