piątek, 3 listopada 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 115.

Pani Waleria naprawia świat

© Andrzej Olas ( andrzej.olas@gmail.com )





Wszystko zaczęło się trzy lata temu od banalnego, często zdarzającego się w Warszawie, wypadku rowerowego. Wtedy nie wolno było jeszcze jeździć na rowerze chodnikiem i pan Gnych, od kilku lat uprawiający rekreację rowerową, jechał sobie jak zwykle ulicą Puławską. Trasę miał niezmienną, dojeżdżał do wyścigów, tam zawracał i z powrotem do domu na Bałuckiego na południową kawę. Tyle, że poprzedniej nocy gdzieś na wysokości Domaniewskiej pękła rura wodociągowa, chłopcy z Wodociągów zwęzili jezdnię stawiając barierkę i teraz pracowicie wkopywali się w asfalt w domniemanym miejscu awarii. Mimo, że pan Gnych sygnalizował lewą ręką ominięcie barierki, jadący za nim wóz marki Skoda nie zahamował na czas i uderzył w rower pana Gnycha przewracając go i łamiąc mu nogę w kostce. W dwadzieścia minut po odwiezieniu pana Gnycha do szpitala barierka zniknęła, bo awaria okazała się być cztery metry dalej, już pod chodnikiem. O tym czasoprzestrzennym figlu opatrzności pan Gnych nie dowiedział się nigdy.
W wieku lat siedemdziesięciu tego typu złamania nie leczy się łatwo, po leczeniu przychodzi długa rehabilitacja, a szok psychiczny czasami może w ogóle nie minąć. To właśnie zdarzyło się panu Gnychowi. Pozbawiony ulubionej rekreacji, przez dłuższy czas pozbawiony też swobody poruszania się, popadł w depresję, zaraz przyplątały się inne choroby i pan Gnych zmarł po niecałym roku.

Wdowa po panu Gnychu, pani Waleria była wiotką, ale inteligentną i pełną energii starszą panią. Lubiła karmić wiewiórki w Łazienkach, oglądać serial M jak miłość i wypiekać domowe ciasta. Była też obdarzoną chęcią robienia rzeczy dobrych.
Jedyny syn pani Walerii, pan Włodzimierz, dawno już wyrobił sobie niezłą karierę w przemyśle Public Relations, był żonaty i spłodził dwoje wnuków. Mimo swoich najlepszych chęci i produkcji znakomitych makowców pani Waleria nie spędzała z wnukami dużo czasu – przykro, ale trzeba powiedzieć, że synowa nie odnosiła się do pani Walerii nazbyt przyjaźnie. W ostatnich latach sąsiedzi pani Walerii zauważyli, że ta miła i ogólnie lubiana wdowa zaczęła mówić sama do siebie. Uznali, że pewnie jest jej z tym mniej nudno.
Pierwotną przyczyną nienajlepszego kontaktu synowej z panią Walerią było nazwisko pana Gnycha, a co za tym idzie i pani Walerii; w prymitywnych czasach wczesnej komuny bowiem, kiedy państwo Gnych brali ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego rzadko kiedy panna młoda pozostawała przy swoim nazwisku panieńskim. Rzecz była w tym, że poza Urzędem Stanu Cywilnego nazwisko Gnych można było znaleźć w aktach zalegających półki Instytutu Pamięci Narodowej – dziad pana Włodzimierza był w latach czterdziestych i pięćdziesiątych jednym z wielu funkcjonariuszy Urzędów Bezpieczeństwa. Wielkiej kariery tam nie zrobił, wysokich stanowisk nie zajmował, ale był i były ślady jego działalności, na pewno umacniającej komunizm, i na pewno ciemiężącej ludność Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Ubek Gnych do końca swego życia pozostał przekonany, że ciemiężył uciemiężonych dla ich własnego dobra. Zresztą świadczyła o tym jego wysoka emerytura.

Ślub syna pani Walerii odbywał się już w innym ustroju. Miał miejsce w roku powszechnego entuzjazmu naszego społeczeństwa, w roku w którym nasz biały orzeł odzyskał swą koronę i w roku, w którym syn pani Walerii zmienił nazwisko. Tę zmianę wymogła kilka miesięcy przed ślubem przyszła żona, a wówczas narzeczona pana Włodzimierza. Zmianę nazwiska można uważać za ważny dla nauk filozoficznych eksperyment, bowiem stanowiła ona próbę wykazania wyższości idei, pojęcia przecież abstrakcyjnego, nad pospolitą materią, próbę zmiany przeszłości i próbę transformacji pana Włodzimierza z całkowitego w takiego niezupełnego, niekompletnego, wnuka swojego dziadka.
Pani Waleria nie podzielała idealistycznego sposobu w jaki jej synowa rozprawiała się z przeszłością, zresztą filozofia nie była jej mocną stroną. Jej zadawanie się z przeszłością poszło innym torem. Było dla niej oczywiste, że teść był człowiekiem złym i że wyrządził wielu ludziom wiele złego. Kiedy ponad pięćdziesiąt lat temu wychodziła za mąż niewiele o tym wiedziała i nie próbowała o tym myśleć. Do śmierci męża nie zrobiła nic, w rok później usunęła z albumów rodzinnych wszystkie zdjęcia teścia. Co mogła zrobić więcej? Miała przecież czas, miała tak jak prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej, bardzo wiele czasu. Czy mogła coś z tym złem zrobić? Jak odkupić zło?
Zidentyfikowanie ofiar teścia, czy też ich potomków uznała za niemożliwe. Ale wiedza o tym, że zło zostało wyrządzone i poczucie, że ludzie zostali skrzywdzeni drążyły jej świadomość; Pani Waleria zastanawiała się co może zrobić. A że właśnie zbliżały się wybory i o układzie, czwartej Rzeczypospolitej i łże-elitach w telewizji było pełno, to i pani Waleria polityką historyczną się zainteresowała. Ale w inny sposób niż politycy, bo pani Waleria o naprawie krzywd myślała, a nie o własnej karierze czy występie w telewizji.

Studiując w miejscowej wypożyczalni książek tygodniki ogólnopolskie, zetknęła się z szeregiem nowych terminów i politycznych prognoz; niestety w żadnym piśmie żaden z artykułów nie dawał recepty na prywatną naprawę krzywd. Zato w tym czy innym tygodniku często natykała się z odmienianym w różnych przypadkach rzeczownikiem “blog”. Pewna była, że nie jest to osoba, ani prezydent, ani premier, ani prezes. Jakiś czas zastanawiała się też, czy czasownik “blogować” nie ma czegoś wspólnego z nieprzyzwoitym stosunkiem płciowym. Było jeszcze wykręcające język słowo “twitter”, ale to to na pewno było z obcego języka, a interesować się obcym językiem, tak jak i filozofią, pani Waleria nie miała najmniejszego zamiaru.  
Tygodniki wieściły różne rzeczy, takie jak ta, że ustawiczna pogoń za zyskiem zabija społeczeństwo, że państwo upadnie, że kościół upadnie, że opozycja upadnie, że szkoły upadną, że służba zdrowia upadnie. Zwróciło jej uwagę, że upadki te przepowiadane były selektywnie, rzadko wszystkie naraz; to zgadzało się z jej poczuciem zdrowego rozsądku. Kiedy w telewizji zobaczyła mapę Europy na niej zieloną wyspę Rzeczypospolitej, a resztę Europy na czerwono, uznała to za potwierdzenie, że skończył się czas komuny; za komuny na mapie było odwrotnie; to wyspa PRLu była razem z bliskim sąsiedztwem cała czerwona, a jaka była reszta Europy, ta na dalszy zachód, trudno było powiedzieć, bo jej raczej nie pokazywali. Utwierdzona przez obraz zielonej wyspy pani Waleria niezbyt ufnie przyjmowała twierdzenia tych z czwartej rzeczypospolitej, że trzecia jest prawie całkowicie komunistyczna. Ale te konstatacje wykonywała tak jakby na marginesie właściwego myślenia, bo w żaden sposób nie posuwały one problemu naprawy krzywd do przodu.

Że rzeczy mają się ku gorszemu uważali też urzędujący na pobliskim skwerku miejscowi ludzie pijący. Ale z ich opinią się pani Waleria nie liczyła, bo już dawno zdecydowała, że sikającym w miejscu publicznym powinno się zabronić wypowiedzi w sprawach politycznych. Uznała, że do kościoła też nie ma co się zwracać – tyle teraz budują nowych świątyń, że jakby co to moja pomoc też na budowę by poszła, a mnie nie o to chodzi.  Rozwiązania problemu wciąż nie było.
W końcu pani Waleria postanowiła zwrócić się do szkolnego kolegi Włodzimierza – profesora historii Jacka Długosza, w tych dawnych czasach sąsiada państwa Gnychów. Jacek Długosz przemknął tylko incydentalnie przez młodość Włodzimierza - kolegował się z Włodzimierzem krótko, może z miesiąc. Kiedy spytała była wówczas Włodzimierza dlaczego Jacek nie pokazuje się więcej u nich w domu, Włodzimierz spłoszył się i dopiero po dłuższym przesłuchaniu powiedział, że chodzi o dziadkowy Urząd Bezpieczeństwa.
Decyzja kontaktu, i to po tylu latach, była całkiem śmiała; podejmując ją pani Waleria kierowała się także własną emocją: wiedziała, że żoną Jacka jest aktorka Kalina Długoszowa. Zanim zaczęła interesować się polityką pani Waleria oglądała ją niekiedy na ekranie telewizyjnym i lubiła ją. Pamiętała też, że jeden z krytyków powiedział kiedyś, że pani Kalina jest osobą przystępną.

Trzeba przyznać, że w rozmowie z Jackiem (bo udało jej się z nim skontaktować) starsza pani była szczera. Powiedziała, że czuje się winna tego, że weszła do rodziny funkcjonariusza. Powiedziała, że teraz na starość uważa, że jeśli kochała aż tak, że nie mogła odejść, to lepiej było zostać kochanką pana Gnycha, dać tej miłości czas na wygaszenie i spokojnie wyjść, odejść do własnego życia. Powiedziała, że jest winna, że tak nie zrobiła, że stała po stronie mocy zła. I poprosiła o radę jak może to odpokutować, jak może coś tutaj naprawić. I jeszcze powiedziała, że co do etycznej strony jej przeszłych decyzji poddaje się pod osąd Jacka i nie oczekuje jego sympatii.
Co było robić - Jacek najchętniej przerwałby rozmowę aby zastanowić się nad pani Walerii interesującą teorią spraw miłosnych, ale błagalny uśmiech pani Walerii spowodował, że zgodził się odłożyć na bok zarówno teorię uczuć miłosnych jak i sprawy etyczne. Po wysłuchaniu pani Walerii stało się jednak jasne, że ani Jacek, ani biorąca udział w rozmowie Kalina, żadnej rozsądnej rady udzielić nie potrafią; Kalinie nie pomogła nawet znajomość ciemnych stron ludzkiego umysłu, ludzkich namiętności i ludzkich wyborów, znajomość nabyta w czasie teatralnych prób do roli Medei w przerobionej na współczesność sztuki Eurypidesa. Jacka wiedza historyczna też nie dostarczała jakiegoś rozwiązania, przeciwnie sugerowała, że każda decyzja może okazać się błędna i szkodliwa. Pani Waleria odeszła z niczym. A na Jacka wygłoszoną później tego wieczoru uwagę, że “odejść do własnego życia” jest bardzo pięknym wyrażeniem Kalina odpowiedziała, że odejść jak odejść, ale odchodząc łatwo jest z ręki odchodzonej czy odchodzonego to własne życie stracić.

Następne spotkanie pani Walerii z Jackiem miało miejsce dwa miesiące później, zaraz po nieudanym telefonie pani Walerii do syna, kiedy to natknąwszy się na synową, pani Waleria została znów potraktowana ozięble a propozycja wizyty u wnuków została odrzucona. W konsekwencji upieczony na wizytę makowiec trafił do zamrażalnika, a pani Waleria wykonała następny telefon – właśnie do Jacka, oznajmiając mu, że podjęła decyzję co ma zrobić i chciałaby poprosić Jacka i Kalinę o opinię.  
Znalazłszy się u Jacków pani Waleria oznajmiła, że przestała czytać zarówno gazety codzienne jak i tygodniki; to znaczy przestała czytać ich wersję drukowaną. Została studentką Uniwersytetu Trzeciego Wieku, dwa tygodnie wcześniej skończyła kurs komputerowy dla seniorów i teraz w najbliższej wypożyczalni książek czyta gazety w internecie. Już wie co to są blogi, ale ich nie czyta, bo wiele z nich jest ordynarnych i niecenzuralnych. A ostatnio przeczytała o zapisie windykacyjnym. Że można coś co się posiada zapisać w całości albo w określonej części jakiemuś spadkobiercy i że taki zapis już nie idzie przed sąd. A zaznaczyła, że przedtem, kiedy nie było tego zapisu, to trzeba było postępowania sądu, który dzielił taką część temu a taką tamtemu, a jak się spadkobiercy pokłócili, to nic z tego nie wychodziło.
No dobrze, zapytał Jacek, ale co to ma za związek z teściem. Pani Waleria powiedziała, że ma, bo postanowiła zrobić coś dla seniorów – bo to oni, a nie ich dzieci, czy ich wnuki siedzieli całymi dziesięcioleciami nękani i uciemiężeni przez komunizm.

Pomysł pani Walerii zrobienia czegoś dla seniorów szczególnie spodobał się Kalinie, która trzy lata temu grała Reganę, niedobrą córkę starca, w szekspirowskim królu Learze. Tylko co chce pani Waleria zrobić? Pani Waleria odpowiedziała, że to co pozostało jej po teściu to mieszkanie, obszerne eleganckie, przedwojenne jeszcze mieszkanie w centrum Warszawy. To mieszkanie chce pani Waleria po śmierci podzielić równo: połowę dla jej wnuków, a drugą połowę dla Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Pozwala na to ten zapis windykacyjny, a przeczytała dużo o prawie pierwokupu, tak że załatwi to tak, że interesy wnuków i Uniwersytetu nie będą w kolizji. Syn z synową mieszkania nie potrzebują, mają swoje. A jest to decyzja słuszna, bo to mieszkanie było przecież czyjeś, teść to mieszkanie jakby ukradł, bo dostał je w następstwie dekretu Bieruta i tylko dlatego, że był funkcjonariuszem. Tu pani Waleria wdała się w zawiłe tłumaczenie skutków dekretu, czego ani Jacek, ani Kalina nie zrozumieli, choć o samym Bierucie wiedzieli, a Jacek nawet wiedział bardzo dużo. Ale zrozumieli, że już rozmawiała z notariuszem i wszystko jest przygotowane, pani Waleria chce żeby Jacek i Kalina byli świadkami, to nie jest potrzebne, ale ona by chciała. A sympatii do niej dalej nie muszą czuć. Termin spotkania u notariusza jest za dwa tygodnie.
No, jeśli pani Waleria tak chce, to niech tak będzie, Jacek z Kaliną zgodzili się. Jacek zapisał datę na kalendarzu. Będzie to tuż po wyborach (chodzi o wybory 2007).
Na wybory Jacek Długosz zdążał samochodem z Wrocławia, z wizyty na tamtejszym Uniwersytecie. Zdążył ledwie ledwie, bo krajowa ósemka blokowała się tam gdzie zwykle - w Bełchatowie i w Wieluniu. Ale zdążył. Kiedy pani z komisji zauważyła, że chyba będzie ostatnim tego dnia wyborcą, Jacek pomyślał, że w dodatku dosyć głupim, bo przy takich drogach tylko głupiec może głosować na Platformę. Ale tego jej nie powiedział, a nuż byłoby to złamanie jakiegoś paragrafu ordynacji wyborczej, albo czegoś tam. A w dodatku takich głupców jak on było dużo. Przez chwilę zastanawiał się jak też zagłosuje pani Waleria, ale ponieważ nie należało okazywać jej sympatii to tematu nie drążył.
O północy nie było niczego telewizyjnie pewnego. Jacek nie zupełnie zadowolony, nalał sobie kieliszek bułgarskiego koniaku i zapuścił laptopa. I zdziwił się – czekał na niego mejl od pani Walerii. Pomyślał, że pani Waleria coś o wyborach pisze – może wbrew swojemu postanowieniu jakiegoś bloga przeczytała, co ją zdenerwował. Ale nie, chodziło o zupełnie inne nieszczęście.

Do pani Walerii przyszedł pan o bardzo szlachetnym nazwisku i powiedział, że od miesiąca on jest właścicielem kamienicy w której mieszka pani Waleria i że pani Waleria ma się wyprowadzić w ciągu trzech miesięcy, a na razie podwyższa jej czynsz, tak żeby koszt eksploatacji a i wartość zamieszkiwania w luksusowym mieszkaniu w centrum Warszawy była tym czynszem odzwierciedlona.  Ten pan wszystko o pani Walerii wiedział, powiedział, że teść pani Walerii był stalinowskim katem i że tak naprawdę to on, ten pan, człowiek, który latami walczył w Solidarności, dopełnia tylko tego co sprawiedliwe. Pani Waleria pisała o tym panu per pan X, a określenia “stalinowski kat” nie komentowała; brak komentarza uznał Jacek za właściwy, bo jeśli tak trudno jest tych katów ukarać, to przynajmniej trzeba mówić głośno kim byli.
No i teraz nie dość, pisała pani Waleria, że o zapisie windykacyjnym nie ma mowy, to jeszcze ona sama, okazuje się, może się znaleźć na bruku. Poradził jej ten pan, żeby do miasta poszła o lokal zastępczy, choć podkreślił, że nadziei na to, to by jej nie robił. No i jeszcze zwrócił uwagę, żeby lepiej o lokal dbała, bo w rogu łazienki grzyb się zapowiada, a w takim mieszkaniu to tak przecież nie można. Pani Waleria określiła zachowanie tego pana jako aroganckie i lekceważące, szczególnie, że żadnego zapowiadania się grzyba nie było, a o mieszkanie dba jak mało kto, i malowanie zrobiła pół roku temu. Zapytała go o jego tak ładnie brzmiące nazwisko, to powiedział, że tak, że on jest z tego rodu, rodu, który od wieków za sprawiedliwością wotował. Pani Waleria dodała, że po wyjściu tego pana przeczytała w encyklopedii, że to nieprawda, że to w szlacheckim warcholstwie ród jego przed innymi rodami przodował. A Jacek zgadywał, że nazwała tego pana pan X – bo X jest jak Xiążę.
Jackowi, historykowi przecież, nietrudno było przywołać z pamięci, bez sięgania do źródeł, kilka niechlubnych wystąpień antenatów tego anioła sprawiedliwości. Zresztą czy jest ród magnacki który może być przez historyka, ot tak sobie, polubiony? Nie, takiego nie ma. A w dodatku, Jacek wiedział, że w ostatnich wiekach nazwisko przestało być rzeczą dziedziczoną, a stało się rzeczą nabytą. Po każdej większej katastrofie narodowej, grzebiąc w jej zgliszczach, każdy mógł sobie prawie że dowolne z nazwisk przybrać, jakby chciał to może nawet X, a czasem jeśli przy pieniądzach, to i sygnet szlachecki kupić. Czasem z tych pieniędzy, co właśnie ukradzione.
Pani Waleria kończyła mejla stwierdzeniem, że i tym razem wcale o sympatię nie prosi, ale po prostu nie wie co robić.

Narada z Kaliną nie przyniosła żadnych rezultatów poza stwierdzeniem, że wpakowali się oboje w sytuację bardzo dwuznaczną. Pan Gnych był funkcjonariuszem, niezaprzeczalnie, mieszkanie było jak skradzione, synowa pani Walerii niesympatyczna, pani Walerii sympatia się nie należała, syn pani Walerii był znakiem zapytania, i było duże prawdopodobieństwo, że ten pan X o pięknym nazwisku był ścierwnikiem – takim, co odgrzebuje padlinę - żer z ostatniej wojny i pochłania rozrywając ją na strzępy.
I tu moglibyśmy zakończyć tę story, informując czytelnika, że autor chciał przypomnieć odwieczny morał, morał tej i każdej innej historii: poczucie sprawiedliwości jest zakodowane gdzieś w ludzkim kodzie genetycznym, gdzieś w naszym DNA jakaś chemia wymusza na nas dążenie do reguł, przepisów mówiących, że słabszym należy się ochrona, że wiemy, że są czyny na które naszej zgody nie ma. Tylko że zdarza się, że w naszej rzeczywistości pojawi się ktoś z jakimś popsutym DNA, taki jakiś Bierut, zwerbuje jakiegoś Gnycha i innych, z którymi będzie świadomie łamał reguły, organizował mordy i tłumaczył nam, że to wszystko jest normalne. Albo pojawi się jakiś pan X. Oczywiście ten Bierut, czy jego miniaturowa kopia - pan X są tu symbolami, możesz czytelniku użyć własnego doświadczenia do podstawienia na jego miejsce całego gabinetu zbrodni.
- Zaraz, zaraz - pytasz czytelniku - a gdzież jest finał tej całej historii? Przecież życie toczy się dalej.

Proszę bardzo, oto jest:
Następnego dnia, po mejlu pani Walerii Jacek wziął się za swoją komórkę. Warszawa nie jest aż taka duża, żeby dla uzyskania podstawowych wiadomości o człowieku trzeba było zatrudniać prywatnego detektywa. Wczesnym popołudniem Jacek wiedział co powinien wiedzieć: Ten pan X o pięknym nazwisku był człowiekiem niebezpiecznym. Po nieskończonych studiach prawniczych robił różne rzeczy a ostatnio zajął się odzyskiwaniem nieruchomości z dekretu Bieruta i z innych roszczeń, prywatnych i instytucjonalnych. W Solidarności nie działał, w ogóle nie był. Za to był skuteczny, bo już tego dnia wieczorem Wiesław, dziennikarz i przyjaciel Jacka powiadomił go, że jego śledztwo zostało zauważone. Powiedział, że pan X montuje kontratak – Jacek będzie ogłoszony opiekunem stalinowców, sympatykiem Stowarzyszenia Polskich Marksistów i zawodowym plagiatorem, który wyłudził tytuł profesorski. Pomimo że Jacek nie miał pojęcia, że Stowarzyszenie Marksistów Polskich istnieje, to tą informacją się przejął.
Jak już wspomniałem story kończy się tutaj. Bo następnego dnia poranne gazety doniosły, że pan X o pięknym nazwisku został zatrzymany pod szeregiem zarzutów. Głównie chodziło o fałszerstwa testamentów, przekupywanie urzędników sądowych z wydziałów Ksiąg Wieczystych i nielegalne działania w różnych komisjach. Jacek miał szczęście, bo zarzuty stawiane panu X były poważne, wyglądało na to, że chemia ludzkiego DNA i aparat sprawiedliwości, pewnie ten taki trzyliterowy, zadziałały wspólnie i skutecznie. Jacek mógł odetchnąć, bo zapowiadało się długie śledztwo i długi wyrok.
A pani Waleria? Na pewno też odetchnęła. Ale Jacek Długosz wciąż nie wie czy należy jej się sympatia jego i czytelników tej story.


KONIEC

Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć. Numery 99 i 100 nie ukażą się.

Za tydzień następny odcinek Festynu Opowiadań.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.

Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .



piątek, 27 października 2017

#Festyn opowiadań, wydanie II, Nr 114. Apteka pod Opatrznością, dokończenie.



      ©Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)                            Aby przeczytać pierwszą część opowiadania kliknij tutaj

Rozdział V. O wyprawie po iksa.

Tego letniego wieczoru wszystko szło po mojej myśli. Mama z panią Ostrowską były w kuchni, pani Ostrowska mówiła, że pan Piotr przyjdzie się pożegnać, bo nie ma co u komunistów szukać i ucieka z powrotem na zachód przez Czechosłowację. Mówiła mamie, że dostała dobre schabowe, a i ma trochę bimbru. Normalnie podsłuchiwałbym dalej, ale tym razem musiałem iść na poszukiwanie.

Wślizgnąć się do gmachu koszar nie było trudno – szeroka brama frontowa stała otworem. Było kilka klatek schodowych – wybrałem tę najdalszą od frontu. Zejście do piwnic było zakratowane, krata była zamknięta na kłódkę, ale byłem chudy i bez trudu zmieściłem się między pionowymi prętami. Bałem się trochę, tak jak kiedy na wietrze zaklepywałem napis, ale to było to co powinienem zrobić.
- Obejrzę dwie piwnice – zdecydowałem – jedna to byłoby tchórzostwo, a trzy to już za dużo.

W pierwszej piwinicy nie było nic ciekawego poza połamanymi szkolnymi ławkami. W drugiej, też zamkniętej kratą, połowę bocznej ściany zajmowały rury kanalizacyjne. Tym razem krata była bardziej gęsta i przejść między prętami nie mogłem. Może jest jakiś inny sposób? Rozejrzałem się. Obok kraty, przy ścianie, były jakieś drzwiczki – była jakby szafka z cieńszymi rurami i kranami tak jakby do wody czy czegoś. A w bocznej ścianie szafki był otwór prowadzący do piwnicy. Dorosły by się tam nie prześlizgnął, ale mnie się udało.
Koło rur kanalizacyjnych leżała płaska drewniana skrzynia. Uniosłem wieko. Wnętrze podzielone było na cztery przedziały. Trzy były puste, w czwartym leżała metalowa rura zakończona z jednej strony pękatą, metalową bańką. To chyba był  ... panzerfaust – rura podobna była do tej, jaką widziałem półtora roku wcześniej obok trupa niemieckiego żołnierza i spalonego rosyjskiego czołgu pod Radomiem. Przeciągnąłem skrzynię pod piwniczne okienko i rzeczywiście – udało mi się odcyfrować w półmroku przyklejoną po wewnętrznej stronie wieka kartkę z napisem „Panzerfaust Klein, 4 Stücken”. A więc to był zapomniany, ostatni z czterech pocisków w skrzyni. Nie był zbyt ciężki, lżejszy niż kilka kilo ziemniaków, jakie co parę dni nosiłem mamie z targu.

Kuśtykałem z panzerfaustem przez wejście do piwnic, przez bramę, aż wydostałem się na Kazimierzowską i doszedłem do rogu Madalińskiego. Nikt mnie nie zobaczył. Przed willą ubeka znów stał czarny Citroën, koło samochodu stało dwóch oficerów, napewno UB, jeden z nich trzymał w rękach paczkę UNRRA. A więc byłem odcięty od Kazimierzowskiej. Zdecydowałem przejść tyłem willi ubeka do Różanej. Zanim doszedłem do Różanej usłyszałem od strony koszar krzyki i tupot żołnierskich butów. Z bijącym sercem przekuśtykałem przez Różaną i schowałem się w tej samej ruinie z tapetą, w której skręciłem kostkę.

Żołnierze rozwinęli się w linię wzdłuż Kazimierzowskiej od koszar aż do Szustra i przeszukując ruiny i podwórka posuwali się w moją stronę – w stronę Puławskiej. Nie mogłem zostać na parterze ruiny - musiałem wspiąć się na pierwsze piętro. Jeżeli uda mi się wciągnąć balustradę na górę, to nie będą wiedzieli, że można wejść wyżej.
I właśnie kiedy mocno spocony już byłem na górze, kiedy ostrożnie oparłem panzerfaust o ścianę, usłyszałem hałas – ktoś potknął się o leżące dookoła ruiny cegły. Ostrożnie wychyliłem głowę  w dół. W ruinę wszedł ktoś w mundurze i zatrzymał się próbując zorientować się w ciemności. Dopiero po chwili rozpoznałem niewysoką sylwetkę pana Ostrowskiego. Wyglądał inaczej - był w mundurze kolejarza, przepasany raportówką i z kolejarską rogatywką na głowie.
- Proszę pana – powiedziałem – musi pan wejść na piętro.
Na dźwięk mojego głosu pan Piotr spojrzał w górę.
- A to ty – powiedział.
- Trzeba po tej balustradzie – wskazałem na balustradę.
Panu Piotrowi poszło łatwo, za chwilę był na górze.
- Trzeba jeszcze wciągnąć tę balustradę w górę – powiedziałem.

Rozdział VI. O panu Ostrowskim i ministrze.

Przez otwór okienny wpadało do pokoju światło księżyca. Leżeliśmy płasko wzdłuż najdalszej od schodów ściany, czekając, aż linia żołnierzy minie naszą ruinę. Serce biło mi mocno. Żołnierze poświęcili ze dwie minuty na obejrzenie parteru, spojrzeli w górę, ale tak jak sądziłem, żaden nie próbował sforsować balustrady. Kiedy znów spojrzałem na ulicę minęli już prawym skrzydłem naszą willę i poszli dalej w stronę Puławskiej.
- A teraz posłuchaj – powiedział szeptem pan Piotr – Ja muszę przedostać się do stacji kolejki na Puławskiej. A tobie czas do domu.
Kiwnąłem głową. Pomyślałem, że będę musiał zostawić tu panzerfaust. Ale gdzie i jak go ukryć?
- Rozpoznał mnie jakiś ubek i zaalarmował koszary. Dobrze, że zdążyłem się pożegnać – ciągnął dalej pan Piotr.
-– Ale jak pan ominie tych żołnierzy? - zapytałem.
- Wymyślę coś.

Pomyślałem, że gdyby pan Piotr miał tu swój czołg, to w minutę byłby na Puławskiej. Pokuśtykałem do kąta, i podniosłem oparty o ścianę panzerfaust:
- A może ja pana osłonię? – powiedziałem. Na filmie „O szóstej wieczorem po wojnie” lejtnant Grisza osłonił cały pluton i wszystkich uratował. Z pierwszego piętra byłoby bardzo łatwo osłaniać.
- No, no Tomaszku – powiedział pan Piotr szeptem i sięgnął po pocisk.
Po chwili, patrząc mi prosto w oczy, pan Piotr powiedział – widzisz jestem tu jak na wojnie – a na stacji czekają na mnie. Muszę otworzyć sobie drogę. Do tego potrzebny mi twój panzerfaust. Czy mi go oddasz?
- Znów będę z pustymi rękami, bez iksa – pomyślałem – nie będę kapitanem, będę dalej rezerwowym. Przełknąłem i kiwnąłem głową:
- Dobrze.
- Dziękuję Tomaszku – pan Piotr wyciągnął do mnie rękę - ty masz już wolną drogę do domu. Biegnij, spiesz się. Spiesz się – powtórzył z naciskiem.

Dziesięć minut później, nie odpowiadając na niespokojne pytania mamy, stanąłem przy oknie naszej willi i patrzałem w kierunku ruiny pod opatrznością i dalej w stronę Puławskiej. Przed willą ubeka wciąż stał Citroën. W oświetlonym garażu kręcił się układający paczki oficer, drugi stał w drzwiach do willi. Na prawo niewyraźnie widziałem sylwetki żołnierzy przeszukujących ruiny i posuwających się w kierunku Puławskiej.

Były dwa wybuchy – ten pierwszy usłyszałem zanim jeszcze zobaczyłem ognistą kulę lecącą w stronę Citroëna. Drugi, kiedy to pocisk uderzył w ministerialny samochód, był znacznie potężniejszy i wstrząsnął całą ulicą. Samochód eksplodował, coś, chyba to było koło samochodu, uderzyło w stojącą po przeciwnej stronie fasadę. Oświetlona przez płomienie palącego się samochodu fasada jakby wygięła się u dołu, a potem zachwiała się i runęła na ulicę. Na koniec z blaszanym hałasem spadł do ogrodu willi ubeka szybujący dotąd w powietrzu teraz ledwie rozpoznawalny szyld apteki pod Opatrznością.
Ten układający paczki oficer wypadł z garażu i krzyczał do przeszukujących żołnierzy:
- Napad na towarzysza ministra. Biegiem do mnie.

Żołnierze ruszyli z powrotem w stronę Kazimierzowskiej. Drugi oficer z pistoletem w ręku tkwił w drzwiach wejściowych willi ubeka.
- A więc pan Piotr ma wolną drogę – pomyślałem – a ja będę miał co opowiadać chłopakom.
Ogień przygasał. Ostatnie co zobaczyłem, zanim mama odciągnęła mnie od okna, to truchtający w stronę koszar, ciasno otoczony przez żołnierzy i trzymany pod ręce przez dwóch oficerów, gruby cywil w garniturze. To chyba był ten towarzysz minister.

Rozdział VII. O czym Tomaszek znowuż rozmawiał z mamą. 

Najpierw były dwie poważne rozmowy z mamą. W pierwszej powiedziałem mamie, że spotkałem pana Piotra w ruinie. Udało mi się nie wspomnieć o panzerfauście, bo mama odrazu zaczęła myśleć analitycznie. Nie spytała się, dlaczego byłem w ruinie, tylko powiedziała, że grozi nam wielkie niebezpieczeństwo – możemy zostać aresztowani i wsadzeni do więzienia:
- Musisz to zrozumieć – mówiła – teraz musisz zachowywać się jak dorosły, musisz się mną opiekować. Teraz po tym wybuchu będą nas wszystkich podejrzewali. I zapytała:
- Co masz zadane do domu?

Powiedziałem, że mam się nauczyć wiersza Mickiewicza o lisie i niedźwiedziu. Mama kazała mi go wyrecytować. I kazała mi mówić, że jak usłyszałem wybuch, to siedziałem w kuchni i uczyłem się wiersza. A jeszcze powiedziała, że jak ja się uczyłem, to ona gotowała zupę pomidorową i przesłuchiwała mnie z wiersza.
- Bo mogą ciebie pytać co ja robiłam, a mnie o to co ty – powiedziała. A teraz powtórz wiersz jeszcze raz.

Drugą rozmowę mieliśmy następnego dnia. Tym razem powiedziałem o panzerfauście. Przyrzekłem, że  nigdy więcej takich rzeczy jak szukanie panzerfausta robić nie będę. A kilkanaście dni później, jak już mama się uspokoiła, miałem trzecią rozmowę, tym razem z mamą Janusza i moją. Mama Janusza już wszystko wiedziała od mojej mamy, ale chciała to jeszcze raz usłyszeć. Opowiedziałem wszystko co się działo tamtego wieczoru. Janusz też słuchał, a potem obie mamy długo tłumaczyły nam o Mikołajczyku i że musimy się nimi opiekować i być jak dorośli.
Mówiły nam o Mikołajczyku, bo akurat tego dnia ogłosili wyniki referendum. Wszędzie wygrali komuniści, tylko nie w Krakowie, bo tam wygrał Mikołajczyk. Mama powiedziała że to dziwne, że akurat w tym jednym mieście nie sfałszowali referendum – w gazetach było czarno na białym, że tam prawie każdy głosował za Mikołajczykiem. Ale to dobrze - świat będzie wiedział, że komuniści oszukali.

A tydzień później zniknął ubek. Przyjechał samochód ciężarowy, załadowali meble, zaplombowali drzwi i ubeka więcej nie było. Porucznik też zniknął ze szkoły.
- Poszłam do nich na Cyryla i Metodego, żeby mi zwrócili willę – mówiła mama Janusza – to powiedzieli, że willa jest upaństwowiona.
Pomyślałem, że w willi nikogo teraz nie ma, a obaj z Januszem wiemy jak się do niej dostać. A że, z Januszem byłem teraz, po mojej opowieści, za pan brat – miałem zastępować go na treningach drużyny - to następnego dnia obaj wybraliśmy się do willi.  Właśnie oglądałem w ogrodzie szyld apteki pod Opatrznością kiedy Janusz wyszedł z garażu z pokreślonym czerwonym ołówkiem skrawkiem strony papieru podaniowego:
„Samokrytyka w sprawie niedostatecznej czójności.
Z powodu braku czójności w mojej bezpieczniackiej pracy doszło do napadu reakcji na towarzysza ministra Radkiewicza.
Samochód towarzysza ministra został zniszczony. W samochodzie spaliły się zaplanowane wyniki referendum w Krakowie. Dlatego nie otrzymał ich Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie. Wskutek tego przez wroga klasowego podane zostały mylne wyniki referendum.
Proszę o ukaranie  ...

Tutaj strona urywała się.
- Czujność pisze się przez u zwykłe – powiedziałem – i czy to jego ukarzą?
- Trzeba pokazać to naszym mamom – powiedział Janusz. Kiedy szliśmy do domu myślałem, czy dowiem się kogo ukarzą.
Pierwsza czytała mama Janusza. Przerwała w połowie:
- Muszę zapalić – powiedziała sięgając po papierosy.
- Czujność pisze się przez u zwykłe – powiedziałem.
Mama spojrzała na mnie i powiedziała do mamy Janusza:
- Daj i mnie.
Kiedy z ubeckiego skrawka papieru został już tylko popiół w słoiku służącym za popielniczkę mama powiedziała:
- Tomaszku, dzięki Tobie prawda o sfałszowanym referendum wyszła na jaw. Ale nigdy nie przejdziesz do historii, bo do końca życia nie wolno ci nikomu o tym powiedzieć.
- Nie przejąłem się wtedy tym zbytnio, bo zastanawiałem się, gdzie będę trzymał granat, który obiecał mi Janusz.

Rozdział VIII. Po sześćdziesięciu latach.

Żebym ja stary tylko wiedział co jeszcze w życiu mogę sobie i innym narobić. Kiedy po sześćdziesięciu latach przypadek zaprowadził mnie na ulicę Kazimierzowską i zaskoczony ujrzałem tam szyld apteki pod Opatrznością coś we mnie drgnęło. Szyld był prawie taki sam, jak ten który zapamiętałem w roku 1946. a wisiał nie tam co wtedy – był na willi pana Ostrowskiego – czyli willi ubeka. Wiedziałem o losach willi w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych - i kiedyś o tym opowiem osobno, bo nie miejsce tu na dalsze opowieści - ale nie miałem pojęcia, co działo się z willą później, a to, że teraz mieści się tam właśnie apteka pod Opatrznością zaskoczyło mnie. Zaskoczyło mnie do tego stopnia, że przypomniałem sobie, gdzie schowałem granat. Tak, czytelniku, zgadłeś. Sześćdziesiąt lat temu schowałem granat za ruchomą cegłą na poddaszu willi ubeka. Dlaczego? Przypomnij sobie czytelniku co przyrzekałem mamie po historii z towarzyszem ministrem UB. Nie chciałem się wtedy granatu wyrzec, a więc, skoro przyrzekałem mamie, musiałem go schować tam, gdzie w razie znalezienia nie padłoby na nas żadne podejrzenie. 
_ Czy to możliwe, że granat jest wciąż tam – za ruchomą cegłą? – głowiłem się – co należy zrobić?

W końcu zrobiłem to co powinienem – powiedziałem o granacie sympatycznej pani – właścicielce apteki. I zaczęło się. Wiecie kto wlazł na poddasze? A raczej co? Pancerny robot, z linkiem video i audio, łapami jak sześciopalcy golem i napędem kołowym i gąsienicowym. Brakowało mu tylko skrzydeł; Operator robota – sierżant (oni teraz mają inne stopnie, więc coś podobnego) policji w dżinsach - mówił, że i takiego już zamówił na przyszły rok. A kto towarzyszył policji? – oczywiście prasa, telewizja i radio. A co się działo na ulicy Kazimierzowskiej? – ano ewakuacja dwudziestu mieszkańców, zamknięcie poczty i trzech sklepów spożywczych. Nie polubili mnie ci ludzie – oj nie, pytali:
- Co jeszcze pan tam schował – niech pan sobie przypomni?
Przyglądali mi się, patrzyli mi w oczy próbując zgadnąć stan mojego umysłu i powtarzali:
- Czy na pewno nic – czy pan dobrze pamięta?

Trzymałem się dzielnie, o ubeckim ministrze nie powiedziałem ani im ani policji ani słowa. Całą historię opowiedziałem dopiero mojemu synowi Jackowi Długoszowi. W końcu jest on historykiem. A na końcu powtórzyłem mu to co powiedziała mama, że nigdy nie przejdę do historii. Jacek pokiwał głową i powiedział, że jeszcze nie wiadomo, bo to historycy decydują o tym czy ktoś przejdzie do historii.[1]





[1] Notka historyczna: Refendum przeprowadzone było 30 czerwca 1946 roku. Reżim komunistyczny ogłosił sfałszowane wyniki referendum 12 lipca 1946 roku. Jedynie w kilku miastach, w tym w Krakowie nie udało się reżimowi sfałszować wyników referendum. Niesfałszowane wyniki dały podstawę do protestów opozycji antykomunistycznej.


KONIEC



Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć. Numery 99 i 100 nie ukażą się.

Za tydzień następny odcinek Festynu Opowiadań.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.

Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .

piątek, 20 października 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 113.

Apteka pod Opatrznością



                  ©Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)              

Rozdział I, w którym Tomaszek opowiada o drodze do szkoły, o Januszu i o poruczniku.

Do szkoły był kawałek drogi – z Szustra do Narbuta. Jeżeli szedłem do szkoły sam, a nie z Januszem, to chodziłem skrótem przez ruinę domu przy Różanej. Janusz powiedział kiedyś, że ten dom to musiał być trafiony strzałem z tego Tygrysa, co jeździł Różaną w czasie powstania. Poprzez klatkę schodową z której pozostała wisząca pajęczyna metalowej balustrady  i przez zniszczoną framugę drzwi wchodziłem do parterowego mieszkania numer jeden. Zatrzymywałem się na chwilę w środkowym pokoju – podobały mi się jego ściany wyklejone ciemnobrązową tapetą z kremowymi, przypominającymi atakujące kobry, wzorami. Potem wyskakiwałem przez rozwalony pociskiem otwór okna sypialni i zaraz skręcałem w Kazimierzowską. Tam, niedaleko za rogiem, z trzypiętrowego domu został tylko front – pionowa, wysoka aż do trzeciego piętra i niczym niepodparta fasada, ze zwisającym nad rozbitym oknem wystawowym pogiętym, blaszanym szyldem apteki pod Opatrznością. Reszta domu leżała w gruzach. Wzdłuż fasady wykonany szerokim pędzlem napis obwieszczał: „Niebezpieczeństwo”. Przechodząc obok fasady zaklepywałem litery „N” i „o” – pierwszą i ostatnią literę ostrzeżenia. Kiedy przy silniejszym wietrze fasada jakby się chwiała, zaklepywałem litery bardzo ostrożnie, a odchodząc od fasady czułem się odważniejszy niż zwykle. Za fasadą mijałem podziurawiony kulami okrągły słup ogłoszeniowy, na którym od miesiąca wisiał plakat „30 czerwca 1946 – referendum ludowe. Warszawa głosuje 3 x Tak”. Przedtem plakat też zaklepywałem; teraz przestałem, bo do referendum było już tylko kilka dni, a potem plakat i tak ktoś zerwie, więc po co się wysilać. 
Janusz nie chciał chodzić na skróty. Dlatego często, pomimo że mieszkał u nas, szliśmy do szkoły oddzielnie – on ulicami, a ja przez ruinę.

Czasem w drodze do szkoły dołączał do mnie porucznik, który mieszkał w willi dokładnie naprzeciw apteki pod Opatrznością. Porucznik chodził do tej samej piątej klasy co ja, a nazywaliśmy go porucznikiem dlatego, że kiedyś przyszedł do szkoły z przypiętą do swetra oficerską gwiazdką. Jego ojciec był ubekiem i Janusz mówił, że ta gwiazdka była od munduru ojca. Mówiliśmy w klasie, że ubeckie gwiazdki można łatwo rozpoznać, bo mają po wewnętrzej stronie litery UB. Porucznik zaprzeczał, że to nieprawda, że gwiazdka żadnych liter nie ma, ale obejrzeć jej nie dał. Twierdził, że tę gwiazdkę dał mu sam towarzysz minister UB, kiedy przyjechał do ojca. Mówił, że minister jeździ czarnym samochodem Citroën. To może była prawda, bo raz czy dwa widziałem czarnego Citroëna przed willą porucznika.

Zwykle porucznik doganiał mnie tuż za ruiną, na rogu Kazimierzowskiej i Narbuta. Stał tam kwadratowy gmach, w którym w czasie okupacji mieściły się koszary SS. Teraz kwaterował tam Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Za gmachem, w stronę więzienia mokotowskiego, więźniowie budowali wzdłuż Kazimierzowskiej czteropiętrowe domy. Janusz mówił, że to będą mieszkania dla ubeków i że Korpus Bezpieczeństwa to też sami ubecy. Ale ja tam nie dochodziłem, bo szkoła była  bliżej, już na Narbuta.

Jak powiedziałem mamie o tej ubeckiej gwiazdce porucznika i o tym, że często idąc do szkoły go spotykam, to mama przeprowadziła ze mną poważną rozmowę. Tak powiedziała: „Tomaszku, czas na poważną rozmowę”. Rozmowa była o ubekach i o ukrywaniu się. Że ubecy szukają ludzi, którzy się ukrywają, i że gdybym wiedział o kimś kto się ukrywa, to mam nikomu, ale to nikomu nic nie mówić – a już nigdy porucznikowi mimo, że on nie jest dorosły. Bo tych ukrywających się ubecy wsadzają do więzienia, a ojciec porucznika jest ubekiem. Powiedziała jeszcze, że jakby ojciec był tutaj, to powiedziałby mi to samo.
Ta rozmowa była jeszcze przedtem, zanim pan Piotr Ostrowski – stryj Janusza - zaczął się ukrywać.

No ale wracam do porucznika. Był wyższy ode mnie, szczupły i był opryskliwy. Na dużej przerwie często zajadał się czekoladą – taką w ogromnych płatach – czekoladą z paczek UNRRA – i ciągle był chudy. Czekoladę jadł sam, nie częstował nikogo, bo też nie miał przyjaciół. Chodził szybko, i tylko wtedy mogłem go dogonić, kiedy idąc trenował wykopy pustą puszką po krwawej kiszce. Ta willa w której porucznik mieszkał, to przed wojną była własnością stryja Janusza - pana Piotra Ostrowskiego i Janusz mówił, że ubek - ojciec porucznika - ukradł jego stryjowi willę.

Rozdział II, w którym dowiadujemy się gdzie kto mieszkał przedtem i teraz.

Bo to było tak. Pan Piotr Ostrowski wprowadził się do swojej willi na Kazimierzowskiej tuż przed wojną. W kampanii wrześniowej walczył nad Narwią, a w miesiąc po kapitulacji Warszawy przedostał się przez Słowację na zachód. Wtedy do willi sprowadziła się szwagierka pana Ostrowskiego - mama Janusza z Januszem. Sama, bez męża, bo jej mąż - ojciec Janusza - nie wrócił, tak jak i mój ojciec, z wojny. Potem okazało się, że mąż pani Ostrowskiej zginął w bitwie nad Bzurą, a w dwa miesiące później willę zarekwirował – to znaczy wyrzucił z willi panią Ostrowską z Januszem - jakiś Niemiec. Pani Ostrowska z Januszem wprowadziła się do nas, bo państwo Ostrowscy byli naszymi przyjaciółmi, jeszcze sprzed wojny.

Pewnie ze względu na tego Niemca to niemieckie Vernichtungskommando, które po powstaniu paliło i burzyło Mokotów tej willi nie podpaliło. Ale kiedy weszli Rosjanie i jeszcze zanim pani Ostrowska wróciła do Warszawy, do ocalałej willi wprowadził się ten ubek – ojciec porucznika. I znów Janusz i pani Ostrowska zamieszkali u nas. Także pan Piotr Ostrowski – stryj Janusza – jak wrócił z zachodu, to też u nas mieszkał, dopóki nie zaczął się ukrywać.
Nasza willa stała na Szustra. Obie wille - nasza i ta pana Ostrowskiego na Kazimierzowskiej były identyczne, bo obie budował jednocześnie mój ojciec – architekt. Z naszą willą, jak mówiła mama, mieliśmy szczęście w nieszczęściu – bo wprawdzie Niemcy ją podpalili, ale spalił się tylko parter, i choć  schody na piętro i całe piętro ocalały, to taka do połowy spalona willa ubeków nie interesowała. Na odbudowę parteru nie było pieniędzy, mieszkaliśmy więc na piętrze - mama ze mną w jednym pokoju, a w drugim pokoju Janusz z mamą. A jak u nas mieszkał, to pan Piotr Ostrowski spał na polowym łóżku w kuchni.

O ubeku mama i pan Ostrowski mówili funkcjonariusz. Jeszcze  zanim zaczął się ukrywać, to pan Ostrowski poszedł do ubeka upomnieć się o willę. Widziałem jak razem stali na podwórku – mały pan Ostrowski i wysoki, tęgi ubek. Ubek nachylił się nad panem Ostrowskim i powiedział, że hipotekę ma w dupie, a księgą wieczystą to się teraz wszyscy w UB podcierają. Pan Ostrowski wyprostował się jak struna i odpowiedział, że podetrzeć się to można tym waszym referendum, co je sfałszujecie. Wiedziałem o czym  mówił, bo mama też kiedyś powiedziała, że oni po to referendum zorganizowali, żeby je sfałszować. Powiedziała, że referendum to największe kłamstwo roku 1946.

Tydzień temu na ścianie naszej willi żołnierze z koszar wymalowali napis „3 x Tak niemcom nie w smak”. To ostatnie słowo „smak” było bardzo małe, dlatego, że skończyła im się ściana. A 3 x tak było dlatego, że w referendum trzeba było odpowiedzieć na trzy pytania.
Pomyślałem wtedy, że gdyby do referendum dodać czwarte pytanie – o tym czy należy zwrócić willę panu Ostrowskiemu, to wszyscy głosowaliby że tak i sprawa byłaby załatwiona. Bo oczywiście byłem za panem Ostrowskim.
Pan Ostrowski przed wojną grał w drużynie młodzików Polonii a dopóki nie zaczął się ukrywać, to był trenerem naszej drużyny. W czasie wojny walczył na zachodzie u generała Maczka, był dowódcą czołgu, a to, że był mały było dla niego dobre, bo do czołgów biorą małych. Ale to, że ubek był taki duży trochę mnie przestraszało.

Rozdział III w którym Tomaszek opowiada o piłce nożnej i Tajemniczej Wyspie.

Po szkole cała nasza drużyna piłkarska zebrała się na parterze naszej willi, w wypalonym salonie. Siedzieliśmy na ustawionych w słupki cegłach. Trochę piekło mnie w gardle, bo co kto ruszył nogą, to w powietrze wzbijał się kłąb kurzu z warstwy leżącego na podłodze parteru tynku. Janusz – był kapitanem drużyny - jak zwykle bawił się swoim granatem. Z jajowatego kształtu granatu wystawał czerwony zapalnik. Ten czerwony kolor - kolor niebezpieczeństwa – niepokoił mnie, bo to musiało znaczyć, że jest to granat bojowy.

Miesiąc wcześniej, po tym jak Polonia Warszawa zdobyła mistrzostwo Polski roku 1946, postanowiłem, że będę taki jak Szczepaniak z Polonii. Szczepaniak grał na obronie, ale potrafił strzelić karnego. Był kapitanem drużyny a czasem strzelał i gola w polu. Poprawiłem się na cegłach i powiedziałem, że chcę zostać kapitanem drużyny.
- Kapitanem  jestem ja – powiedział Janusz.
- Ale ja kiwam lepiej i dlatego powinienem być kapitanem. Pan Ostrowski zawsze mówił, że mam talent – powiedziałem – przez moją obronę nikt nie przechodzi.

Janusz zaczął bawić się odbezpieczającą granat nakrętką zapalnika. Przypatrywaliśmy się jego rękom. Najmłodszy z nas, ten co był bramkarzem, głośno przełknął i powiedział:
- Niech już tak zostanie. Janusz jest dobrym kapitanem.
- Porucznik chce zapisać się do drużyny – powiedziałem, bo myślałem sobie, że jak bym wprowadził porucznika do drużyny, to łatwo bym go przekonał, że to ja  powinienem być kapitanem. A porucznik naprawdę byłby dobrym nabytkiem dla drużyny. Szybki, wysoki; w myślach ustawiałem go na pomocy, na lewym skrzydle. Przy rzutach rożnych, jak nie gralibyśmy trzy kornery karny, to byłby pierwszy do główki.
- Ten syn ubeka? Ten co się obżera UNRRowską czekoladą? – ty zawsze masz głupie pomysły – powiedział Janusz.

Wieczorem powiedziałem mamie, że chcę zostać kapitanem drużyny, i że nie udało mi się wciągnąć porucznika do drużyny. Mama trochę się zachmurzyła i zapytała czy przyjąłbym do drużyny syna esesmana. Kiedy powiedziałem, że nie, ale esesman jest niemcem, a ubek Polakiem, odrzekła, że żeby być ubekiem trzeba być złym człowiekiem. Powiedziała żebym to przemyślał. A dodała jeszcze, że na dodatek ubek kradnie paczki UNRRA – jakżeby inaczej miał w garażu całą ścianę zastawioną paczkami.
Myślałem nad tym i w domu i szkole. Zrozumiałem, że porucznik nie ma przyjaciół nie tylko dlatego, że sam żre czekoladę, ale też dlatego że jest synem ubeka. Pomyślałem, że to dobrze, że nie powiedziałem porucznikowi o naszym odkryciu. Bo odkryliśmy, że w domu z tapetą można wejść po balustradzie na pierwsze piętro i że to jest fajna kryjówka.

Później myślałem o samym ubeku. Miesiąc przedtem czytałem Tajemniczą Wyspę Vernego. I ubek zaczął dla mnie wyglądać tak jak nieszczęsny bosman ze statku Britannia, którego kapitan Britannii za popełnienie zbrodni wysadził na bezludnej wyspie. Bosman też był duży i napadł na Harberta i o mało go nie zabił. Ale po wielu miesiącach, dzięki temu że pan Cyrus Smith walczył o jego duszę, zmienił się. Wyobrażałem sobie, że ubek też może się zmienić i któregoś dnia wypuści wszystkich tych co się ukrywali, a których złapał i trzymał w więzieniu. Oczywiście wtedy byłoby inaczej - porucznik wszedłby do drużyny a ja zostałbym kapitanem.
Ale następnego dnia zacząłem mieć co do tego pomysłu wątpliwości. Najpierw dlatego, że bosman z Britannii zmienił się dopiero po wielu miesiącach, a przedtem był bardzo smutny i pozostawał w otępieniu. Natomiast ubek wcale nie był otępiały, a jak kłócił się z panem Ostrowskim, to bałem się, że się pobiją. A rano słyszałem jak ubek krzyczał na porucznika i porucznik przyszedł do szkoły ze śliwą pod prawym okiem. Ale najważniejsze było to, że mama rozmawiając z panią Ostrowską powiedziała, że żeby wygrać referendum ubecy przeprowadzają masowe aresztowania, a pani Ostrowska  powiedziała że boi się, że znajdą i aresztują pana Piotra Ostrowskiego. Nie chciałem, żeby aresztowali pana Ostrowskiego, nawet gdybym miał nie zostać kapitanem, chociaż na pewno byłbym lepszym kapitanem niż Janusz. Pani Ostrowska powiedziała jeszcze, że ci nasi mężczyźni albo już nie żyją, albo są w więzieniach. Zastanowiłem się nad tym i pomyślałem, że ma rację.

Rozdział IV o paczkach, iksie i Edmundzie Dantèsie.

Po treningu drużyny Janusz powiedział, że może jednak przyjąć porucznika do drużyny. Na próbę. Wiedziałem, że tak przyjęty porucznik byłby za Januszem, i to byłoby bardzo źle, a jeszcze pamiętałem co mi mówiła mama. Powiedziałem że nie zgadzam się, że ubek kradnie paczki UNRRA i stąd porucznik ma czekoladę:
- Jego ojciec ma w garażu pełno tych kradzionych paczek.
- Jak taki jesteś mądry, to idź i przynieś jakąś paczkę – powiedział do mnie Janusz.
- A pójdę – odpowiedziałem. Nie mogłem stchórzyć, a gdybym przyniósł paczkę, i tam byłoby dużo czekolady, to może za jakiś czas drużyna wybrałaby mnie na kapitana.

Wiedziałem jak się dostać do garażu ubeka bo był taki sam jak w naszej willi. W garażu były trzy rowery marki Puch – takiej marki roweru nie znałem, ciekawy byłem, czy to polska marka i skąd ubek te rowery wziął. A paczki zastawiały wysoko całą tylną ścianę. Kiedy rozglądałem się za czymś, przy pomocy czego mógłbym sięgnąć po paczkę - skrzypnęły drzwi garażu.
Musiałem uciekać. Wybiegłem na Kazimierzowską, pobiegłem do Różanej, do tej ruiny z tapetą. Poprzedniego dnia robiliśmy zawody we wchodzeniu na pierwsze piętro - wspinaliśmy się po zwisającej balustradzie. Było to trudne, bo balustrada gięła się jak sprężyna. Ale za to, jak już było się na piętrze, to można było dolny kawałek tej balustrady  wciągnąć na górę, tak, że już nikt nie mógł wejść. To było jak most zwodzony w jakimś zamku.

W ciemności wspiąć się było trudno. Spadłem z wysoka na jakąś cegłę, przewróciłem się i skręciłem kostkę. Z tą bolącą kostką siedziałem w ciemności w pokoju z ciemną tapetą, aż upewniłem się, że nikt mnie nie goni. W końcu pokuśtykałem do domu.
To skręcenie kostki było pechowe, bo Janusz przeniósł mnie do rezerwy. Od razu zaczął nazywać mnie rezerwowy. Mogłem grać tylko na treningach i to tylko na bramce. Prawda, że w bramce nie musiałem się dużo ruszać i kostka mniej bolała.

To były złe dni. Czułem się jak uwięziony w zamku d’If Edmund Dantès w książce „Hrabia Monte Christo”. Ale Dantès miał opata Farię. A ja? Dantès znalazł skarb. A ja? Postanowiłem zapomnieć o hrabim Monte Christo i myśleć analitycznie – tak mówiła moja mama, kiedy miała jakiś problem.
Właśnie dowiedziałem się w szkole, że jak się szuka jakiejś liczby, to można nazwać ją x i można z tym iksem robić różne rzeczy. Podobał mi się ten x, tak jak w tym pytaniu że jeżeli cegła waży kilo i pół cegły – to ile waży cegła. Tu x się bardzo przydawał. To chyba było myślenie analityczne. A jeżeli liczba może być iksem, to inne rzeczy też mogą być. Na przykład Edmund Dantès miał swój x – to był skarb na wyspie Monte Christo. Janusza iksem był jego granat. A jaki był mój x?
Mógł to być na przykład czołg. Gdybym tak znalazł czołg i zajechał tym czołgiem pod naszą willę. Wszyscy by patrzyli na mnie i mówili, że on potrafił to zrobić, nawet ze skręconą kostką. I zostałbym kapitanem drużyny. A jak kostka wyzdrowieje, to grałbym i na obronie jak Szczepaniak i także w ataku i strzelałbym gole. Albo może zamiast czołgu lepszy byłby samochód pancerny, bo czołgiem trudno kierować. Karabin maszynowy też byłby iksem. Ma naboje na taśmie i strzelałbym serią. Tak jak na filmie „O szóstej wieczorem po wojnie”. Bo z samolotem trudniej – czasem trzeba skakać ze spadochronem tak jak było na filmie „Jeden z naszych samolotów zaginął”.

I wtedy wpadłem na pomysł - odkryłem gdzie może być iks. W koszarach – tam przedtem byli esesmani, może coś po nich zostało. Tam może znajdę rewolwer – najlepiej Parabellum, a może granat, taki zaczepny, z długą, drewnianą rączką. I wtedy już nie będzie mowy o skręconej kostce i o rezerwowym.


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ. DOKOŃCZENIE ZA TYDZIEŃ.

Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć. Numery 99 i 100 nie ukażą się.

   Za tydzień następny odcinek opowiadania.


Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też wyrazić swoją opinię klikając na jedno z trzech okienek w dole postu.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i
spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .
Rozważam otwarcie Festynu Opowiadań dla podobnych w formacie utworów innych autorów - co o tym sądzicie? Skomentujcie.