niedziela, 27 sierpnia 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 105.

Po Powstaniu


Po Powstaniu

©Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Lotnik leżał na prawym boku. W wystającym z trawy ręku przyciskał do lewego boku ułamane śmigło z marmuru. Obok, uwiązane do śmigła, pasły się dwa wyleniałe wielbłądy koloru kawy z mlekiem. Niewidzące oczy lotnika ogarniały zachodnią część Placu Unii Lubelskiej. Na pierwszym planie stał, upstrzony u dołu kłębami wielbłądziej wełny, postument pomnika, dalej po lewej wypalona mokotowska rogatka, a na prawo budynek warszawskiej Straży Pożarnej.

Była wiosna roku 1945. Mniej niż rok minął od wypowiedzenia zabójczych słów: “jutro o piątej popołudniu rozpocznie pan działania”, a jeszcze mniej od momentu, kiedy któregoś dnia powstania, lotnik został strącony z postumentu swojego pomnika.

Tej wiosny, po powrocie do Warszawy, staliśmy się z bratem dziećmi warszawskich ruin. W naszych wędrówkach po Mokotowie klatki schodowe prowadzały nas do nieistniejących pięter, przeszliśmy też, odczytując napisy „мин нет”, pierwszą lekcję cyrylicy. Okupacja przyzwyczaiła mnie do nędzy, zachowywałem się beztrosko, choć od czasu powstania często śnili mi się goniący mnie SS-mani. Czasem we śnie ratował mnie olbrzymi ptak podobny do ptaka Roka z opowieści Sindbada Żeglarza, kiedyindziej budziłem się przekonany, że ginę. Kilkakrotnie Ptak uratował mnie także na jawie, jak kiedy w obozie w Pruszkowie okrył mnie swoimi skrzydłami i uczynił mnie niewidzialnym dla SS-manów.

Osobliwością ruin Placu Unii był, nietknięty zniszczeniem, już wspomniany, gmach Straży Pożarnej. Przed gmachem, na posterunku, obok usytuowanego na wyciągnięcie ręki i starannie wypolerowanego dzwonu, trwał okazały strażak dyżurny. Miał błyszczący srebrem, grzebieniasty hełm, do którego nie umywała się nawet setka wymiętych rogatywek berlingowców. Ubrany był w dobrze utrzymany granatowy uniform z błyszczącymi guzikami.U szerokiego, skórzanego pasa wisiał kształtny toporek. A na dodatek, na lewo od budki strażaka stał czerwony, gotowy do akcji wóz strażacki.

Straż Pożarna nie była jedyną atrakcją placu. Na otoczonym wyprutym torowiskiem tramwajowym okrągłym trawniku na środku placu – tam, gdzie lotnik, wielbłądy i postument - stał duży, trzymasztowy namiot. Nad namiotem, rozpięty na dwóch drągach, wisiał napis: „WIELKIJ CIRKUS DLA SWOBODNOJ POLSZY”. Przed namiotem stał zwykle gazik z interesującą, bo rosyjską rejestracją. Wielbłądy miały długie, żółte zęby i podrażnione pluły z wysoka.

W tym czasie zarabiałem sprzedając gazety na ulicach Mokotowa i często się na placu zatrzymywałem. Zaczynałem od strażaka i wozu strażackiego. Ani wóz strażacki ani strażak nie zwracali na mnie – ośmioletniego, przygarbionego mikrusa - najmniejszej uwagi, nawet wówczas, gdy towarzyszył mi Ptak. Po strażaku i wozie był namiot i wielbłądy.
Idąc dalej zatrzymywałem się na Wiśniowej przy wypalonych wrakach niemieckiej tankietki i wozu pancernego. Wieżyczką tankietki wciąż można było obracać kręcąc zacinającą się korbką – należało przy tym symulować strzały: - Ta, ta, ta, ta …

Z bratem i z kolegami z podwórka zajmowaliśmy się wyszukiwaniem i detonowaniem wszystkiego, co strzelało i wybuchało. A było tego dużo. W jednym z domów zrujnowanej Marszałkowskiej, w okolicy Litewskiej kryły się skarby. Pod opadłymi stropami pięciu pięter budynku zasypany był magazyn sklepu z bronią myśliwską. Któregoś pięknego majowego dnia wygrzebałem tam z gruzu trzy śrutowe naboje do dubeltówki. Z cennymi nabojami w ręku szedłem, już spóźniony, do pracy – do rozdzielni w drukarni „Życia Warszawy” na Polną. Po drodze rozważałem jak daleko doleci śrut, jak głośne będą wybuchy, czy może da się ustrzelić gołębia. No i jak odstrzelić naboje bez dubeltówki. A może rozpalić ognisko we wraku tankietki i wrzucić tam naboje – pancerz na pewno wytrzyma. Ale w tankietce nie ma gołębi. Miałem więc dużo do myślenia, gdy stanąłem obok strażaka aby pogapić się na błyszczący chromami wóz.

- Co tam masz w ręku? Dawaj– strażak pochylił się nade mną, chwycił mnie za ramię, a odbity od jego hełmu promień slońca uderzył mnie w oczy. Wiszący u pasa strażaka srebrny toporek był na wysokości mojego czoła. Na tyle na ile mogłem, odwróciłem się od niego i cofnąłem rękę z nabojami za siebie. Zwrócony byłem twarzą do wypalonej rogatki.

Tylko Ptak mógł uratować moją zdobycz. Ale czy zechce? W czasie powstania, kiedy wołałem o jego pomoc, nie przyszedł i nie ocalił pana Pruskiego, kiedy SS-mani prowadzili go na rozstrzelanie.
Nad rogatką zobaczyłem na niebie czerwoną rakietę. Wskazałem ręką:
– Tam! Czerwona rakieta!

Strażak, nie wypuszczając mnie, odwrócił się w stronę rogatki. Próbowałem uwolnić się z jego uchwytu, gdy usłyszałem strzały. Przed cyrkowym namiotem strzelał z pepeszy sowiecki żołnierz. Lufa pepeszy podniesiona była wysoko w powietrze. Nad rogatką ukazywały się czerwone, zielone i białe rakiety. Na gmachu drukarni zawyła syrena. Strażak puścił mnie i chwycił za sznur dzwonu alarmowego. Odbiegłem kilka kroków w stronę rogatki:

- Dziękuję ci Ptaku, że przyszedłeś mi z pomocą.
Od Puławskiej biegł z pistoletem w ręku oficer Berlinga, krzycząc:
- Koniec wojny. Wolność. Hitler nie żyje.
Przestraszone strzelaniną wielbłądy szarpały marmurowym śmigłem a lotnik wciąż obejmując śmigło kręcił przecząco głową tak jakby mówił:
- Nie, nie, nie.... Tyle śmierci a przecież jeszcze nie wolność.


KONIEC

Następne opowiadanie za tydzień.

Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć. Numery 99 i 100 nie ukażą się.

Za tydzień następny odcinek Festynu Opowiadań.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

   Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań.



Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.



Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .

czwartek, 17 sierpnia 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 104.

Nowe przychodzi na działkę


©Andrzej Olas ( andrzej.f.olas@gmail.com )


Po mleko chodzi się do Szumowej. Z bańką. Przechodzi się koło Adasia, potem koło Japajły, potem jeszcze dwa domki już prawie że opuszczone, bo właściciele się zestarzeli kompletnie, kończy się ulica Kwitnącej Akacji, więc skręca się w Szkolną i po trzydziestu metrach już szczekają psy i się jest przed płotem Szumowej we wsi Perliczki. 

Kwitnącej Akacji to nie jest oficjalna nazwa naszej ulicy. Kiedy stary Kłoda sprzedawał u lokalnego notariusza swoje kartoflisko na działki, to nie miał pojęcia co mu geodeta wyszykował. Wiedział tylko tyle, że ma i notariuszowi i geodecie dać w łapę – zresztą może nie w łapę a według taksy, bo jaka jest taksa nikt mu nie powiedział. Tyle, że jak po złożeniu podpisów wyprosili nas wszystkich poza nim to widziałem, jak już się łapał za kieszeń. 

No więc jak już Kłoda dał w łapę komu trzeba, to wrócił do domu, a po jakichś pięciu latach umarł. Nastał młody Kłoda. Nie wiadomo co robił, bo we wsi nie zawsze bywał, ale ostatnio się pojawił. I strach padł na nasze działki przy Kwitnącej Akacji z jego pojawieniem się i też dlatego, że nowy wójt zaczął rządzić. Bo geodeta jak ciął na tym kartoflisku działki po równe tysiąc metrów to musiał zostawić miejsce na ulicę – na ulicę, którą my nazwaliśmy ulicą Kwitnącej Akacji. I zostawił. Ale notariusz tej ulicy nam, działkowiczom nie sprzedał i Kłoda dalej był ulicy właścicielem. A teraz nowy wójt wysłał do młodego Kłody pismo, żeby od gruntu – od naszej ulicy - podatek zapłacił. Wkurzył się młody Kłoda, popił sobie i zaczął na swoim podwórku szlaban szykować, bo rozumiał, że nie ma takiej alternatywy, żeby na Kwitnącej Akacji kartofle posadzić. Dobrze, że zaraz na początku zaciął się siekierą, bo żeby nie to, toby na róg Kwitnącej Akacji i Szkolnej szlaban traktorem przywiózł, i już Kwitnącej Akacji by nie było. 

Kiedy po przyjeździe na działkę usłyszeliśmy o tych wydarzeniach, pierwszą reakcją mojej żony Magdy była troska o to, czy aby młody Kłoda sobie wielkiej krzywdy nie zrobił. Okazało się, że nie, nie, ot skrobnął się trochę w łydkę. Ja pomyślałem o czym innym. Poprzedniego wieczoru obejrzałem telewizyjny program o upadku Samarkandy po zburzeniu jej przez Czyngis Chana. Kiedy Magda myślała o łydce, ja zastanawiałem się, czy nastąpi, tak jak zdarzyło się z Samarkandą, upadek ulicy Kwitnącej Akacji, i rozerwanie całej skomplikowanej, kształtowanej przez lata więzi łączącej jej, stałych i weekendowych mieszkańców. Reakcja młodego Kłody wydawała mi się taka Czyngis Chanowa, zbyt raptowna, awanturnicza, co zresztą przez zacięcie łydki sam sobie udowodnił.

Więź łącząca mieszkańców Kwitnącej Akacji jest skomplikowana, pulsująca życiem i ma własności spaghetti bolognese – tak jak nasycony czerwonym sosem kawałek makaronu potrafi w jakiś niewiadomy sposób znaleźć drogę z widelca na bielutką bluzkę panny, powiedzmy Krysi, tak więź umie wyłonić się zupełnie niespodziewanie – na przykład w postaci tego Francuza, który chciał kupić siedlisko Kancypowej i mówił, że to dlatego, bo jego prapradziadek zginął właśnie tu, pod Pułtuskiem w wielkiej bitwie między cesarzem Napoleonem a carem Aleksandrem. Chciał nawet Kancypową podwieżć te dwa kilometry wprost na pole bitwy, ale ona nie chciała ani pojechać ani wtedy sprzedać, bo dopiero potem zaczęła o sprzedaży myśleć. Oczywiście, jak dowodzi incydent ze szlabanem szczególnie dużo obłożonych sosem nitek makaronu łączy ulicę Kwitnącej Akacji z resztą wsi Perliczki. Na przykład na końcu jednej takiej nitki jest umazany gnojem syn jednego z wiceprezesów Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, który właśnie kiedy to piszę, rozrzuca traktorem tenże gnój na polu Kłodowskiego, kiedyś po ojcach nazywającego się Kłoda. 

Wieść o podatku i szykowanym szlabanie rozeszła się szybko. Ulica Kwitnącej Akacji przyczaiła się – narazie było trochę czasu, zanim nie wygoi się łydka młodego Kłody. Przyczaiła się ale tylko we wsi, bo do gminy, do wójta rozmawiać o ulicy trzeba przecież było iść. 
Wójt nie pomógł, bo nie chciał – ulica jest młodego Kłody i tyle. Gminne ulice są już w porządku, a teraz gmina ma co innego do roboty – cyfryzacja, bo idzie nowe. Ci z województwa mówią o cyfryzacji, a wy apiać i apiać o ulicy. Gmina ulicy nie chce – możecie ją sobie sami kupić. Kupić – żeby kupić trzeba mieć pieniądze – myślała delegacja w skladzie ja i Japajło, ten co sobie całoroczny dom pobudował. To było raz. Po drugie, jak się z młodym Kłodą zacznie o pieniądzach, to niewiadomo jak to się skończy – z chłopem gadać o pieniądzach to pewne nieszczęście. Po trzecie jak się ulicę kupi, to gmina kreskę na prywatną ulicę położy, a właśnie zaczęła gmina swoje ulice odśnieżać – to podkreślał Japajło, bo ponieważ był całoroczny, to mu o zimę też chodziło. A jakby ulica była gminna to może jeszcze podłoże by utwierdzili i oświetlenie zainstalowali. Widać było, że Japajło mądrze mówi. Tylko że jest coś takiego jak fatum, los, człowiek strzela, a kule....

Bo właśnie wtedy Japajle ukradli samochód. Świeżą, nowiutką Toyotę Avensis. Poszła rano żona Japajły po mleko do Szumowej, wraca, no trochę sobie z Szumową pogadała, patrzy brama otwarta, wozu nie ma. Gdzie też Józek tak rano pojechał – myśli. Wchodzi do domu, a Józek właśnie też przez drzwi z tylnego podwórka, gdzie pierwszego papieroska palił. Pyta żona – a gdzie wóz? I dopiero się zaczęło.

Samochód się znalazł – rybacy zobaczyli go w Narwi – tył mu z głębokiej wody wystawał, bo wbił się pionowo w muliste dno. A kto ukradł – Japajło to chyba wiedział. Bo już pół roku trzem chłopakom za tynki i podłogi z zapłatą wisiał – a jeszcze zapowiedział, że nie zapłaci, bo robotę mu spieprzyli. Japajło chciał, żeby policja ich alibi sprawdziła, ale sierżant tylko machnął ręką. Przecież w zeszłym roku cała wieś dała alibi Kłodzie Grubasowi, że pod sklepem siedział, choć irlandzka policja w Dublinie już go tydzień wcześniej złapała. No i sprawdzenia alibi się zaniechało, a cała ulica Kwitnącej Akacji próbowała zgadnąć ile odszkodowania da PZU za Toyotę Jagajle. A także, czy warto te domki co stoją wzdłuż ulicy ubezpieczać, bo niektórzy jeszcze nie ubezpieczyli. I sprawa kto będzie właścicielem ulicy zbladła. A Kancypowa kupiła sobie psa boksera, żeby szczekał, a bokser wygląd też ma jak trzeba na złodziei.

Powiadam Wam, nigdy nie liczcie na to, że wszystko pójdzie jak myślicie – tak przecież myślał Japajło i grubo, bo o całą Toyotę się pomylił. I tak myślała Kancypowa dopóki jej zięć tej Barszczowej psiej wojny nie wypowiedział i bardzo głośno takiego myślenia nie wyperswadował.

Bo kiedy Kancypowa prowadzała swojego boksera na spacerki ulicą Kwitnącej Akacji to przechodziła wzdłuż płotu Barszczowej. A Barszczowa bardzo o swoją działkę dbała i wzdłuż płotu takie ładne, prawie jak łazienkowe, kafelki kazała zięciowi położyć, i te kafelki zawsze czysto trzymała, zamiecione, bez listeczka, czy trawki. A miała Barszczowa trzy takie malutkie pieski, ratlerki, jazgotliwe okropnie, a jeszcze boksera nienawidzące. Więc kiedy Kancypowa z bokserem wzdłuż płotu Barszczowej szła, to te hałaśnice po drugiej stronie po kafelkach obłędnie skacząc prawie że paranoi dostawały i to gałazkę, to listeczek na kafelki wrzucały. A zięć akurat tamtego dnia przy sprzątaniu kafelków na kacu był i Kancypową za spacer z bokserem opieprzył tak, że ostatni raz się tak czuła, to było za komuny w kolejce za karpiem, kiedy karpiów zabrakło.

Oj, podzieliła się społeczność Kwitnącej Akacji, podzieliła, ta więź, taka niby mocna a jakby się troszkę porwała. Te jazgoczące ratlerki innym też przeszkadzały, i ci mówili, że zięć Barszczowej to prostak i cham, stąd stanęli po stronie Kancypowej. Ale Kancypowej też nie każdy lubił – baba na pieniądzach siedzi, całe siedlisko na końcu Kwitnącej Akacji ma. Napewno jakby się ją bliżej poznało, to by się okazało, że okropnie nosa zadziera. A jeszcze na kominie chałupy po środku siedliska ogromnego, złotego koguta sobie wystawiła, ile też to kosztowało.

Zgoda buduje, niezgoda rujnuje – prawda to, oj prawda. Jak więzi nie ma, to dezinformacja się wkrada, a społeczność ciemną masę przypominać zaczyna. Więc trudno było teraz się dowiedzieć co będzie z ulicą, bo jedne plotki chodziły, że Kłoda do Norwegii pojechał, a inne, że na bazarze w Pułtusku gruby łańcuch kupił, akurat na szerokość Kwitnącej Akacji. Ile PZU da Japajle za Toyotę też nikt nie wiedział, a skąd też wiedzieć czy to prawda, że Kancypowa specjalnie do gminy pojechała i na Barszczową do wójta się skarżyła. I ta cyfryzacja. Nikt się nią nie przejmował, bo przecież nikt kosztów ponosić nie chce. A tu plotka gruchnęła, że w całej wsi tę cyfryzację za darmo robią. Internet za darmo.

Za darmo to zupełnie co innego. Ale robią we wsi. A co z nami – my jesteśmy bliżej Narwi, na uboczu. Pociągną aż do rzeki? Trzeba się dowiedzieć, bo jak za darmo to my też chcemy. Ale kto to jest my? Jak Kancypowa z Barszczami nie rozmawia, to dla niej oni nie są my. A była przecież w gminie, może już wie. Może jej zrobią, a Barszczom nie. A może wogóle nie zrobią. Długo było niewiadomo, aż w końcu ktoś zobaczył, że we wsi coś kopią, taką niedużą wąziutką koparką, spytał się co robią i to właśnie była ta cyfryzacja. I mają zrobić wszystkim. Jak wszystkim, to wszyscy zaczęli znów ze sobą rozmawiać. No nie wszyscy, bo Kancypowa z Barszczami nie, ale reszta tak. Więź się prawie załatała.

I było już prawie dobrze, znów liczyli ci z Kwitnącej Akacji, że wszystko pójdzie jak myśleli. Ależ skąd, przecież los, fatum, człowiek strzela. Kiedy Japajło zobaczył na polnej drodze samochód, a obok faceta majstrującego przy takim trójnogu, to wiedział, że to ten geodeta, co cyfryzacji trasę wytycza. A jak wytycza to jakąś mapę ma. No i rozwinął ten geodeta mapę, a na mapie tam gdzie jest Kwitnącej Akacji stoi jak byk: „Brak zgody właściciela. Nie budować”. No i wszyscy na Kwitnącej Akacji się o całą cyfryzację pomylili. A we wsi już gdzie niegdzie nie dość że światłowód to i skrzynki przy domach zainstalowali, i to wszystko za darmo. Sołtys to już pojutrze ma mieć internet. A u nas nawet jak chcesz komórką zadzwonić, to nie, bo dostępu nie ma. 

Tym razem więź społeczna trzymała się mocno i wiadomości kursowały dookoła. Młody Kłoda znaczy się do Norwegii nie pojechał, ale rozmawiać z nim sensu nie ma. Potrzeba innego rozwiązania. Co można zrobić? Szczęśliwie geodeta był miejscowy i przyjazny, więc wokól mapy na dachu jego samochodu tłoczyli się prawie wszyscy mieszkańcy ulicy Kwitnącej Akacji. Nie ma jak – mówili. Aż zięć Barszczowej znalazł. Jest jak, jest – patrzcie, tu do naszych domów można dojść z drugiej strony – przez środek siedliska Kancypowej. I już.

Do Kancypowej poszła kolejna delegacja – ja i Adaś, młodszy ode mnie, to więcej o cyfryzacji wiedzący. Wystarczy, że Kancypowa zgodzi się żeby światłowód poszedł przez siedlisko i gotowe. Kancypowa już, już miała kiwnąć głową, jużeśmy na to kiwnięcie czekali, kiedy zatrzymała to kiwnięcie nim jeszcze je zaczęła i powiedziała, że jeżeli będzie kawałek siedliska sprzedawała, to działki z cudzym kablem pod ziemią nikt nie kupi. Więc nie. A kto wam ten pomysł poddał – zapytała. Popatrzyła na nas milczących, my dalej milczeliśmy, i wtedy powiedziała że już wie, że to Barszczowa, albo ten głupol co jest jej córki. I już koniec, już było po pomyśle, ona jak Czyngis Chan, a my biedną Samarkandą zostaliśmy.

Wracaliśmy obok Szumowej. Odszedł Adaś trochę na bok, żeby się odlać, a jak już tego suwaka od spodni zaciągał, to ulżony podniósł wzrok i coś go tknęło. 
- Panie, panie, woła do mnie – patrz pan. 
Bo przed nim z lewej był na takich byle jakich kołkach drut kolczasty, co to się stawia, żeby krowa Szumowej nie wyszła, a z prawej siatka od działki Japajły. A między nimi taki metrowy, może półmetrowy chwastami zarośnięty niedorobek, ciągnący się z tyłu za domkami Kwitnącej Akacji. Spojrzałem i odrazu o tym jedwabnym szlaku co do Samarkandy prowadził pomyślałem, szlaku co przez stulecia dobrobyt miastu zapewniał. Tak i nam ten niedorobek za jedwabny szlak cyfryzacji na wieki posłuży, póki nie nastąpi era podrózy kosmicznych i będziemy kosmiczną cyfryzację budować. Narazie, mówię Adasiowi, nie można Szumowej ani słówka. Niech zakopią, a wtedy, co by nie powiedziała to za późno. Pod ziemią szlabanu na tej naszej Samarkandzie nie postawi. Zdziwił się Adaś trochę tą Samarkandą, bo o Czyngis Chanie nigdzie a i w szkole nie dosłyszał, ale esencję tego co mówiłem pojął.

No i zbudowali nam cyfryzację, więź się przy tym jeszcze umocniła, bo popatrzeć jak kopie ta wąziutka koparka przyjemnie było i uwagę przy tym poczynić wypadało. A ja kiedy o działkowej społeczności myślałem to zawstydzałem się, że tak nieładnie ją osądzałem, i mówiłem sobie, że nowe przyszło.

Tyle że w miesiąc później jak się szopka koło Adasia zapaliła i trzeba było straż wezwać to znów więź się trochę zerwała, bo Adaś mówił, że to on tą cyfryzacją i Skypem na komputerze straż zawiadomił, a zięć Barszczowej że nie, że to on rowerem do wójta pojechał i stamtąd straż ściągnęli. I pokłócili się. A Kancypowa na to wszystko powiedziała, że zawsze mówiła, że ten głupol od Barszczowej córki to niedość że cham, to jeszcze oszust, że jakby stanął na Sądzie Ostatecznym, to by mu ani Pan Bóg, ani Pan Jezus w ogóle nie uwierzył. A ja zrozumiałem, że ta więź tu tak jak i w Samarkandzie pulsuje – raz słabiej, raz mocniej. I to że tak złośliwie o działkach i o wsi myślałem, to też kawałek tej więzi, a w ogóle to przecież życie się jakoś układa i każdemu w przedziwny sposób w więzi z innymi zadowolenie, dobrobyt i nowe niesie. Byle Czyngis Chan nie nadszedł. Nie daj wtedy Boże.


KONIEC

Następne opowiadanie za tydzień.

Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć. Numery 99 i 100 nie ukażą się.

Za tydzień następny odcinek Festynu Opowiadań.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

   Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.



Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .

czwartek, 10 sierpnia 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 103.

Król szczurów, dokończenie


                 ©Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Krzyknąłem:
   - Tak jest,
i rzuciłem się na ziemię, nie tracąc bomby z oczu. Piotrek powiedział:
   - Proszę pana, proszę pana, mnie nie wolno padać w tym ubraniu,
a Jacek, trzymając w ręku drewniany tramwaj, zaczął przedzierać się w kierunku lampy mówiąc:
 - Ja muszę zobaczyć bombę.

Traf chciał, że pan Kowal który na komendę pana Żurmana dał nurka pod pryczę był na jego kursie. Jacek potknął się o nogi pana Kowala i wypuścił z ręki drewniany tramwaj. Tramwaj zakreślił parabolę i wylądował zderzakiem na dolnej części pleców pani Smolińskiej. Pani Smolińska odrzuciła koc, podniosła się i powiedziała:
 - Jestem ranna. Trafił mnie odłamek.
Pan Żurman krzyknął:
 - Sanitariusze. Rannych na punkt opatrunkowy.
Powiedziałem:
 - Proszę pana, tu nie ma sanitariuszy.
Pan Kowal wstał spod pryczy i otrzepując się z kurzu powiedział zimno:
 - Panie Żurman, tu nie tylko nie ma sanitariuszy ale tu nie ma bomby. Coś panu na rozum padło.

Pani Smolińska masując obolałe miejsce, ze wzrokiem utkwionym w pana Żurmana powiedziała:
 - Pełno tu dywersantów którzy tylko czekają żeby człowieka ugodzić w plecy,
a po namyśle dodała:
 - Niektórych łatwo można rozpoznać bo wszczynają panikę.
Od tej pory ceniliśmy karbidówki wyżej niż oświetlenie elektryczne.

 Następnego dnia zbudowaliśmy antyszczurzą barykadę. Kadłub Jacka tramwaju stanowił jej główną część, kawałki podwozia i koła blokowały resztę rury. Szczur doszedł do barykady, wspiął się na nią i trafił na sufit piwnicy. Nie spiesząc się zawrócił i zniknął w otworze z którego się wynurzył. Odnieśliśmy zwycięstwo.
            Rano zobaczyliśmy że barykada została zniszczona. Szczur powrócił w nocy i przegryzł się przez bok tramwaju, poszerzając otwór okienny.

Na Mokotowie powstanie skończyło się wcześniej niż w Śródmieściu, które jeszcze się trzymało. Niemcy przyszli wieczorem, powiedzieli, że oni wiedzą że tu siedzą powstańcy i żeby powstańcy natychniast się poddali. Nikt się nie zgłosił. Niemcy zakazali wychodzić z piwnicy i całą noc siedzieliśmy zamknięci. Rano wyprowadzili nas na Madalińskiego. Po przeciwnej stronie ulicy stały zarekwirowane przez Niemców wozy konne pełne zrabowanych rzeczy.

Prowadzili nas ulicą Madalińskiego w stronę Alei Niepodległości. Ulica płonęła, z okien domów buchały płomienie. Przez chwilę wydawało mi się że któreś z dzieci uderza w klawisze dziecinnych cymbałków. To szyby wypadające z płonących ram okiennych uderzały o bruk. W pewnym momencie mama obejrzała się do tyłu i powiedziała że nasz dom też już się pali.
W hali fabrycznej Polskich Zakładów Lotniczych na Okęciu powiedzieli nam przez megafony, że nic nam się nie stanie. Potem powiedzieli że mamy oddać wszystkie kosztowności, zegarki i pieniądze dla wzmocnienia wysiłku wojennego Rzeszy Niemieckiej. Kto nie odda zostanie ukarany. Tak straciliśmy Mamy zegarek. Noc spędziliśmy na betonowej podłodze hali. Bylem wystraszony i głodny.

Do Warszawy wróciliśmy w kwietniu 1945 roku. Frontowa część naszego domu była wypalona, ale nasze mieszkanie ocalało. Mieliśmy dużo miejsca do zabawy, bo połowa okolicznych zabudowań była wypalona lub częściowo zburzona. Zabawek nie brakowało, począwszy od wypalonego samochodu pancernego na Wiśniowej aż do niewypałów pocisków moździeżowych, różnego rodzaju prochu i nabojów.

 Ekshumacja była bardzo blisko płotu gdzie pierwszego dnia powstania widziałem wysokiego, eleganckiego pana. Dwóch robotników odkopywało ciało a pani z opaską Polskiego Czerwonego Krzyża miała jakieś papiery. W pobliżu czekała furmanka aby przewieźć ciało na cmentarz. Pani z PCK mówiła
 - Panowie, przede wszystkim dokumenty. Mamy tyle nazwisk o które rodziny wciąż pytają. Proszę ostrożnie.

 Wydawało mi się że pani z PCK nie będzie zainteresowana tym, co można znaleźć w schronie przeciwlotniczym który Niemcy wybudowali koło naszego domu. Schron, wkopany w ziemię, tak że z zewnątrz widać było tylko lekkie wzniesienie, był miejscem gdzie się często bawiliśmy. Schron miał dwa wejścia, i był tak niski że nie można było się wyprostować. Kiedy mama przywiozła nas do Warszawy w Kwietniu 1945 roku, wejścia były zasypane ziemią. Odkopanie wejść  zajęło nam ze dwa miesiące, głównie dlatego że początkowo byliśmy z bratem jedynymi dziećmi w domu. Potem wrócił Bulek a także Jacek i Piotrek Patyccy. Wnętrze schronu śmierdziało, było wilgotno i brudno. Kiedy znaleźliśmy tam ludzką czaszkę przez tydzień nie wchodziliśmy do schronu. Była to jednak tak znakomita kryjówka, że zaczęliśmy schronu używać bawiąc się w chowanego, a potem przenieśliśmy czaszkę w ślepy koniec schronu, żeby nam nie przeszkadzała. Zaraz potem znaleźliśmy drugą czaszkę i przenieśliśmy ją w to samo miejsce. Koło czaszek nie wolno się było chować. Czaszkę w której było mniej zębów nazywaliśmy niemiecką, a tą drugą - czaszką Polaka.
            
 Chodziłem do szkoły na Narbutta. Miałem męczące sny; najgorszy był sen w którym śniło mi się że goniony przez SSmanów uciekam dachami domów. Najczęściej spadałem, choć zdarzało się że byłem schwytany. W szkole byłem faworytem naszej wychowawczyni pani Siwczyńskiej. Pomogło mi to, kiedy eksperymentując z prochem artyleryjskim podpaliłem moją ławkę podczas lekcji polskiego. Woźny szkolny pan Grzelak ugasił pożar kilkoma wiadrami wody. Przy okazji całe wiadro wody dostało się mnie. Co gorsza cały mój podręczny arsenał został skonfiskowany. Szczególnie bolesna była strata dwóch rakiet i dużego naboju śrutowego do dubeltówki. Mokry i nieszczęśliwy trafiłem do gabinetu Dyrektora, gdzie w obecności pani Siwczyńskiej Dyrektor powiedział mi, że dla bandytów nie ma miejsca w jego szkole i że jestem wyrzucony. Pani Siwczyńska powiedziała żebym wyszedł i zaczekał w sekretariacie. Przez niedomknięte drzwi słyszałem jak Dyrektor wrzasnął kiedy mówiła że mojego ojca zamordowali w Katyniu bolszewicy.
           
  - Proszę pani. Za takie gadanie się siedzi. Ja tego nie słyszałem.
  - Panie Dyrektorze, dziecko jest wygłodzone, zaniedbane. Bóg wie jakie szramy zostały po powstaniu. Nim trzeba sie zająć, a nie wyrzucać.
  Nie uważałem siebie za zaniedbanego. Wygłodzony też nie byłem; kilka razy w czasie wojny widziałem kiełbasę, a co najmniej dwa razy ją jadłem. Poza tym byłem bogaczem - trzy dni wcześniej znalazłem w gruzach zdekompletowane parabellum. To było warte co najmniej sto kulek, albo dwa granaty.

Matka Jacka i Piotrka, pani Patycka była kierownikiem literackim teatru Syrena, znała wielu aktorów, i później dzięki niej bywałem za kulisami Syreny. Moja pierwsza wizyta w teatrze odbyła się także dzięki jej protekcji. Dawano Dziadka do Orzechów. Bylem olśniony. Nigdy przedtem nie widziałem takiego bogactwa kolorów, ruchu i głosu. Był to specjalny spektakl dla małych dzieci i aktorzy podtrzymywali konakt z widownią, zadając pytania a często prosząc dzieci o radę. Kiedy na scenie pojawił się Król Szczurów, jeden z aktorów zapytał dzieci:
 - Lubicie go?
Odpowiedzią było chóralne "nieeee". Nieoczekiwanie, nawet dla mnie samego, ja wołałem "tak". Kiedy cała widownia już ucichła,  ja stałem i krzyczałem "tak, lubię króla szczurów". Nie wiem czego spodziewał się aktor zapraszając mnie na scenę i pytając dlaczego. Powtarzałem z płaczem:
 - Szczur był najdzielniejszy. Był dzielniejszy niż powstańcy.

I wtedy przypomniałem sobie co zdarzyło się w czasie powstania. SS-mani przyszli któregoś popołudnia. Byłem blisko wejścia kiedy wpadli do piwnicy. Najpierw był przerażający krzyk:
  - Hande Hoch !
Dwie czarne sylwetki na tle jasnego otworu wyjœciowego obwieszone były bronią. Jeden z nich krzycząc - Weg - ulokował się w kącie piwnicy wypchnąwszy stamtąd pana Gruszę i  wodził dookoła lufą rozpylacza. Drugi, wyjąc - Schnell - kierował pana Gruszę i innego, niskiego pana, którego nie znałem, w górę schodów, kopiąc ich i popychając. Wiedziałem że któryś z SS-manów zaraz mnie zabije. Nie próbowałem uciekać, krzyczałem tylko z całych sił. Pan Grusza i niski pan byli już u wyjścia z piwnicy, SS-man z rozpylaczem wyszedłszy z kąta piwnicy cofał się w stronę schodów. Pani Pojawska powiedziała do mojej matki:
  - Proszę pani niech pani uspokoi dziecko bo nas tu wszystkich zastrzelą.

SS-man, który był już u podnóża schodów odwrócił się w jej stronę, lufa rozpylacza zataczając łuk w pewnym momencie patrzała wprost na mnie. Mój krzyk przeszedł w wycie, nikt się nie poruszał. SS-man wyszedł. Usłyszałem dwie serie strzałów. W piwnicy była cisza. Potem pani Gruszowa zaczęła krzyczeć:
    - Ludzie! Oddajcie mi męża.
   
Trupy leżały kilka dni na podwórku, przy wejściu do piwnicy. Potem usłyszałem że  Niemcy pozwolili ich pochować i kilku mężczyzn wykopało grób na podwórkowym trawniku. Pan Kowal wracając z podwórka powiedział:
   - Jak się to powstanie szybko nie skończy, to nas wszystkich rozwalą.
                                                                          * * *
 Szczęściem dla niefortunnego aktora Pani Patycka była za kulisami. Kiedy rozszlochawszy się na dobre, tupiąc powtarzałem że szczur jest dzielny, aktor nie wiedział jak się mnie pozbyć ze sceny. Pani Patycka poprostu wyszła zza kulis i powiedziawszy - chodź - zabrała mnie do domu. Mama powiedziała żebym wziął sobie coś do zjedzenia i poszedł spać. Zasnąłem szybko, ale po jakimś czasie obudziła mnie rozmowa. Mama rozprawiała się właśnie z panem Kowalem:   
   - Panie Kowal, pan jest pijany, a ja pijanych nie znoszę. Niech pan idzie do domu.
  - Proszę pani, wróciłem do domu, a tu żony nie ma. Odrazu się domyśliłem że jest u pani. A wogóle to wypiłem sobie bo spotkałem pana Kowalskiego. Pamięta pani, był w sąsiedniej piwnicy w czasie powstania. I wie pani co ? Jaki ten świat jest głupi. Teraz te skurwysyny komuniści mówią to co ja i pani cały czas mówiliśmy - całe to powstanie to była jedna wielka głupota.

Tej nocy śniło mi się powstanie. Król szczurów w purpurowym płaszczu siedział na tronie pośrodku naszej piwnicy. Po lewej stronie Króla siedział pan Grusza, a po prawej niski pan, którego nazwiska nie znałem. Herold stojąc z prawej strony tronu czytał z wielkiego pergaminu:
  - Czyni się wszem i wobec wiadomym, że wszystkie głupoty są unieważnione.
 Wśród tłumu rozpoznałem Mamę i pana Kowala z żoną. Z tyłu tłumu widziałem grupy ludzi w czerwonych koszulach. Przesunąłem się w stronę pana Kowala i zapytałem:
  - Proszę pana, a co z SS-manami ?
Pan Kowal krzyknął, przerywając heroldowi:
  - Właśnie, a co z SS-manami ?
Król Szczurów powiedział poważnie:
            - SS-mani to źli ludzie.

Zapytałem:
            - Czy znowu będzie powstanie?. Ja już byłem w jednym. Ja nie chcę drugiego powstania.
            - W Polsce dzieje się źle, ale drugiego powstania nie będzie - odpowiedział Król Szczurów.
Mama powiedziała:
 - Królu Szczurów, gdzież jest Wielki Porządek Rzeczy ? Gdzież   sprawiedliwość ?
Król Szczurów odpowiedział:
 - Trudno mówić o porządku wśród gruzów i trupów. Co czwarty mieszkaniec tych ziem poległ. Rządzą barbarzyńcy.
Tu Król Szczurów wskazał na mnie:
  - Może on doczeka i zobaczy Wielki Porządek Rzeczy o ktorym mówicie.
 Zasnąłem głęboko. To był mój ostatni sen o powstaniu. Miasto zmieniało się. Spalona część naszego domu została odbudowana, schron lotniczy został rozebrany. Rosłem szybko. Zainteresowałem się książkami i sportem. Z Jackiem i Bulkiem założyliśmy klub piłkarski i grałem na prawym ataku. Sprawy miały się dobrze. Nie uświadamiałem sobie jeszcze, że coraz więcej przybywa portretów ponurego generalissimusa z wąsami.

KONIEC 


Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć. Numery 99 i 100 nie ukażą się.

Za tydzień następny odcinek Festynu Opowiadań.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

   Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .







sobota, 5 sierpnia 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 102.

Król szczurów, cz. 1/2




                  ©Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


1 Sierpnia 1944 roku miałem niecałe osiem lat. Było słoneczne popołudnie. Siedząc w kucki bawiłem się w kałuży pozostałej po przelotnym deszczu. Usłyszałem dźwięk przypominający wbijanie gwoździ i podniosłem się. Zobaczyłem eleganckiego pana strzelającego z dużego karabinu. Wylot lufy karabinu miał dziwny, lejkowaty kształt i wylatywał z niego płomień. Elegancki pan stał przy płocie sąsiedniego domu. Był w jasnobrązowych pumpach, mial szczupłą sylwetkę, na ramieniu, chyba prawym, miał biało-czerwoną opaskę. Nie zdążyłem zobaczyć nic więcej, gdyż nadbiegła moja matka i zaciągnęła mnie do piwnic kamienicy w której mieszkaliśmy. W piwnicy, na prymitywnych ławach, przechowywanych przez dozorcę od czasu oblężenia Warszawy w 1939 roku, siedzieli już sąsiedzi. Mówili że powstańcy zaczęli powstanie, że Warszawa będzie wolna, Niemcy uciekną, a potem przyjdą bolszewicy i czerwona armia.
O czerwonej armii słyszałem pierwszy raz z pół roku wcześniej, w zimie, kiedy bawiliśmy się ołowianymi żołnierzami. Jędrek Kiełbasiński powiedział mi wtedy że ona tak się nazywa bo wszyscy żołnierze chodzą w czerwonych mundurach. Nie bardzo mu wierzyłem. Ołowiani żołnierze którymi się bawiliśmy ubrani byli na zielono i mieli brązowe buty. SS-mani z pobliskich koszar byli ubrani na czarno. Do czerwonego munduru żołnierze musieliby mieć czerwone buty, a żołnierze w takich butach nie chodzą. Jędrek Kiełbasiński próbował więc mnie oszukać. Kiedy mu to powiedziałem dał mi syfona. Ale teraz o czerwonej armii mówili dorośli. Mówili że jak przyjdzie czerwona armia to będzie "co twoje to moje". Co ważniejsze mówili że czerwona armia chodzi bez butów. To załatwiało sprawę. W czerwonym mundurze ale boso - to było możliwe.

Mama była bardzo zdenerwowana, mówiła półgłosem, sama do siebie. To się jej rzadko zdarzało. Słyszałem:
- To szaleństwo, głupcy, zrujnują miasto, wszyscy zginiemy. 
Nie wiedziałem kim są "głupcy", ale pytać było niebezpiecznie. Miałem pod powiekami obraz wysokiego pana, byłem pewien że nigdy go nie zapomnę. Wiedziałem że każdy strzał z jego karabinu był celny i chciałem zobaczyć go triumfującego, ale z Mamą nie miałem szans. Mama była zła i można było oberwać. 

Eleganckiego pana nie zobaczyłem już nigdy. Następnego dnia, przyszedł do piwnicy inny pan, też powstaniec, miał białoczerwoną opaskę na ramieniu. Był niższy i nie taki elegancki. Przyniósł po dwie marchewki na dziecko, i mówił że Warszawa jest prawie wolna i że na razie chodzenie po ulicach jest niebezpieczne. Mówił że w związku z tym należy wykuć podziemne przejścia między piwnicami naszego i sąsiedniego domu. To mi się bardzo podobało. 

Dzień czy dwa później Mama powiedziała że teraz mniej strzelają i możemy wrócić do mieszkania, ale tylko do kuchni, bo jest osłonięta. Kiedy siedzieliśmy w kuchni przyszedł Romek Hartman i okazało się że on jest też powstaniec. Miał szeroki wojskowy pas i przypięty do pasa granat. Mama bardzo się dziwiła że Romek jest w powstaniu, bo był tylko trzy lata starszy od mojego brata, a Maciek miał tylko dwanaście lat. Zapytałem go czy ma rewolwer, bo chciałem żeby mi pokazał, ale Romek powiedział że broń zdobywa się na wrogu. Dodał że lada dzień dostanie drugi granat, a tego co ma, nie może dać mi do ręki, bo regulamin tego zabrania. Mama znów się zdenerwowała. W ogóle Mamę było teraz bardzo łatwo zdenerwować i lepiej było uważać. Ciekawy byłem co się dzieje z Kryśką Hartman. Nie było jej w mojej piwnicy bo Hartmanowie mieszkali w innym bloku. Na wiosnę tego roku Kryśka często, kiedy dorosłych nie było w domu bawiła się z moim bratem. Kiedy bawili się u Kryśki brat nie chciał mnie zabierać na zabawę, ale kilka razy bawili się u nas w domu i nie mogli mnie się pozbyć.

Już wiedziałem co robił elegancki pan pierwszego dnia powstania. Nie dalej niż pięćdziesiąt metrów od naszego domu były koszary SS. Elegancki pan, razem z innymi powstańcami próbował je zdobyć. Koszar nie zdobyli i wielu powstańców poległo. Nie wierzyłem żeby ten pan mógł zostać zabity. 

Te koszary SS interesowały mnie już przedtem. Widziałem SS-manów (nie mówiliśmy o nich "żołnierze") jak ćwiczyli rzut granatem, na placu przed budynkiem. Wjazd do koszar był zagrodzony szlabanem. Wartownik siedział w pomalowanej w czarno-białą jodełkę budce. Unikałem chodzenia chodnikiem po stronie koszar, w ogóle bałem się gdy mijałem SS-mana na ulicy. Jednak na krótko przed powstaniem ciekawość przemogła strach. Na wszystkich rogach budynku koszar budowano bunkry. Wybrałem sobie róg najdalszy od bramy i godzinami przyglądałem się jak pracują murarze. Zrobienie bunkra jest proste, jeżeli tylko budynek jest podpiwniczony. Usuwa się cegły z rogu - metr w górę i metr wzdłuż każdego boku. Buduje się nowy róg, wysunięty z pół metra wzdłuż każdej ściany budynku i zaopatrzony w poziome szpary strzelnicze. Tak właśnie zrobione były bunkry w koszarach SS. Później, kiedy murarze skończyli robotę już tam nie chodziłem - bałem się że w bunkrze może siedzieć SS-man. 

Od któregoś dnia powstania zamieszkaliśmy w piwnicach na stałe, to znaczy do kiedy Niemcy uciekną. Wydawało mi się że wszyscy mieszkańcy domu przenieśli się do piwnicy, w każdym razie były tu wszystkie znajome dzieci. My z bratem i matką mieliśmy miejsce w środku piwnicznego korytarza. Siedząc na naszej koi mogłem widzieć dużą rurę gazową wychodzącą z otworu w ścianie po mojej lewej stronie, przechodzącą pod stropem piwnicy i wchodzącą do otworu w ścianie po prawej stronie. Prawie każdego dnia wieczorem duży szary szczur wynurzał się z prawego otworu, dostojnie defilował wzdłuż całej długości rury i znikał po lewej stronie. W sposobie w jakim szedł było coś bardzo zdecydowanego. Bardzo szybko szczur stał się dla nas atrakcją, na którą co wieczór czekaliśmy. Więcej - szczur był dla nas wyzwaniem, chcieliśmy go zatrzymać. To Jacek Patycki wpadł na pomysł żeby wystawić przeciw szczurowi żołnierzy. Zaczęliśmy od samotnego piechura w zielonym mundurze i brązowych butach. Szczur nawet się nie zatrzymał, w marszu barkiem strącił naszego bohatera w dół i pomaszerował dalej. 

Także każdego dnia wieczorem odbywało się nabożeństwo. Biuro administracji naszego domu, które było na parterze, kilka metrów od drzwi od piwnicy służyło za kaplicę. Spiewaliśmy nabożne pieśni, przeważnie smutne jak "Kto się w opiekę" albo "Z dymem pożarów". Wieczory były więc uporządkowane, najpierw był szczur a potem nabożeństwo. Czasami jednak szczur się spóźniał i musieliśmy iść na nabożeństwo bez niego. 

Któregoś dnia SSmani wypędzili nas na sąsiedni plac, gdzie na anemicznej trawie siedzieli już mieszkańcy z domu, położonego między koszarami i nami. Z głośnika powieszonego na słupie nadali rozkaz Hitlera, najpierw po niemiecku, a później jakiś pan mówił dziwnie po polsku. Rozkaz mówił że Warszawa ma być zniszczona, tak żeby kamień na kamieniu nie został. No i wtedy jak ten pan to mówił, to sąsiedni dom - ten który stał między nami a koszarami SS - zaczął się palić. Ludzie zaczęli płakać i wyrzekać. Mama mówiła że zaraz podpalą nasz dom. Pan Grusza powiedział że nie, bo nas Niemcy wypędzili bez rzeczy, a tamtym z sąsiedniego domu pozwolili zabrać na plac, to co mogli unieśc z mieszkania. Powiedział że nas nie podpalą. 

Rzeczywiście, po jakimś czasie mogliśmy wrócić do domu. Ludzie mówili, że i tak mamy szczęście że to byli SS-mani a nie Kałmucy. Podobno na Belgijskiej Kałmucy urządzili sobie zabawę i idąc wzdłuż ulicy wrzucali granat do okienka każdej piwnicy. 
Szczur wciąż miał przewagę nad naszą armią. Nawet trzech wyborowych żołnierzy nie moglo dać mu rady. Jeden z nich zaginął w czasie bitwy - wpadł za rurę do dziury w murze. Parę dni później inny żołnierz poległ w starciu - odłamała mu się podstawka. 

Dorośli mówili, że będzie głód i ciągle rozmawiali o żywności. Któregoś dnia pan Winter wpadł na pomysł żeby zebrać pomidory z klombu na podwórzu. Problem był w tym że klomb był w zasięgu ognia z koszar SS. Pan Grusza powiedział że do dzieci nawet Niemcy nie będą strzelali. Nie wiem dlaczego to byłem akurat ja, w każdym razie dostałem białą chorągiewkę i pan Winter powiedział mi żebym poszedł zebrać pomidory z klombu. Nawet się nie opierałem, ale kiedy już mialem wyjść na podwórze zacząłem się bać. Jedni mówili, że najlepiej żebym się czołgał, inni żebym poprostu wyszedł powiewając białą chorągiewką. Nie pamiętam co zostało zdecydowane, co zresztą i tak nie miało znaczenia, bo wyszedłem na jakieś trzy kroki do przodu i szybko uciekłem z powrotem. Powiedziałem panu Winterowi że na klombie nie było już żadnych pomidorów. Pan Winter popatrzał na mnie, potem na klomb i powiedział:
- rzeczywiście nie ma.

Na to Pani Niczmanowa powiedziała:
- co też pan opowiada, przecież tam aż czerwono od pomidorów.
Pan Winter powtórzył jeszcze raz, tym razem głośniej:
- na klombie nie ma pomidorów.
Pani Niczmanowa popatrzała na Pana Wintera i wybąkała:
- rzeczywiście, nie ma. 
Byłem zdziwiony że dorośli tak szybko się ze mną zgodzili. 

Szczur wciąż wygrywał bitwy. Nasz oddział grenadierów został zdziesiątkowany. Dowódca oddziału spadł z rury i został zmiażdżony butem któregoś z dorosłych. Któregoś dnia Jacek powiedział że w naszym domu jest pełno Niemców. Łatwo jest ich rozpoznać po nazwiskach. Pani Lindorfowa, pan Kochman, pan Żurman, pani Rotsztajnowa to wszystko Niemcy. Maciek powiedział że Żydzi też mają niemieckie nazwiska. Jacek powiedział, że Żydów już nie ma bo ich Niemcy w zeszłym roku wybili. Bulek Winter powiedział że to że Żydów już nie ma to prawda, ale o Niemcach to nieprawda, bo mimo, że Winter jest niemieckim nazwiskiem on jest Polakiem, a Romek Hartman jest nawet powstańcem. Powiedział, że jego rodzina była w Polsce dwieście lat. Ja pomyślałem o Kryśce Hartman i przyznałem rację Bulkowi. Powiedziałem, że Jacek nie lubi pani Rotsztajnowej od czasu jak oberwał za ganianie jej kota.

Piwnica była oświetlana lampami karbidowymi. Przed powstaniem Niemcy włączali elektryczność na kilka godzin dziennie. Teraz oświetlenie elektryczne skończyło się całkowicie w początku powstania. Zwykle dla oszczędności paliła się tylko jedna lampa, zawsze sycząc i migocząc, gdyż wysokość płomienia zależała od chwilowego ciśnienia generowanego gazu. Tego wieczoru paliły się dwie karbidówki, i w dodatku pan Winter załadował do nich więcej niż zwykle karbidu, aby dłużej świeciły. Chodziło o to, by pan Żurman, który przekradł się ze Sródmieścia mógł zrelacjonować swoje przygody bez przerywania.Pan Żurman mówił, że na Woli, w pałacyku Michla broni się batalion Parasol. Pan Winter powiedział, że to nie pałacyk Michla, tylko Michlera, on wie, bo niedaleko stamtąd pracował. Pan Żurman powiedział, że o Parasolu jest piosenka, a w piosence jest Michla, a w ogóle jak mu się bedzie przerywało to przestanie mówić.  Po chwili, jak już nikt nic nie mówił, to powiedział że ulice Śródmieścia są zatarasowane barykadami, żeby ułatwić obronę przeciw niemieckim czołgom.

Barykady były zrobione z przewróconych tramwajów, samochodów, ułamków muru, bruku ulicznego, cegieł i takich rzeczy jak meble. Nie mogłem pojąć, jak można przewrócić tramwaj, ale byłem przekonany że powstańcy wiedzą jak to zrobić. 

Barykada - to jest to co musimy zrobić aby pokonać szczura. Kiedy nasza armia będzie za barykadą - szczur nie może zwyciężyć. Rozdwoiłem uwagę - jednym uchem słyszałem Jacka mówiącego, że da na szczurzą barykadę swój drewniany tramwaj, a drugim jak pan Żurman mówi że niemieckie bomby przebijają sklepienia domów i eksplodują w piwnicy. I właśnie wtedy wybuchnęła karbidówka po mojej lewej stronie. W zamkniętym pomieszczeniu piwnicy niegłośny sam w sobie wybuch sprawiał wrażenie potwornej detonacji; górna część lampy wyleciała w górę obracając się dnem do góry i wbiła się w sufit tak że palnik sterczał jak kaczy dziób do dołu. Teraz rzeczy zaczęły dziać się szybko i równocześnie. Pani Dobiecka wskazując prawą ręką na kaczy dziób piszczała:
- bomba, aaa...,
Jednocześnie lewą ręką próbowała zatkać sobie uszy w oczekiwaniu na wybuch. Pan Żurman wyprostował się i zakomenderował:
- Wszyscy padnij ! Tylko bez paniki.


Zakończenie - kliknij tutaj

Z profesorem Targowskim napisaliśmy książkę. Już wyszła z druku wydana w Oficynie Wydawniczej Kucharski.

Kup w księgarni internetowej - link tutaj, szukaj według tytułu lub nazwiska.


A tak wygląda okładka książki - prawda że ładna? 

Oto co znajdziesz w książce:
Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?

I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.

Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.

* * *

A teraz o odcinku który przeczytałeś. Jeśli tekst podoba Ci się - zadbaj jak należy o miłość własną autora. Na samym dole tego postu znajdź słowo Reakcje i jeśli zechcesz kliknij na jedno z trzech okienek - czy to na "zabawne", czy też na "interesujące" albo "fajne".

Możesz też dodać komentarz.

Możesz też na Facebooku kliknąć na "Lubię to".

Jak dotąd Festyn Opowiadań osiągnął prawie pięćdziesiąt tysięcy otwarć.

Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.


Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i możesz ją polubić.


Ważne - Facebook zmienia swoje algorytmy i nie zawsze wyświetla prawidłowo moje posty. Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. W okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". 
Aby otrzymywać powiadomienia Facebooka o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań. Możesz też sobie opowiadanie wydrukować - naciśnij Print na dole ekranu. 

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować i kupić przez internet. 

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.

W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.



Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .