piątek, 11 maja 2018

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 141.

Człowiek który znał więcej liczb, 1/2



© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com

Listopad. Właśnie kiedy z błyszczącym od chromu pucharem w ręku zmierzałem w stronę wyjścia usłyszałem zza moich pleców kobiecy głos:
- A więc to jest ten nowy mistrz Europy w grze sudoku. Proszę zaczekać.
Odwróciłem się. Za mną stała kobieta w brzoskwiniowym kostiumie. Z twarzy okolonej jasnymi włosami patrzały na mnie niebieskie, kontrastujące z kolorem kostiumu a pełne wyrazu oczy. Prawa ręka kobiety zanurzona była w trzymanej w drugiej ręce czarnej wizytowej torebce.
- Słucham panią – powiedziałem.
Kobieta wyjęła z torebki papierowy kartonik i wrzuciła go do trzymanego przeze mnie pucharu:
- Tylko to – powiedziała i odeszła.
Przez chwilę ścigałem wzrokiem oddalającą się elegancką sylwetkę kobiety. Takie było moje pierwsze spotkanie z Ireną, kobietą piękną. Była piękną przez przyciągające uwagę oczy, uśmiech wydatnych ust, przez widoczną żywotność, promieniującą z niej energię.
* * *
Kartonik, który wyjąłem z pucharu dopiero wieczorem, w domu, okazał się być wizytówką Ireny. Nieoczekiwanie dla mnie, ta tak elegancko ubrana pani okazała się być naukowcem, szefową pracowni badań myślenia podprogowego w Instytucie Neurologii.
- A niech sobie będzie kimkolwiek, w kostiumie o jakimkolwiek kolorze – pomyślałem drąc wizytówkę na kawałki. – Ale niech nie próbuje obrzucać mnie wizytówkami.
Grudzień. Obecność Ireny na mistrzostwach sudoku nie była przypadkiem. Do jej testów myślenia podprogowego poszukiwała takich ludzi jak ja – ludzi o mózgach tak ostrych jak pamiętane przeze mnie z dzieciństwa czteroskrzydełkowe nożyki w babcinej maszynce do mięsa. Błędem Ireny było to, że decydując się na trik z wizytówką nie wiedziała, że z moim trudnym charakterem brnę przez życie tak jakbym w domowych kapciach przedzierał się przez bagno. Nie ufam nikomu, nie mam przyjaciół, łatwo zyskuję wrogów, a jeśli powiecie, że to nic nowego, że takim właśnie, jak tylko dojdzie do trzydziestki staje się prawie każdy z nas, to nie. Ze mną jest inaczej, ja takim byłem od zawsze, a dowodem na to jest moje, wykonane jeszcze w żłobku, zdjęcie sprzed lat, z żółtą kokardką zawiązaną na mojej prawej rączce. Ta kokardka to było ostrzeżenie że gryzę, że w pobliżu mnie trzeba uważać.
Ale w jednym Irena się nie pomyliła – umysł mam ostry, a co więcej trenowany przez lata. Zresztą nie tylko umysł, bo i ciało. Od czasów gimnazjalnych obcowałem głównie z komputerami i z rękawicami bokserskimi; Wyobrażałem sobie, że moją wizję świata dzielę ze wspaniałą dwójką: z Andrzejem Gołotą, superczłowiekiem, lada chwila bokserskim mistrzem świata i z Billem Gatesem, potęgą Microsoftu, umysłem tysiąclecia. W liceum szkicowałem wspólne manifesty trzech mocnych superludzi, a po awanturze z wścibskim polonistą postanowiłem ukryć je przed resztą świata. Całą paletę możliwych szyfrów, kluczy prywatnych i publicznych znalazłem w książeczce „Kryptografia dla idiotów”.
To właśnie ta książeczka otworzyła przede mną imponujący świat myślenia abstrakcyjnego. Zanurzyłem się w tym świecie samotnie, a na okrutne żarty moich szkolnych kolegów odpowiadałem pięścią. Nieoczekiwanie, niedługo przed maturą, znalazł się jeden, jedyny jakoś tolerujący mnie, kolega – Janusz. Ta ledwie troszeczkę bliższa znajomość, była dla mnie jakimś przybliżeniem przyjaźni, Januszowi zaś umożliwiła poznanie wielu dotąd mu nieznanych faktów matematycznych. Ale kiedy tylko matura uwolniła go od matematyki natychmiast zniknął z mojego horyzontu.
O tym jak kręte bywają ścieżki którymi wędruje przeznaczenie przekonałem się, kiedy rok temu centrala Banku „Uczciwość i Pewność” skierowała mnie jako głównego informatyka właśnie do tego oddziału Banku, którego dyrektorem był Janusz. A żeby było jeszcze dziwniej, niedługo po wykonanym przez Irenę, a nieudanym triku z pucharem i wizytówką, zaproszony do eleganckiego apartamentu Janusza zastałem tam właśnie ją. Okazało się, że jakimś sposobem dowiedziała się gdzie pracuję, a Janusza znała, bo były mąż Ireny także był bankierem.
 W dwa tygodnie po mistrzostwach sudoku siedzieliśmy więc we trójkę – Irena, Janusz i ja – przy stoliku w salonie Janusza.
- Co to może być? – Zapytała Irena kładąc na stolik kartkę papieru z dwoma linijkami zapełnionymi sekwencją liter i cyfr.
- Widzę, że ma pani jeszcze drugą taką – obejrzyjmy od razu obie. – Powiedziałem biorąc kartkę do ręki.
- Za chwilę. Najpierw ta – powiedziała Irena.
- Tej drugiej nie trzeba – powiedziałem odkładając kartkę. - To jest przykładowy kod ściągnięty ze strony 121. książki „Kryptologia pokrótce” profesora Ryszarda Kossowickiego. Zaszyfrowane zdanie brzmi: „Jak kamieniami orne pole na Podhalu, tak błędami postępki ludzkie są usiane”. A zgaduję, że na tym drugim arkusiku ma pani tekst z następnej strony tamtej książki, czyli po rozszyfrowaniu: „Gdyby nasz Pan chciał dać mi gorszy umysł to by to zrobił”. Do zaszyfrowania tego drugiego tekstu użyto dwóch, niezbyt dużych, bo tylko sześćdziesięciocztero-bitowych liczb pierwszych.
Janusz zaniósł się śmiechem:
- Irenko, na niego nie ma siły. Widziałaś film o Enigmie? On by Churchillowi te niemieckie szyfry rozwiązywał w pamięci.
Styczeń. Kochankiem Ireny zostałem w miesiąc po tej rozmowie. W tydzień później, szczęśliwie zakochany, zgodziłem się wziąć udział w jej testach. A także dokonałem małej zmiany w moich porannych nawykach.
Dotąd wchodząc rano do bankowego holu odpowiadałem kiwnięciem głową na „Dzień dobry” naszego ochroniarza Staszka i skręcając  w lewo do mojego biura w milczeniu omijałem wiszący na eleganckim wysięgniku duży, wysoki na prawie trzy metry, plakat reklamowy. Roześmiana blondynka z plakatu wychylała się z eleganckiego kabrioletu trzymając w jednym ręku grubą paczkę banknotów, a drugą ręką wskazując wprost na mnie.
Teraz dochodząc do plakatu zatrzymuję się na chwilę i mówię blondynce:
- Cześć mała. Sorry, ale moja partnerka jest ładniejsza – i dopiero wtedy znikam w swoim biurze.
Beztroski, ze światem dookoła mnie pokolorowanym na różowo nie zauważam, że nad bankiem zbierają się chmury. Wezwany do centrali dowiaduję się, że w banku, w tym także w oddziale w którym pracuję, mają miejsce nadużycia i że zostałem członkiem powołanej przez prezesa Task Force (angielskie terminy brzmią dla uszu prezesa bardziej smakowicie).
- Pieniądze wypływają szerokim strumieniem – powiedział kończąc posiedzenie Task Force prezes. – A państwo użyjecie wszystkich swoich umiejętności aby dowiedzieć się jak. Podkreślam, że o utworzeniu Task Force nie informujemy.
Spiesząc do Ireny laboratorium, już spóźniony na umówione badania podprogowe, zastanawiam się nad Januszem. Dlaczego nie został członkiem Task Force? Dlaczego zaprasza Staszka, przecież tylko ochroniarza, do swojego gabinetu. Co też może mu Staszek powiedzieć? Wątpię żeby choć raz usłyszał od Staszka coś mądrego.  Kiedy o takich jak Staszek mówi się platfus, to idzie tu nie o płaską stopę, tylko o dwuwymiarowość mózgu. A jeszcze ta niechlujność, niestrzyżona głowa, zaniedbany zarost.
Luty. Z hełmem na głowie, oplątany wijącymi się kablami elektrod patrzałem na mruganie urządzeń analizujących i zapisujących pracę mózgu.
- Mów o kryptologii – przypominała Irena. – Masz te swoje bankowe papiery. Patrz na nie. Czytaj albo mów o kryptologii.
- Dobrze. Liczby trzynaście, czterdzieści jeden i tak dalej, bo ciągną się w nieskończoność, na przykład któraś tam to tysiąc sześćset dziewiętnaście, są liczbami pierwszymi, to znaczy dzielą się tylko przez jeden i przez siebie. Pomnożyć przez siebie dwie dowolne liczby umie czwartoklasista, ale z liczbami pierwszymi po pomnożeniu może zrobić się dziwnie. Jeśli pomnożyć przez siebie dwie bardzo duże liczby pierwsze, to odwrócić działanie - znaleźć te liczby mając dany wynik ich mnożenia jest praktycznie niemożliwe – trzeba na to miliardów godzin pracy komputera.
Przerwałem, chciałem podrapać się w ucho – niestety było zakryte hełmem. Irena przyglądała mi się z niedowierzaniem:
- Chyba żartujesz.
- Takich liczb używa się w kryptologii. Wystarczy znać taki wynik mnożenia żeby wygenerować klucz publiczny. Ale do klucza prywatnego potrzeba znajomości obu liczb. I na koniec najważniejsze - wiadomość zaszyfrowaną kluczem publicznym, a więc dostępną dla wszystkich, może odczytać tylko właściciel klucza prywatnego. W taki sposób prowadzi się transakcje bankowe.
- To znaczy, że jeżeli ktoś znajdzie te dwie liczby to ma w ręku całą komunikację.
- Tak – próbowałem przesunąć hełm. – a w przypadku banku to ma w ręku dostęp do pieniędzy. Włącznie z ulokowaniem ich, czy ja wiem, na Cyprze, Bahamach, albo w  Maçao.
Marzec. - Dziwne rzeczy dzieją się w twoim umyśle – powiedziała Irena.
Leżeliśmy nadzy, przytuleni do siebie. Moja dłoń przykrywała pierś Ireny a ustami dotykałem wklęsłej przestrzeni nad jej obojczykiem. Powiedziałem:
- Miłość twoje ma imię.
- Dosyć banalne i niegramatyczne – powiedziała chłodno Irena odsuwając się ode mnie. – I już to gdzieś słyszałam.
Trzy dni później kiedy podwoziłem ją do jej domu, Irena powiedziała że jednak nie jesteśmy stworzeni dla siebie.
- Jesteś inny, myślisz inaczej – Irena przyglądała mi się krytycznie. Milczałem.
- Nie chcę być więcej z Tobą – powiedziała.
Z rękami na kierownicy patrzałem przed siebie. Z pobliskiego przystanku odjeżdżał autobus 157, a drugi stojący za nim miał numer 144. Uświadomiłem sobie że muszę zmienić kolejność, że najpierw mam powiedzieć Irenie że to nie tak, że tak nie można, a dopiero potem zrobić to co teraz robię, to znaczy rozpatrzyć informację mojego mózgu, że 157 to liczba pierwsza, poprzednią pierwszą jest 151, następną 163, a 144 to kwadrat liczby 12. Irena otworzyła drzwi samochodu i wysiadła. Kiedy wyszedłem z wozu było już za późno, za Ireną zamknęły się drzwi kamienicy. Usłyszałem klakson stojącej za moim samochodem ciężarówki. Podszedłem do otwartego okna kierowcy i powiedziałem:
- Porzuciła mnie. A przecież bym ją przekonał. Zabrakło mi dziesięciu sekund.
* * *
W następnych tygodniach chodziłem po alejkach parku, po ulicach, którymi spacerowaliśmy z Ireną. Przeklinałem te zmarnowane dziesięć a może to było piętnaście sekund, ten mój felerny umysł bez przerwy analizujący, procesujący rzeczywistość.  
Na spotkaniach Task Force, kiedy prezes mówił o poważnych stratach pieniężnych, o deficycie rachunku bieżącego i o braku rezultatów, ja przypominałem sobie trzy lutowe dni spędzone z Ireną na nartach w Les Deux Alpes. Myślałem o niej szusującej na krechę na lodowcu. O jej uśmiechu przy stoliku w Le Diable au Coeur, o jej ciele, smagłym w ogniu kominka, o jej ustach i jej przyjmujących biodrach.
Przeczytałem gdzieś, że do tak wielkiego słowa jak miłość trzeba nieodmiennie dodawać jakieś mniejsze słowa, takie jak: Nie na zawsze; Tylko przez chwilę; Przez jakiś czas.
Ktokolwiek to napisał miał rację.
Kwiecień. Żadnego kontaktu z Ireną. W banku bez zmian. Pomimo tego, że Task Force zbiera się regularnie co tydzień, rezultatów nie ma. No i teraz, piętnaście minut przed otwarciem banku staję w obliczu, jak to się mówi w amerykańskich serialach, sytuacji. W holu bankowym jest nas trzech - Janusz, Staszek i ja. Janusz trzyma się tak jakoś z boku a Staszek, skądinąd potężny chłop, podchodzi do mnie ze słowami:
- Należy ci się, złodzieju – i próbuje zadać mi cios w szczękę.
W boksie wszystko jest kwestią treningu, refleksu i pewnej dozy siły. Robię unik i tak jak zrobiłby to Andrzej Gołota wyprowadzam klasyczny cios w brzuch Staszka. Staszek zgina się w pół z rękami na słonecznym splocie i jęcząc cofa się pod uśmiechniętą blondynkę z plakatu.  Mój następny cios wyprowadzony od dołu trafia Staszka w czubek nosa. Staszek przykrywa nos ręką. Krople krwi kapiące spod jego dłoni rozpryskują się o kamienną podłogę. Podnosi głowę do góry, widzi wskazującą na niego rękę wciąż uśmiechającej się blondynki. Z oczyma utkwionymi w wydrukowane tłustymi literami przesłanie plakatu: „U nas poczujesz się bezpiecznie” Staszek potrząsa przecząco głową jakby mówiąc:
- Nie, nie, to nieprawda.
Krople krwi wciąż rozpryskują się na podłodze.
Chuchając na złożoną w pięść prawą dłoń mówię krwawiącemu Staszkowi:
- Idź stąd.
Spoglądam na plakatową blondynkę.
- Zostajesz bez ochrony. Pilnuj kasy, bo tu kradną – mamroczę pod nosem.
Odwracam się w stronę Janusza. Nie ma go, zniknął, dochodzi mnie odgłos zamykanych drzwi jego gabinetu. Po chwili słyszę jak Janusz przekręca klucz w zamku.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ


Używaj dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.

Dokończenie za tydzień.

Jeśli opowiadanie podoba Ci się zadbaj jak należy o miłość własną autora i kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz tutaj na blogu.  
Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też wyrazić swoją opinię klikając na jedno z trzech okienek w dole postu.

 Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć (teraz jest już ponad trzydzieści sześć tysięcy). Numery 99 i 100 nie ukażą się.

   
Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 
Możesz też zrobić to samo na facebooku. Aby otrzymywać powiadomienia o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.
Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i
spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.
Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   
Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz:   @dziecipowstaniawarszawskiego .
Rozważam otwarcie Festynu Opowiadań dla podobnych w formacie utworów innych autorów - co o tym sądzicie? Skomentujcie. 

piątek, 4 maja 2018

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 140.

Sport, kolega Pajączek i ja



© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com


Kolegi Pajączka nie lubiłem.
Kolega Pajączek był starostą naszej trzydziestoosobowej grupy studentów pierwszego roku na Wydziale Mechanicznym, a także przewodniczyl naszemu kołu Związku Młodzieży Polskiej. Kolega Pajączek nigdy się nie uśmiechał, ponieważ swego czasu obejrzał radziecki film “Komisarz Rejkomu”. Ten komisarz - bohater filmu - chodził w skórzanej kurtce i miał spojrzenie robociarskie – ostre, wymagające i bardzo ponure. Kolega Pajączek bardzo się starał takie właśnie spojrzenie mieć. Nie zawsze mu się to udawało; szczególnie kiedy spoglądał na koleżankę Elę, to spojrzenie jego robiło się jakieś takie mało socjalistyczne.
Kolega Pajączek lubił pochody pierwszomajowe i prasówki.
- Nic nie wspomnieliście, kolego Później, o rekordzie świata radzieckiej dyskobolki Niny Dumbadze – powiedział mi kolega Pajączek po zakończeniu kolejnej czwartkowej prasówki – na przyszły wtorek przygotujcie się lepiej, powiedzcie też o radzieckich sukcesach na Olimpiadzie w Helsinkach.

Kim jest Nina Dumbadze wiedziałem; widziałem jej zdjęcia w “Sportowcu” - wyglądała jak Związek Radziecki – była nieobjęta dla ludzkiego oka, a w dodatku jak szło o nazwisko, to bardziej idiotycznego trudno byłoby wymyśleć. Mogłem też wspomnieć, że Olimpiada miała miejsce ponad rok temu. Ale koledze Pajączkowi należało odpowiedzieć inaczej:
- Wstrzymałem się, bo radzieckie pismo “Ogoniok” przygotowuje komsomolski profil Niny Dumbadze. Będę o niej mówił we wtorek.
Kolega Pajączek, wciąż ze swoim surowym spojrzeniem komisarza, zdobył się na żart:
- U was wszystko jest później, kolego Później.
Stojąca obok mnie koleżanka Ela uśmiechnęła się i powiedziała, że sport kobiecy jest bardzo ważny i że w Związku Radzieckim jest on otoczony opieką państwa.
- Czy ten uśmiech jest dla mnie, za to że tak ładnie łżę, czy dla tego głąba za idiotyczny żart – pomyślałem.
Następne dwa dni - piątek i sobota okazały się dla mnie pechowe. Zawaliłem termin oddania rysunku technicznego i mimo, że koleżanka Ela pożyczyła mi swoje notatki, nie udało mi się zaliczyć ćwiczenia z Laboratorium Metaloznawstwa - asystent oblał mnie na zakresie temperatur austenitu. Idąc spać w sobotę pocieszałem się, że całą niedzielę spędzę na przystani. I chyba dlatego przyśnił mi się sen żeglarski. W sztormie, pod pełnymi żaglami, mój jacht, otoczony przez radośnie igrające delfiny, z odpoczywającym na topie grotmasztu albatrosem, zbliżał się do cieśniny Magellana. Obudziłem się, kiedy albatros sfrunął z masztu i przemieniwszy się w profesora mechaniki płynów powiedział, że mam natychmiast opuścić wszystkie żagle, zdjąć kurtkę sztormową i że z dniem jutrzejszym, to jest z ostatnim dniem maja roku 1954. usuwa mnie z uczelni, co będzie ogłoszone podczas najbliższej prasówki. A pożyczone od koleżanki Eli notatki z Metaloznawstwa mam zdeponować u kolegi Pajączka.

Był to sen całkowicie absurdalny, bo po pierwsze od paru lat żaden polski jacht nie wypłynął nietylko do cieśniny Magellana, ale nawet na Bałtyk, chyba, że w celu ucieczki do Szwecji, a po drugie kurtki sztormowej nie posiadałem. Kiedy już się całkiem obudziłem, przypomniałem sobie o koledze Pajączku, prasówce, rysunku, oblanym zaliczeniu i notatkach koleżanki Eli. Pomyślałem, że sny kolegi Pajączka napewno są inne, na przykład może mu się przyśnić, że rektor uczelni wręcza mu, jako staroście i przewodniczącemu koła ZMP, w podziękowaniu za dobrą organizację prasówek skórzaną kurtkę, taką samą jak ta którą miał komisarz rejkomu, a przyglądająca się uroczystości koleżanka Ela uśmiecha się do niego.
Jedynym sensownym elementem mojego snu były żagle. Bo moim sportem było żeglarstwo - sport wychowujący twardych, odważnych mężczyzn. Bo chciałem być właśnie takim typem mężczyzny. I chciałem mieć sztormową kurtkę.

Niedzielę spędziłem na przystani, nie myśląc o uczelni, a przygotowując mój jacht do przyszłotygodniowych regat. Roboty było dużo, szlifowanie dna, listwy, zardzewiałe ściągacze. Ze śmierdzącym ale konserwującym ksylamitem skończyłem już wcześniej i teraz największy kłopot miałem z prującymi się żaglami.


W poniedziałek, w holu Wydziału, gazetkę ścienną “Błyskawica” otoczył przed wykładem tłumek studentów.
- Chyba się do Ciebie dobierają – powiedziała przyjaźnie koleżanka Ela. W odprasowanej, zielonej organizacyjnej koszuli i czerwonym krawacie wyglądała świeżo i ponętnie. Potwierdziło się to, co myślałem juz przedtem, to że koleżanka Ela wygląda tak ponętnie zawsze - w każdym stroju. Dalej były już myśli niecenzuralne i dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że koleżanka Ela tak jakby przeczytała moje myśli, a po jeszcze dłuższej, że powinienem jednak zobaczyć o co chodzi z Błyskawicą. 

Połowę arkusza gazetki wypełniała karykatura lilipuciego osobnika w przykrótkich spodniach patrzącego z przestrachem na stojącą nad nim potężną figurę kobiety z dyskiem w ręku. Z nogawek spodni wystawały prążkowane, różnobarwne skarpetki, z rodzaju tych jakie rok temu widywało się na plakatach piętnujących zgniły ferment wielkich miast - bikiniarzy.  Podpis “Kolego Później, czemu tak uparcie milczycie o radzieckiej rekordzistce świata Ninie Dumbadze?” wskazywał, że osobnikiem w bikiniarskich skarpetkach jestem ja. Nina Dumbadze na rysunku wyglądała jeszcze bardziej potwornie niż na zdjęciu w “Sportowcu”.
- Złośliwe – powiedziała Ela.
- Widocznie kolega Pajączek uznał, że ten czwartkowy uśmiech Eli był dla mnie – pomyślałem.

We wtorek jakoś tak wyszło, że powinienem być w dwóch miejscach naraz – powinienem zaliczać rysunek u asystenta i prowadzić prasówkę. Wybrałem zaliczenie. Popołudniu, przed ostatnim wykładem kolega Pajączek zawiadomił mnie, że moja sprawa będzie jutro rozpatrzona na zebraniu koła ZMP. Lekceważycie prasówki, sabotujecie naszą robotę polityczną, kolego Później – powiedział.
Po wykładzie tak jakoś się złożyło, że szliśmy z Elą w tym samym kierunku. A że po drodze był park Ujazdowski, to weszliśmy do  środka i usiedliśmy na ławce. Rozmawialiśmy o jutrzejszym zebraniu. Ela bardzo przejęła się moją sytuacją; ja byłem mniej przejęty, może dlatego, że już dzięki sportowi żeglarskiemu nauczyłem się być optymistą. Kiedy tak patrzałem w jej gorące czarne oczy poprostu musiałem coś zrobić. Powiedziałem:
- Masz taki ładny profil. Muszę Cię pocałować.
- Ależ, kolego Później – powiedziała. Potem wybuchnęła śmiechem:
- Później, kolego Później, później – a po chwili zanosząc się od śmiechu:
- Później, Później, później – przecież ja nawet nie wiem, jak masz na imię. Za to wiem, że jesteś łgarz i że specjalizujesz się w profilach: moim i Niny Dumbadze.

Zebranie koła Związku Młodzieży Polskiej zwołane specjalnie w celu rozpatrzenia mojej sprawy odbywało się następnego dnia.
Kolega Pajączek, bez cienia uśmiechu, wypunktował moją niepewność ideologiczną. Podkreślił mój brak zaangażowania w pracę społeczną na terenie Wydziału. Dwulicowość – kolega Później tylko symuluje swoje zainteresowanie sportem – nie wie nawet o rekordzistce świata – Ninie Dumbadze. W końcu zaatakował moje wyniki nauczania – w poprzednim tygodniu kolega Później nie zaliczył ćwiczenia z Metaloznawstwa. Czy możemy wierzyć, że jeżeli po studiach państwo postawi go przy piecu martenowskim w śląskiej hucie, to wystarczy mu wiedzy inżynierskiej, żeby zadbać o właściwą jakość wytopu stali? Ja wątpię. Koledzy, musimy coś postanowić. Proponuję usunięcie kolegi Późnieja ze Związku i zawiadomienie o tym władz uczelni. Władze podejmą wtedy odpowiednie kroki – zakończył kolega Pajączek.
Musiałem trzymać się obowiązującego schematu obrony:
- Koledzy, chcę złożyć samokrytykę – powiedziałem i ciągnąłem szybko dalej, aby nie dopuścić nikogo do głosu:
- Pomimo moich błędów doceniam rolę sportu, uważam, że jest niezbędny w każdej dziedzinie życia. Podnosi świadomość, podwyższa naszą sprawność. Jestem czynnym sportowcem – uprawiam żeglarstwo.

W tym miejscu usłyszałem kolegę Pajączka:
- Sport burżuazji.
- Ważne jest to, że państwo ten sport docenia i finansuje – odparowałem - tak jak  finansuje nasze zajęcia z wychowania fizycznego. Teraz na przykład chodzimy na basen.
- Chcę coś dodać – wtrąciła się Ela – kolega Później zobowiązał się nauczyć mnie pływać. To dowodzi, że kolega Później traktuje sport poważnie.
Dla męskiej części zebrania – a było nas chyba 80% - dowodziło to czegoś zupełnie innego. Spojrzałem na kolegę Pajączka – brakowało mu uśmiechu znacznie więcej niż zwykle, widziałem, że zaraz otworzy usta. Musiałem szybko coś zełgać. Przerwałem Eli:
- Koledzy, mam ważną propozycję - proponuję abyśmy podjęli zobowiązanie, że każdy z nas nauczy się pływać w ciągu dwóch tygodni.
I teraz przyszedł mi do głowy gwóźdź do trumny kolegi Pajączka:
 Koledzy, chcę się zrehabilitować za moje błędy. Kolega Pajączek nie umie pływać. Zobowiązuję się nauczyć kolegę Pajączka pływać. Najpierw strzałką, potem krawlem, żabką i na plecach. I to w ciągu jednego tygodnia. Koledzy, głosujmy.
- Głosujmy. Wszyscy głosujemy za. Ręce w górę – wykrzyknęła Ela.

Na koniec tej relacji wypada donieść, że kiedy kolega Pajączek trenował strzałki (a szło mu trudno) ja zastanawiałem się co jest powodem, że aby pozostać na uczelni muszę wciąż kłamać.
- Musisz się więcej zastanawiać. Na przykład zastanów się dlaczego nasze Katowice nazwali Stalinogrodem, a Armie Krajową faszystowską konspiracją - powiedziała Ela.

KONIEC

Używaj dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.

Następne opowiadanie za tydzień.

Jeśli opowiadanie podoba Ci się zadbaj do nagłej Anielki o miłość własną autora i kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz tutaj na blogu.  
Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też wyrazić swoją opinię klikając na jedno z trzech okienek w dole postu.

 Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć (teraz jest już ponad trzydzieści sześć tysięcy). Numery 99 i 100 nie ukażą się.

   
Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 
Możesz też zrobić to samo na facebooku. Aby otrzymywać powiadomienia o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.
Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i
spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.
Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   
Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz:   @dziecipowstaniawarszawskiego .
Rozważam otwarcie Festynu Opowiadań dla podobnych w formacie utworów innych autorów - co o tym sądzicie? Skomentujcie. 

piątek, 27 kwietnia 2018

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 139.

Dom nad jeziorem Ontario



© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com


Na licytację jechaliśmy bez pośpiechu, doliną rzeki Hudson, prowadził Mirek. Przydrożna tablica wzywała: “Uwolnij swoją zmysłowość”. Może to pod wpływem tego sloganu Halina, z tylnego siedzenia, zaczęła o Bohdanie: “Nie o to mi chodziło, że gonił króliczka, wy wszyscy gonicie. Ale jak dla mnie, to nałapał tych króliczków za dużo. I jeszcze ta wóda”. Nie słuchałem, poddrzemywałem, ożywiłem się dopiero, kiedy zatrzymaliśmy się na kawę w West Point. To tutaj domniemany przodek Bohdana – Tadeusz Kościuszko zaprojektował i zbudował fort na rzece Hudson; teraz tu, w muzeum eksponują jego szpadę. Zanim znów siedliśmy do samochodu odszedłem na bok i tak jak było umówione zadzwoniłem do Bohdana.
Byliśmy już pięćdziesiąt mil za West Point, a Halina wciąż mówiła o Bohdanie: “Jest w Seattle ktoś, kto ma moc leczenia samym głosem, przez telefon. Napewno pomógłby Bohdanowi. Tylko muszę sprawdzić, czy to nie kobieta – nie, nie, może lepiej poprosić tego księdza, co leczy przez nakładanie rąk.”

Patrzyłem przez brudną szybę samochodu i myślałem: “W czym? W czym można mu pomóc?”. Bohdan był taki sam kiedy poznałem go ponad dwadzieścia lat temu, i taki sam później, kiedy na Halloween party w Albany, New York podszedł do mnie przebrany za obwieszonego orderami ruskiego generała, zasalutował, powiedział: “Stary, strzelisz sobie lufę?” i przypiął mi do krawata złotą gwiazdę Bohatera Związku Radzieckiego.
To były pierwsze miesiące Bohdana w Stanach. Przyjechał z Nigerii, gdzie właśnie stracił swoją firmę SuperAir. Wygryzł go miejscowy generał Gegadu Gad, którego żołnierze chodzili boso. Napełniając kieliszki Wyborową Bohdan mówił: “Jak zawsze, od początku świata, gady zagryzają małego gryzonia. Ale potem Gad chciał być jeszcze większy i jeden z jego samolotów, z nim w środku, zupełnie niespodziewanie rozleciał się w powietrzu”.

Kiedy już dojechaliśmy na miejsce okazało się, że licytacja tego co posiadał Bohdan nie wzbudziła większego zainteresowania i łatwo znaleźliśmy parking tuż koło domu. Pomyślałem, że to kryzys zniechęcił potencjalnych nabywców.
Pomimo że nad jeziorem postawiono obszerny namiot, licytacja odbywała się w domu, w dużym holu. Komornik stał u stóp schodów, nad nim, zza balustrady spoglądał na zebranych portret Bohdana, ten z płonącymi oczami. Namalowała go Halina, jeszcze przed rozwodem. Chyba już czuła, że coś z nimi jest nie tak, ale te oczy jeszcze ją urzekały. Opisać Bohdana jest łatwo – ja bym zaczął właśnie od tych płonących oczu, dopiero potem dodałbym uzupełnienie, że twarz i sylwetkę ma Bohdan chudą, uszy odstające, głowę na cienkiej szyi, ruchy raptowne, czasem rzuca głową, jakby po to by przedziurawić niebo. Duży jest, choć nie piękny; to że jest duży nie jest wśród Polaków częste, bo dużych, tych co rządzili, no poza międzynarodową arystokracją, Ruscy wyrżnęli w Katyniu, dołożyli się Niemcy w Palmirach, w Auschwitz, i w czterdziestym czwartym. I duzi rozmnożyli się ledwie, ledwie. A jeszcze tylko niektórzy z nich bywają piękni. Przy okazji jak jest mniej dużych, to i miłych w Polsce brakuje, bo przecież te kurduple, to tylko z kompleksami. Książę Bohdan Maria Zułęski, bo Bohdan, w odróżnieniu od wielu załganych polonusów jest autentycznym  księciem (no, z tych mniejszych książąt), do pięknych jak i do miłych nie zalicza się. Nie zachęca już choćby Bohdana mowa – ma głos skrzekliwy, o wysokiej nucie, natarczywy. A jeszcze wzrok utkwiony w rozmówcy, twarz obciągnięta napiętą skórą, z boku uszy jakby na tę skórę naciągnięte.

Był jeszcze drugi obraz. Ten namalowała Halina wcześniej, po tym, jak Bohdan  został mistrzem świata w akrobacji samolotowej. Bohdana tam nie ma, jest tylko samolot poskręcany w dziwne wygibasy i w dziwnych kolorach. To znaczy trzeba wiedzieć, że to jest samolot. I ten samolot, tak jak oczy Bohdana, też płonie, za ogonem samolotu ciągnie się smuga białego proszku – wiedziałem, że proszkiem jest Beflon - środek do opylania upraw bawełny zagrożonych kwieciakiem bawełnianym. Bohdan  zawsze uważał, że malując ten obraz, Halina była w nastroju katastroficznym.  
Komornik czytał standardowy opis posiadłości – że przedmiotem licytacji jest własność Bohdana Zułęskiego - dom z balów o powierzchni 3000 stóp kwadratowych, działka dziesięcioakrowa, 300 stóp linii wodnej jeziora Ontario, trawiasty pas startowy, hangar i samolot Cessna 182.

Obejrzałem to wszystko pięć lat wcześniej, kiedy Bohdan powiedział chodź, pokażę Ci co mam i zarzucił na ramię wyjętego z szafy kałasznikowa. Zapytałem ilu ma tu terrorystów, czy kałach na nich wystarczy i czy mogą uderzyć rakietami i poszliśmy wzdłuż jeziora, Bohdan  pogwizdywał na psa, a pies to biegł przed nami, to zostawał w tyle. Pomyślałem o gangsterach z okresu prohibicji uzbrojonych w pierwowzory kałasznikowa a szmuglujących przez jezioro whisky i gin. Ku północy, kilkanaście mil dalej, w jeziornej zatoce Georgia wciąż leżał wrak przemytniczego kutra. A dalej, na wschodzie, po szaleńczym biegu przez wodospady, rzeka Niagara dopadała mety – jeziora Ontario.
Pies pognał galopem za czymś małym, niewidocznym, ale szeleszczącym w trawie, po chwili zatrzymał się, na ugiętych przednich łapach rył zanurzonym w zieleń nosem. Bohdan  podrzucił kałacha na ramieniu: “Kiedyś zajechał tu do mnie szeryf i dał mi ulotkę nawołującą do ograniczeń w prawie do posiadania broni. Pouczył mnie tak skutecznie, że następnego dnia pojechałem do miasta i kupiłem kałacha”.

Po tym spacerze upiliśmy się. Koło północy uznałem, że zostałem przez gospodarza obrażony, cisnąłem szklanką piwa w zajmującą całą północną ścianę salonu fotograficzną tapetę Bohdana i poszedłem spać.
Na tapecie był sfotografowany kabriolet Mercedes 300, widziany tak z trzech czwartych, na tablicy rejestracyjnej samochodu obok trzech liter IRQ wiją się robaczki alfabetu arabskiego. Kabina kabrioletu wypełniona jest białym proszkiem Beflonu, a obok samochodu stoi dwóch, również obsypanych na biało, Arabów. Z tyłu, za Arabami rozciąga się pustynia południowego Iraku. W to pustynne tło zdjęcia wmontowany jest napis: “Siódme: Nie kradnij”.
Po alkoholu często miewam sny. Tym razem śniło mi się, że Bohdan przedziera się przez zbudowaną na Białorusi tarczę antyrakietową i samolotem rolniczym opyla środkiem na kwieciaka wychylonego z okna swojego pałacu w Tokio zaspanego cesarza japońskiego. Sen był w kolorach, tarcza opalizowała zielonkawo, Bohdan wydawał mi się podobny do atakującego Gwiazdę Śmierci Luke Skywalkera, a samolot był tak samo dziwnie pokręcony, jak ten na obrazie Haliny.

Wczesnym rankiem obudził mnie warkot silnika. Przez okno zobaczyłem startującą Cessnę Bohdana. W salonie pies na mój widok leniwie machnął ogonem. Na tapecie piana z wczorajszego piwa wciąż pokrywała twarz arabskiego złodzieja samochodów. Nakarmiłem psa, Cessna kierowała się na zachód. Napisałem na kartce: “Pies żarł”, trzasnąłem drzwiami i odjechałem kierując się na wschód.
Prowadząc samochód i walcząc z bólem głowy przebiłem się przez otaczającą mój mózg alkoholową mgłę i doszedłem do przyczyny kłótni. Wiadomo, że nawet za środkowego Gierka, dzień mógł mieć tylko dwadzieścia cztery godziny. Wiadomo, że z pustyni pracy najemnej do oazy emerytalnej dociera się zdobywając wzgórze stawki godzinowej, gdzie im wyżej tym więcej napotyka się krzepkich, choć niskich, za to o szeroko rozprzestrzenionych gałęziach drzew dobrobytowych. Za środkowego Gierka stawki kontraktowe Polservisu w krajach takich jak Irak pozwalały na wspięcie się gdzieś do trzech czwartych wzgórza – tam każdy owoc takiego drzewa nosił portret jednego z prezydentów Stanów Zjednoczonych, był koloru zielonego i o kuszącym znacznym nominale. Powiedziałem w nocy Bohdanowi, że po takiej wspinaczce, dotarłszy do oazy, można już było zbudować bliźniak w Wawrze, wstawić do niego meble Swarzędz i lodówkę Siemens z Pewexu. Bohdan zaprzeczał, upierając się, że w tym czasie Pewex lodówek Siemensa nie prowadził. I właśnie ten upór Bohdana spowodował kłótnię.

Ale...  Czy czasem nie chodziło o to, że gdy, w czasach środkowego Gierka obaj wspinaliśmy się na wspomniane wzgórze, Bohdan wspiął się wyżej. Ja chałturzyłem w Algierze jako wynajęty profesor od historii, ekonomii i co było jeszcze trzeba, a Bohdan zaraz po przyjeździe na iracki kontrakt opylania zajął się przemytem samochodów z Kuweitu. Tu stawka godzinowa była wyższa. Moralna strona obu zajęć była wątpliwa, ale w PRL ze skrupułami uczyliśmy łamać się za młodu.
Tak więc to nie Bohdanowi, a szesnastoletniemu Hassanowi wypadło opylić tych dwóch złodziei ze zdjęcia. Hassana wyuczył Bohdan latać w dwa miesiące, a pierwszymi polskimi słowami, jakie poznał Hassan, były:”Wyżej, beduinie, wyżej, bo wpadniesz w bruzdę”. I kiedy Bohdan  organizował dla irackich dygnitarzy wycieczki do burdeli Bejrutu, to właśnie Hassan opylał bawełnę na polach zięcia Saddama Husejna, i to Hassan eskortował z powietrza przemycane z Kuwejtu samochody. W kabinie opylaczki trzymał Hassan wystawiony mu przez Bohdana dyplom pilota. Nagłówek dokumentu głosił: “Celni Urzad Praha Ruzyne”, a nazwisko Hassana wpisane było w rubryce: “Celni Organ Adresa a Podatelna Telefon”. Takie formularze pałętały się wśród irackiej Polonii, bo bracia Czesi też robili interesy w Iraku, głównie sprzedając swoją powszechnie cenioną broń, i czasem latając do Polski przez Pragę trafiało sie na ichnie urzędowe formularze.

Hassanowi płacił pensję polski Cementeksport, kierujący się w posunięciach gospodarczych teorią Kapitału Marksa. Z punktu widzenia tej teorii, wspieranie Hassana było zupełnie niecelowe; wnioskowałem z tego, że Bohdan, nakłoniwszy dyrektora Cementeksportu do wpisania Hassana na listę płac, dowiódł w drodze eksperymentu fałszu ekonomii marksistowskiej. Pomimo to, zachwalając algierskim studentom główne idee Kapitału Marksa, wiedzę o eksperymencie Bohdana zachowywałem dla siebie. Przyznam się, że z goryczą myślałem o okłamywaniu młodych głów. Pocieszenia szukałem w przysłowiach “cel uświęca środki”, “byt określa świadomość” i w książkach Henry Kissingera.
Ale Bohdana napędzały nie tylko pieniądze. Mirek powiedział kiedyś, że Bohdan zawsze trafia w takie miejsce, gdzie albo coś się dzieje, albo będzie się dziać. Tak jak w Kuwejcie podczas inwazji Saddama. Po podbitym przez Saddama Kuwejcie błąkał się, potrzebując neutralnych papierów, angielski attaché wojskowy, zresztą szkocki baronet, o nazwisku McAfee. Wtedy Bohdan zadzwonił do mnie: “Halina jutro rano przyleci do Algieru. Daj jej twój paszport. Potrzebuję go”. Wymyśliłem jakiś wykręt i nie dałem; było to trudne, bo musiałem znieść spojrzenie Haliny. Ani ja ani ona nie oszukiwaliśmy się – odmówiłem Bohdanowi nie ze względu na jego szare, pod stołem, interesy, ale z tchórzostwa.

W końcu, bez jakiegokolwiek paszportu, Bohdan dwoma skokami wydostał baroneta z Kuweitu samolotem; Najpierw do Iraku, na bawełnianą farmę zięcia Hussajna, a potem do Ammanu w Jordanii. Dostał za baroneta jakieś angielskie odznaczenie; mówił o tym z lekceważeniem: “nie takie ordery mieli moi przodkowie, a tu mi dają order za dwa przeloty i koszt wycieczki dwóch irackich generałów do kasyn w Macao”. Co do przodków miał na myśli właśnie Tadeusza Kościuszkę, według Bohdana, jego nieślubnego przodka. O Kościuszce mówił Bohdan: “Nigdy nie bał się niczego oprócz nudy”, w domu Haliny i Bohdana znajdowało się kilka portretów i popiersi Kościuszki, a na jego samolocie wymalowała mu Halina znaki eskadry kościuszkowskiej. Ale jak sprawdziłem w jednej, nie pamiętam już w której, bibliotek uniwersyteckich, plotka o romansie Kościuszki z córką litewskiego magnata i o nieślubnym potomku, oczywiście fałszywa, zrodziła się tu w Ameryce. Bohdanowi tego nie powiedziałem.
Ból głowy powoli przechodził, przypomniałem sobie, że w pokoju, w którym spałem, zostawiłem portfel właśnie pod popiersiem Kościuszki. Zawróciłem. Przy wejściu do domu pies obwąchał mnie, znów machnął ogonem i ułożył się z powrotem do zakłóconego chwilowo przeze mnie snu. Wziąłem portfel, a kiedy wychodziłem pies wstał i zaczął lizać miskę.

Wróciłem do rzeczywistości. Komornik posegregował teczki z papierami i zabierał się za czytanie kolejnego dokumentu.
- Czy pies wchodzi w skład masy upadłościowej? – zapytała Halina. Potrząsnąłem przecząco głową i podszedłem do okna. Pies leżał na wygrzanym przez słońce podjeździe.
Tego psa nabył Bohdan już w Stanach, po tym jak generałowi zachciało się wprowadzić stan wojenny. Wtedy to dyrektor Polservisu zaraportował partii, że jego klienci, tacy jak Bohdan, Mirek i ja, rozleźli się po świecie jak pluskwy i przez następne kilkanaście miesięcy jednym z pytań zadawanym podczas kontroli granicznych podróżującym po świecie z polskimi paszportami było:
- Are you Polservice?
Jak twierdził Bohdan, do jednego z krajów o klimacie ciepłym udał się także, wkrótce po napisaniu raportu, ów dyrektor Polservisu.
Pies zdecydował, że czas przenieść się do cienia. Podniósł się, przeciągnął i odszedł w stronę zacienionej ściany hangaru.
Myślę, że Bohdan wziął psa dlatego, że akurat wtedy rozwiódł się z Haliną. Ale wcześniej, kiedy podczas warsztatu NASA Mirek pokazał Bohdanowi ten kawałek, psa jeszcze nie było. Mirek w tym czasie był już dobrze zakorzeniony w NASA i w dobrych stosunkach z kilkoma całkiem wysoko ulokowanymi profesjonałami.

Kawałek ważył nie więcej niż pięć gramów, dokładnie cztery i siedemdziesiąt siedem setnych grama. Ale bliźniak tego kawałka był na Marsie, gdzieś w środku marsjańskiego łazika – to o tym myślał Bohdan i oczy płonęły mu więcej niż zwykle. Właściwie na Marsie były dwa kawałki - w dwóch łazikach– to było prawie dziesięć gramów. Bohdan  wiedział, jak trudno napylić na skomplikowaną ceramikę mikronową warstwę platyny i berylu. Mirek był jednym z niewielu którzy to umieli. Oczy Bohdana płonęły, zapału mu PRL nie odebrał:
- Robisz coś, czego nikt nie umie. Poszerzasz świat. A ja – ja pyrkam tam i z powrotem na tych wynajętych wrakach Boeinga.
No i wynikiem tego spotkania był angaż Bohdana w NASA. Trwał krótko, to prawda, ale był. A ja – ja dalej byłem wynajętym profesorem, tyle że nie w Iraku, nie w Zairze, a w Stanach. Zmieniały się tylko kolory kart bibliotecznych i kształt okularów sekretarek w dziekanatach. O tego rodzaju życiu Bohdan mówił, że jest równie uciążliwe jak wysiłkowe nietrzymanie moczu. Miał rację, ale innego życia nie znałem.

Kiedyś pomyślałem, że w przeciwieństwie do Bohdana zawsze trafiam tam gdzie nie dzieje się nic. Zawsze. Zdarzało się, że byłem tylko o krok od wydarzenia, może o dwa kroki. O granicę, o ulicę, o dzień lub dwa dni. A najczęściej o decyzję. Na przykład to nie ja zdecydowałem o moim pobycie w Stanach. O tym zdecydował generał, kiedy wyprowadził wojsko na ulice. I kiedy ludzie z transparentami wyszli na te ulice, to mnie na tych ulicach nie było i nawet nie próbowałem tam być. A moje afrykańskie chałtury – te były rezultatem rozwodu. I znów – to ona podjęła decyzję – nie ja. To, że wypędziła mnie z mieszkania było wtórne. Ale mimo że miałem dosyć, to nie ja podjąłem decyzję o rozstaniu.
Praca Bohdana w NASA trwała krótko, skończyła się po pół roku słynną awanturą o psa.  Pies, nigdy nie mogłem zapamiętać jego imienia, miał według Bohdana prawo wstępu do wszystkich pomieszczeń, w tym do cleanroomu. Tam wziął na ząb prototyp czipa. Koszt był duży, w setkach tysięcy, może nawet milion, anegdotkę o psie usłyszał nawet prezydent Stanów. A Bohdanowi personalna postawiła warunek: “NASA tak, ale bez psa”. Bohdan wybrał psa.

Otrząsam się ze wspomnień. Licytacja trwa, komornik ględzi swoje, Mirek kręci się na krześle i spogląda na stojącego przy oknie szeryfa - od historii z kałachem szeryf ma oko na Bohdana. Podchodzę do uchylonych drzwi i znów patrzę na północ.  Podobno wrak przemytniczego kutra lokalni entuzjaści historii przenieśli do muzeum i wkrótce będzie całkowicie odrestaurowany. Na bliższym planie obok postrzelanej na wylot pociskami kałacha skrzynki na listy stoi wóz szeryfa. Ślady pocisków na skrzynce są świeże – pewnie wczorajsze. Przy skrzynce leży pusta butelka po kanadyjskiej whisky Black Velvet. Dzisiaj też Bohdan sobie podpił i powiedział Halinie: “Moi przodkowie zdobyli pół Ukrainy a ich ostatni potomek nie ma nawet domu”.
Cena wywoławcza wynosi jeden milion osiemset dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów – mówi komornik. Wszystko to jest napisane w elegancko wydrukowanym folderze, bo banki likwidują swoich klientów przestrzegając zasad dobrego smaku. Halina mówi, że nie wystarczy to na długi Bohdana.

Bohdan  gdzieś zniknął, znudzony Mirek wyszedł z domu i ogląda ślady pocisków na skrzynce pocztowej. Pewnie myśli to samo co ja – że Bohdan używał tu wczoraj swojego kałacha.
W hangarze zawarczał silnik samolotu. Bohdan wykołował przed hangar w chwili, kiedy Mirek biegnąc w jego stronę potknął się o psa. Wymachujący ramionami szeryf  był jeszcze o trzydzieści stóp za Mirkiem. Cessna potoczyła się na pas startowy, Bohdan zwiększył obroty silnika i po chwili samolot był w powietrzu.
Mechanizm powietrznego nurkowania zbadałem później na internecie. Samolot sportowy potrzebuje około ośmiu minut aby wejść na wysokość 4000 metrów. Z tej wysokości skoczek rozpoczyna powietrzne manewry – spada z prędkością 50 metrów na sekundę i ma około minuty powietrznego nurkowania. Na wysokości tysiąca metrów otwiera spadochron i bezpiecznie ląduje, stykając się z ziemią przy prędkości około 5 metrów na sekundę.
Rozgorączkowany szeryf rozmawiał z policyjnym dyspozytorem. Zajrzałem do środka hangaru – panował porządek, pies, niezrażony kopniakiem Mirka, myszkował po kątach. Zawołałem psa, poszedłem do samochodu, poczekałem aż pies wskoczy na tylne siedzenie i odjechałem w kierunku północy. Bohdan krążył nad jeziorem nabierając wysokości.
Kiedy dojeżdżałem do jeziornej zatoki, tam gdzie dziesięć lat temu leżał kuter szmuglerów whisky, rytm silnika zmienił się – samolot przestał się wznosić. Przechylił się na skrzydło i oddzielił się od niego obły, ciemny na tle nieba, kształt.
- Ma jeszcze minutę – powiedziałem psu i zatrzymałem się. Bohdan szybował w powietrzu w typowej pozycji nurka powietrznego – z rozpostartymi ramionami, rozchylonymi nogami, ciało prawie poziomo. Spadochron otworzył Bohdan tylko kilkaset stóp od nas i chyba niżej, niż ten tysiąc metrów, o którym czytałem w internecie. W każdym razie w pół godziny później byliśmy w Kanadzie.
Oczywiście można to było zrobić łatwiej. Ale to był Bohdan i musiał wyreżyserować swoje odejście w sposób teatralny.

Niewiele mieliśmy czasu na montrealskim lotnisku Trudeau - samolot Bohdana do Londynu odlatywał za godzinę. W Londynie czekał na niego baronet McAfee i kontrakt pilota helikoptera w Afganistanie. Bohdan miał wspierać tamtejszą misję armii brytyjskiej.
Powiedziałem Bohdanowi do widzenia i zacząłem się zastanawiać co popchnęło mnie do pomocy w kryminalnym przedsięwzięciu, które w dodatku zamykało Bohdanowi powrót do Stanów. Kiedy samolot z Bohdanem i psem rozpędzał się na pasie startowym, a ja siedziałem w lotniskowym barze nad kieliszkiem brandy, telewizja CNN nadała flash o wydarzeniach nad jeziorem Ontario. W roli głównej występował szeryf. Był tam także jachtsman, który nagrał komórką skok Bohdana i na pniu sprzedał nagranie CNNowi.

Bohdan zginął dwa lata później zestrzelony w akcji przeciw Al Kaidzie w górach Bora Bora na pograniczu Afganistanu i Pakistanu. Była to druga tura jego kontraktu – majlował mi, że zdecydował się na nią, bo choć miał propozycje pracy w Stanach, będąc ściganym przez amerykańskie prawo, nie mógł ich przyjąć, a powrót do Polski planował na rok następny. Psem zaopiekowali się początkowo koledzy Bohdana, później zabrała go Halina i wtedy dowiedziałem się, że nazywa się Burek.

A ja medytuję nad skrupułami, obliczam ile zostało mi do emerytury i zastanawiam się, czy skutkiem mojej jedynej w życiu odważnej, ale tylko dlatego odważnej, bo wymuszonej przez Bohdana, decyzji nie była śmierć przyjaciela. Czasem przemyka mi przez głowę myśl, czy nie powinienem zrobić coś odważnego na własną rękę. Ale co? Zniszczyć moją kartę biblioteczną? Pić rano o jedną więcej kawę?


KONIEC


Używaj dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.


Następne opowiadanie za tydzień.

Jeśli opowiadanie podoba Ci się zadbaj do nagłej Anielki o miłość własną autora i kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz tutaj na blogu.  
Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też wyrazić swoją opinię klikając na jedno z trzech okienek w dole postu.


 Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć (teraz jest już ponad trzydzieści sześć tysięcy). Numery 99 i 100 nie ukażą się.

   
Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 
Możesz też zrobić to samo na facebooku. Aby otrzymywać powiadomienia o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.
Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i
spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.
Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   
Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz:   @dziecipowstaniawarszawskiego .
Rozważam otwarcie Festynu Opowiadań dla podobnych w formacie utworów innych autorów - co o tym sądzicie? Skomentujcie.