sobota, 20 sierpnia 2016

#Festyn opowiadań™, Nr 56.

Egzystencjalne wyzwanie w Portborough


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Kiedy lecąc nad Atlantykiem[1] wspominałem moją poprzednią wizytę w Portborough nie miałem pojęcia że już w dwa dni później będę brał udział w operacji „Polski Klub”.
Zadanie przydzielone mi przez Petera było jasne: Miałem wystąpić nie jako agent-dywersant, nie jako taki co porwie klubowego barmana, albo zniszczy pisuar w męskiej toalecie. Nie - miałem być agentem-szpiegiem, miałem zbadać co dzieje się w ukradzionym nam klubie.

Peter zapewniał mnie, że nikt mnie nie pozna, bo dopiero co przyleciałem, ostatni raz byłem tam, w Polish American Social Club w Portborough, Connecticut pięć lat temu, a teraz muszę tam iść, bo od czasu kiedy ukradli nam klub nikogo z naszych już tam nie wpuścili. Zadanie wydawało mi się podobne do tych jakie wykonywał Hans Kloss, nawet Peterowi o Klossie wspomniałem, oczywiście Peter nic nie zrozumiał, bo przecież nigdy w życiu polskiej telewizji nie oglądał, a w Stanach „Stawki większej niż życie” nie wyświetlali, a nie wyświetlali, bo wygodniej było im promować swoje własne, choć gorsze filmy z Hollywood. Tak czy inaczej kiedy umilkłem, Peter z oczyma utkwionymi w mojej twarzy i dłonią zaciśniętą na moim ramieniu powiedział żebym przestał się wygłupiać, bo tu chodzi o polski klub, skradziony Polsce klub.

Pięć lat temu, było inaczej – wtedy ze ścian wielkiej sali w Polish American Social Club patrzyli na mnie polscy bohaterowie narodowi, naprzeciw wejścia był portret Kościuszki, obok Piłsudski i Chopin, a po prawej był skrzywiony, wyglądający na niezadowolonego Paderewski. Brzmiała muzyka, szurały stopy i trzęsły się w podrygach siwe emeryckie głowy - to zespół Kielbasa Kings grał polkę „Mańka on the bridge”, Nie znam się na polkach, więc wstrzymywałem się z uwagą że grają źle aż do chwili, kiedy harmoniście zespołu palce ześlizgnęły się z okropnym zgrzytem od góry do dołu wzdłuż calutkiej klawiatury. Powiedziałem wtedy Peterowi, że to przez tego harmonistę Paderewski jest taki niezadowolony. A - przypomniałem sobie jeszcze coś – zaraz po wejściu do klubu zasalutowałem marszałkowi Piłsudskiemu.
Wtedy, te pięć lat temu, ten polonijny klub liczył sobie czterdzieści lat i nikt nie podejrzewał, że już po czterech następnych latach zniknie, odejdzie w nicość. Kiedy dodałem sobie cztery do czterdziestu i wyszło mi czterdzieści cztery, tylko ze smutkiem pokiwałem głową – znów pokazały się te pechowe dla naszego narodu czwórki – przecież czwórka to numerologiczna liczba Stalina.

Klub założyli w latach osiemdziesiątych miejscowi Polacy, głównie emeryci. Potrzebowali miejsca w którym mogliby tańczyć polkę i grać w bingo. W misji klubu zapisali że ma szerzyć polską kulturę, że nie będzie w klubie dyskryminacji, zadbali o portrety wybitnych Polaków, nad barem umieścili białego orła, po lewej od wejścia polską i amerykańską flagę i zarejestrowali klub jako stowarzyszenie wyższej użyteczności. I popełnili dwa błędy. Pierwszym błędem, błędem wynikającym z naszego tradycyjnego myślenia mocarstwowego było to że zamarzył im się budynek mający dość miejsca, aby tańczyć polkę mogło prawie 400 osób. I taki zbudowali.
A kiedy zaczęli wymierać, kiedy coraz ich mniej tańczyło polkę, to po to żeby zapełnić salę, trzeba było przyjmować każdego – objaśniał mi tuż przed moją wizytą Peter – i w zarządzie klubu było coraz mniej Polaków, potem był tylko Janusz, a w końcu nie było żadnego, bo Janusz, jedyny, którego ci z zarządu się bali, wyjechał, został konsulem w Nowym Jorku.

Słucham Petera i przypominam sobie że ponad pięć wieków temu tak właśnie zdarzyło się wymrzeć Jagiellonom. Skończyło się to niedobrze, bo sprowadzony z Francji na Wawel nowy król uciekł do Paryża już po paru miesiącach. Pomyślałem, że coś mu się w królestwie w którym miał rządzić musiało nie spodobać, a po chwili zdałem sobie sprawę że i teraz są u nas rzeczy, które ludziom z zachodu też się nie podobają. Że tym ze wschodu też, to już żadna nowina, bo z nimi to zawsze. No, a nam samym? Każdemu z nas coś się nie podoba, tylko że jednym to, a drugim zupełnie co innego.
A Peter ciągnie dalej:
 – To że nikogo w zarządzie nie było, to był błąd drugi i ostateczny.
- To jak z Jagiellonami, szkoda, bo jak by nie wymarli, to nie byłoby wolnej elekcji i liberum veto – wtrącam. Peter milknie, przez chwilę bezskutecznie próbuje odnaleźć się w historii Polski, ja już mam na języku uwagę o Stefanie Batorym, ale Peter mówi dalej:
- Później choć nie popełniła żadnego błędu, wyleciała z pracy polska szefowa kuchni, a wkrótce potem powstała opinia zarządu, że w klubie nie należy mówić po polsku i troszczyć się o polską kulturę. Według Wojtka, prawnika a zarazem speca od nieruchomości, było to dlatego, że, że ceny nieruchomości w Portborough zaczęły iść mocno w górę i budynek klubu wraz z działką okazał się wart koło miliona dolarów.
- A teraz zarząd wyrzucił z klubu resztę Polaków, między innymi ciebie i zmienił nazwę - zamiast Polish American Social Club jest teraz Portborough Social Club. I ci z zarządu dysponują całym majątkiem – mówię, bo o tym dowiedziałem się wczoraj, zaraz po przylocie.
- Tak – mówi Peter – założyliśmy więc New Polish American Social Club, jestem prezesem, ale dopiero procesujemy się o budynek i działkę. A to w Ameryce jest kosztowne. Pieniędzy nasz klub nie ma, jedyne co udało się uratować to ten dziesięcioosobowy autobusik Mercedesa, i to też tylko dlatego, że tamci poszkapili się z rejestracją.

Peter jest inny niż był pięć lat temu. Zastanawiam się nad jego przemianą. Pięć lat temu był to stary człowiek, narzekający na niską morfologię i wciąż poprawiający aparat słuchowy. Teraz, choć wciąż nie umie sobie poradzić z aparatem słuchowym, jest to pełen energii starszy pan.
- Jak ty to wszystko robisz? – Pytam – przecież lata ci lecą.
- Ktoś powiedział, że kiedy przybywa nam lat, otwierają się nam coraz to nowe widoki, niby w podróży za każdym zakrętem drogi – odpowiada Peter.

Zawsze uważałem, że jeżeli mężczyzna napotyka na swojej drodze bar (mam na myśli nie jakiś tam bar kawowy, tylko taki prawdziwy bar, gdzie jest alkohol i są wysokie stołki), właśnie wtedy, kiedy jest on mu potrzebny, to nie jest to jakiś nieciekawy zbieg okoliczności, ale jest to uśmiech losu, dar uczyniony mu przez któregoś z sączących ambrozję olimpijskich bogów. Wchodząc do byłego polskiego klubu pomyślałem że taki uśmiech losu przydałby mi się właśnie teraz, kiedy występuję w roli agenta. I tak się stało - bar był tuż przy wejściu - tam gdzie pamiętałem go sprzed pięciu lat. Tyle że choć wysokie stołki pozostały, to czuwającego poprzednio nad barem białego orła zastąpił migocący neonowy napis: „Today: Our Latin Night”.
- Gin martini. Double – powiedziałem barmanowi. Kusiło mnie żeby dodać „stirred not shaken” ale przecież byłem, nie tak jak Bond, agentem tajnym i nie wolno mi było się zdekonspirować.
Atmosfera Latin Night była gęsta, przypominała mi atmosferę w namiocie smażalni ryb w Mikołajkach, tyle że zamiast żeglarskich szant tutaj decybelami atakowała egzotyczna salsa. W powietrzu unosił się odór oleju kukurydzianego, resztki papierowych talerzy na których kuchnia serwowała sizzling fajitas walały się na podłodze i brudnych stołach, a trzymany w moim ręku gin martini podany był w plastikowej szklance.

Po następnym double martini zdecydowałem że mój organizm zdecydowanie potrzebuje świeżego powietrza i że mam już dosyć tej klubowej tandety. Kiedy wyszedłem na zewnątrz, od grupki stojących przed wejściem do klubu Meksykanów doszedł mnie zapach marijuany. Zastanawiając się ilu z nich jest w Stanach nielegalnie, poszedłem dalej, potknąłem się o pustą plastikową butelkę po Coca Coli i o mało nie wyrżnąłem głową w słupek tablicy „No parking Wednesday morning”. Zatrzymałem się, oparłem się o stojący za znakiem pojemnik na śmieci i patrząc z wyrzutem na tablicę powiedziałem:
- Teraz nie rano a wieczór, nie środa a czwartek – no to po jaką cholerę tu się wymądrzasz? Odpowiadaj!
O bok pojemnika oparty był obraz. Jakiś portret. Przyjrzałem mu się bliżej:
- Panie marszałku – czy trzeźwy czy podpity, zawsze Pana rozpoznam – powiedziałem portretowi i już podniosłem do salutu rękę, ale kiedy przypomniałem sobie, że nie salutuje się do nienakrytej głowy czym prędzej ją opuściłem:
- Melduję posłusznie, że to ja odkryłem pański pamiętnik i że nie zostawię Pana tutaj – powiedziałem. Pomyślałem, że ani Hans Kloss ani agent 007 też marszałka by tak nie zostawili.
Kiedy następnego ranka, z lekkim kacem, ale już trzeźwy zadzwoniłem do Petera i zrelacjonowałem mu co widziałem w klubie i przy okazji wspomniałem o porwanym portrecie, Peter powiedział:
- Znam kilka osób które by chciały mieć ten portret. I już wiem kto go dostanie. Mam nadzieję, że lubisz Chopina.

Czas płynął, życie w Portborough toczyło się wartko na dwóch niekolidujących ze sobą torach. Uniwersytet znał mnie jako starannego wykładowcę dwudziestowiecznej historii Polski a u miejscowej Polonii zyskałem miano wybawcy Piłsudskiego. Już w dzień po kradzieży portretu Piłsudskiego byłem bohaterem przyjęcia wydanego przez Krystynę, zamożną entuzjastkę wszelkich sztuk. Podczas obiadu towarzyszyła nam muzyka Chopina, po obiedzie zwiedziłem niewielką lecz dobraną ze smakiem kolekcję obrazów zebranych przez gospodynię, a z niejasnych jej uwag przy deserze należało się domyślać, że zajmuje się też twórczo literaturą. Mając doświadczenie ze znajomości z kilkoma lepszymi i gorszymi literatami wiedziałem, że do spraw twórczości własnej każdego piszącego należy odnosić się dyskretnie i dlatego nie podjąłem tematu.
 - Świece były? – Pyta przez Skype’a moja żona Kalina z Warszawy kiedy relacjonuję jej przyjęcie.
- Świece, kompozycja kwiatowa, białe obrusy, koziołki, a talerze były kwadratowe. Były zakąski, były zupy, ale prawdziwe niebo to befsztyk – gruby na dwa cale.
- Od befsztyku się tyje.
- Dumą kolekcji obrazów Krystyny jest „Ułan i dziewczyna” Kossaka – zmieniam niewygodny temat – a Krystyna do niedawna miała, jak powiedział mi Peter, dwa Kossaki – nie wiem co się stało z tym drugim.

Opowiadam Kalinie, że decyzją Petera ukradziony przeze mnie portret Piłsudskiego dostał się właśnie Krystynie i znalazł się w jej kolekcji. Dodaję, że dziadek Krystyny w czasie zamachu stanu Piłsudskiego był w wojsku i walczył. A portret wisi nieeksponowany, tak trochę z boku, pewnie dlatego, że ojciec Krystyny walczył nie po stronie Piłsudskiego, tylko po tej drugiej, rządowej stronie. „Oto piękny przykład wpływu polityki na sztukę” – dodaję.
Ale nie o sztuce i nie o polityce myślę po zakończeniu rozmowy. Wydawałoby się, że to nic, ot, drobna uwaga troskliwej żony, ale prawdy uniknąć nie można, prawdy, że od dobrze podanego befsztyku się tyje. I to szybko. „To ja, zawsze dumny ze smukłej sylwetki mam utyć?” – Myślę. NIE, NIE I JESZCZE RAZ NIE. Biegałem w Warszawie, będę biegał i tutaj, w Portborough.

W niedzielę jako wyraziciel opinii polskich mieszkańców Portborough i okolic demonstruję protestując przeciwko złodziejom którzy ukradli polski klub.
Trzymając osadzony na drążku plakat z napisem „Thieves. Board stole Polish Club[2]” stoję na poboczu ruchliwej drogi prowadzącej z Portborough do stolicy stanu Salem. Dwa kroki ode mnie Krystyna rozwija pasiastą, upstrzoną gwiazdami flagę amerykańską, nie jesteśmy z Krystyną sami, razem z nami demonstruje chyba ze czterdziestu członków nowego klubu. Pod tablicą z napisem „Portborough Social Club” wymachuje białoczerwoną flagą Peter, a obok Petera Wojtek, ten adwokat, trzyma plakat „Honk if you support Polish Club[3]”. Kilkanaście metrów dalej błyskający niebieskim światłem samochód policyjny ostrzega kierowców o odbywającej się demonstracji.
- Prosto stąd jedziemy do Petera na grilla – mówi mi Krystyna.
W drodze na grillowanie obserwuję drogę i stwierdzam, że będzie to znakomita trasa do biegania - pod klub i z powrotem, dystans nie za długi i nie za krótki. Kiedy układam w myślach plany na następne kilka dni, Krystyna pyta mnie o przyczyny zamachu Piłsudskiego. Odpowiadam obszernie, przecież jestem w tym temacie fachowcem, i akurat kiedy wspominam konflikt Wincentego Witosa z Piłsudskim, Krystyna przerywa mi:
- Jesteśmy na miejscu.

Grillowanie odbywa się z tyłu domu Petera, obok basenu, gdzie za rozstawionymi stołami błyszczy potężny grill.
Początku awantury nie dosłyszałem, bo schroniwszy się w cieniu, z plastikową szklanką piwa w ręku, wysłuchiwałem opowieści także unikającej słońca Marianny. Marianna dopiero co wróciła z podróży po Europie. Największe wrażenie wyniosła z dwóch sławnych z cudów miejsc - Lourdes i Fatimy. Opowiadała o zdarzających się tam zjawiskach nadprzyrodzonych. Właśnie kiedy przypomniawszy sobie stronę z niedawno przeczytanej dziewiętnastowiecznej broszurki przytoczyłem teologiczną definicję cudu: „Cud jest to czasowe zawieszenie przez Boga praw natury” a Marianna powiedziała z wahaniem „No nie wiem. Może?” – z grona siedzących przy stojącym obok grilla ogrodowym stole doszedł nas bełkotliwy głos:
- „Jesteśmy zarzucani with brain droppings[4] przez ludzi, którzy w życiu nie dokonali nic twórczego a teraz rzucili się na tak zwaną "literaturę”. W większości wypadków jest to sraczka werbalna devoided of any literary substance[5].
Mówił to Wojtek. Chwiejąc się lekko, perorował z zaczerwienioną twarzą, widać było że jest podpity. Zamilkł na chwilę, poczem, powstrzymując czkawkę, z wyrazem niesmaku na twarzy powiedział:
- I po co ona to nabazgrała?
W chwilę potem, w zapadłej ciszy wybrzmiał podniesiony głos Krystyny:
- Nie! Nie mam zwyczaju pozostawać w towarzystwie chama. Chama! Tak jest – chama! Pijanego chama!
Krystyna wstała od stołu, rzuciła serwetkę na ziemię i wyszła demonstracyjnie trzaskając ogrodową furtką; hałas przeniósł mój umysł ze sfery spraw nadprzyrodzonych do rzeczywistości, i właśnie stamtąd doszedł mnie szept Marianny:
- Oni są rozwiedzeni. Po rozwodzie Krystyna napisała książkę. Bardzo uduchowioną. Jej bohaterowie mieszkają na wyspie szczęśliwości, są weganami i żyjąc życiem przepojonym pierwiastkami niematerialnymi są bliscy osiągnięcia świadomości kwantowej. A Wojtek lubi dobre drinki. Za bardzo.
Napięcie wśród zgromadzonych przerwało pytanie majstrującego przy aparacie słuchowym Petera:
- Czy ktoś ma może jakąś baterię do mojego aparatu? Bo nie usłyszałem nic z tego co Krystyna powiedziała.

- Jest niedobrze – mówił dwa dni później Peter – odebrałem właśnie jeden po drugim dwa telefony. Krystyna mówiła o chamstwie na jakie napotyka się w klubie, a Wojtek twierdził, że za dużo w klubie snobizmu i nieporadności.
- Każde oddzielnie grozi, że natychmiast złoży rezygnację z Zarządu i z członkostwa klubu – ciągnie dalej Peter – a tak naprawdę to Wojtkowi idzie o ten portret Piłsudskiego, który uratowałeś ze śmietnika. Krystyna powiesiła go gdzieś z boku, ale Wojtek powiesiłby go na ścianie na której wiszą skrzyżowane dwie szable i ryngraf z Matką Boską, pod Kossakiem.
- To Wojtek ma też Kossaka?
- Mieli z Krystyną dwa. Rozwodząc się, podzielili się kolekcją - każde dostało po jednym Kossaku.
- Trudni ludzie. Konfliktowi – powiedziałem.
- Trudni ale wpływowi. Wzięliśmy ich do zarządu klubu, bo bez nich go nie odbierzemy – Wojtek jest jedynym polskim adwokatem w promieniu dwustu mil, więc to on prowadzi naszą sprawę sądową. Z kolei Krystyna ją finansuje. Jest bogata. Czuje się mecenaską wszystkich sztuk, a szczególnie ma bzika na punkcie Chopina. To ona w zeszłym roku zorganizowała i pokryła koszty prywatnego recitalu fortepianowego pary polskich pianistów.
Zamyślam się. Lata temu przekonałem się że często konflikt dodaje energii, mobilizuje, jest pozytywnym wyzwaniem. Tak było kiedy wojowałem z nieuczciwym ministrem[6] albo kiedy zdemaskowałem nieuczciwego policjanta w Puerto Vallarta[7].
- Ale konflikt może być też niepokojącym zakłóceniem życiowej równowagi, egzystencjalnym wyzwaniem – konkluduję, tym razem głośno.
- Nigdy nie słyszałem o czymś takim jak egzystencjalne wyzwanie – zauważa Peter.
O tym że my, Polonia w Portborough, stoimy w obliczu egzystencjalnego wyzwania i o tym jak możemy stawić mu czoła myślałem cztery godziny później, kiedy zmuszając zastałe kończyny do wysiłku biegłem rekreacyjnie w stronę ukradzionego klubu. Żeby nie zwątpić, biegnąc powtarzałem sobie: „Świat jest naprawialny, świat jest naprawialny”.

Peter był zdziwiony kiedy do niego zadzwoniłem:
- Jutro? O szóstej rano? Naszym autobusikiem? Pod klubem?
- Tak. Bo jutro jest środa. Ale nie akurat pod klubem tylko jakieś sto metrów dalej – odpowiedziałem.

Następnego dnia rano otwierając bagażowe drzwi autobusiku Peter powiedział:
- Zupełnie niezniszczony. Skąd wiedziałeś że on tam będzie?
- Tak, nawet nie ma żadnego zadrapania – potwierdziłem przyglądając się odkupionemu od śmieciarzy portretowi Chopina – a wiedziałem że tam jest, bo widziałem go już wczoraj popołudniu. Przecież ja tamtędy biegam.
- No to skoro się tak udało to należy nam się dobre śniadanie. Bardzo dobre śniadanie. W „Big American Breakfast”.
- Dla mnie tylko kawa – powiedziałem. Peter spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Tyje się szybciej, chudnie się wolniej – wyjaśniłem.
 Kiedy trzymałem w ręku plastikowy kubek z niesłodzoną, czarną kawą Peter powiedział:
- Powiedz mi więcej o tym egzystencjalnym wyzwaniu.

Po śniadaniu pojechaliśmy do domu Petera. Ze zdziwieniem rozpoznałem stojący na podjeździe samochód Krystyny, a kiedy podjechaliśmy bliżej zobaczyłem, że o ścianę garażu oparty był portret Piłsudskiego. Sama Krystyna rozmawiała przez komórkę. Kiedy zaparkowaliśmy obok jej samochodu przerwała rozmowę i powiedziała:
- Proszę odwieźć ten portret na miejsce. Nie chcę go. Nie chcę oskarżeń o kradzież. Nie chcę klubu. Rezygnuję.
Otworzyłem drzwi bagażnika i wyciągnąwszy portret Chopina ustawiłem go obok Piłsudskiego. Wydało mi się że dwóch przystojnych panów – muzyk i polityk – spojrzało na siebie przyjaźnie. Peter wskazał na Chopina i powiedział:
- Tego nie odwieziemy. Jacek go kupił. Całkowicie legalnie. Zapłacił pięćdziesiąt dolarów.
Krystyna podniosła dłoń do ust. Zrobiła krok do przodu i wykrzyknęła:
- To przecież Chopin. Odkupię, dam pięćset. Dam tysiąc.
- Nie Krystyno – powiedziałem - cena jest inna.
- Jaka?
- Zgadnij – powiedział z uśmiechem Peter. Krystyna zawahała się:
- Polski klub – powiedziała po chwili.
- A ten? Co z nim zrobić? – Krystyna wskazała na Piłsudskiego.
- O marszałka się nie martw – powiedziałem – mam dla niego dobre miejsce.
Peter medytował. W końcu powiedział:
- Chyba będzie o jedno egzystencjalne wyzwanie mniej.
Krystyna spojrzała na niego podejrzliwie. Roześmiałem się i powiedziałem szeptem:
- To są dla Petera nowe słowa.
- Ale nie dla mnie – powiedziała po zastanowieniu Krystyna.
- Co wy tam szepczecie. Znów mi baterie wysiadają – powiedział Peter.

Nie trzeba dodawać, że po otrzymaniu portretu Piłsudskiego Wojtek także wycofał swoją rezygnację z klubu.
A teraz, już w Warszawie, oczekuję wiadomości o nadchodzącym wyroku w sprawie sądowej o posiadanie klubu.


[1] Poprzednia wizyta profesora historii Jacka Długosza w Portborough opisana jest w opowiadaniu „Pamiętnik Piłsudskiego” ( http://tugdziejestem.blogspot.com/2016/01/festyn-opowiadan-nr-27-pamietnik.html ).
[2] Złodzieje. Zarząd ukradł polski klub.
[3] Zatrąb jeżeli popierasz polski klub.
[4] Mentalnym gównem, mózgowym łajnem.
[5] Pozbawiona jakiejkolwiek wartości literackiej.
[7] Patrz opowiadanie „Sześć dni w Puerto Vallarta”
http://tugdziejestem.blogspot.com/2016/02/festyn-opowiadan-nr-28-szesc-dni-w.html


KONIEC 

Ostatnio przybyło mi sporo czytelników wśród Polonii niemieckiej. Cieszy mnie to i zarazem ciekawi - czy to jakiś kurs polskiego? Napiszcie do mnie - andrzej.f.olas@gmail.com. 

Uwaga biblioteki i placówki kultury. Między majem a październikiem 2016 jestem zaproszony na kilka spotkań (spotkania autorskie lub tematyka Stanów Zjednoczonych, gratis). Chętnie poszerzę mój kalendarz o zainteresowane placówki (Skype: andrzej.olas lub mejl: andrzej.f.olas@gmail.com).

  Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Jeśli chcesz zadać mi pytanie o USA - pytaj.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Za tydzień siódmy odcinek: "Jakże pięknie oni nami rządzili".

 Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). W grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.


Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.



 Komitet Obrony Demokracji w sobotę 22 sierpnia (grupa na facebooku) miał 59179 członków.

sobota, 30 lipca 2016

#Festyn opowiadań™, Nr 53.

Uczyłem się arytmetyki


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Czy w USA kandydat na prezydenta może przegrać wybory mimo, że uzyskał więcej głosów? Tak, może. Przyczyną jest fakt, że prezydenta wybiera Kolegium Elektorskie. Każdy stan otrzymuje miejsca elektorskie proporcjonalnie do liczby ludności (niedokładnie, ale blisko, bo dostaje tyle miejsc ilu ma kongresmenów i senatorów). Dodatkowo w prawie wszystkich stanach obowiązuje zasada „winner takes all” – zwycięzca głosowania otrzymuje głosy wszystkich elektorów tego stanu.
Weźmy więc przykład państwa składającego się z dwóch stanów i załóżmy że głosuje 100% ich obywateli i że jeden elektor przypada na 100.000 obywateli.
W stanie Astan (milion obywateli, 10 elektorów) kandydat Antałek uzyskał 90% z pośród miliona głosów, czyli głosowało na niego 900.000 obywateli.
W stanie Bestan (półtora miliona obywateli, 15 elektorów) kandydat Beczka uzyskał 51% spośród 1,5 miliona głosów, czyli głosowało na niego mniej niż 800.000 obywateli. 
Zwycięzcą – prezydentem państwa (15 głosujących na niego elektorów przeciw 10), mimo mniejszej ilości głosów, jest kandydat Beczka.
Tak właśnie, choć nieczęsto zdarza się w USA.
Proste, nieprawdaż? To przecież arytmetyka.
O rasizmie. Przyjmijmy, że procent białych rasistów wśród białych i czarnych rasistów wśród czarnych jest taki sam, na przykład w obu przypadkach 2%. Czyli jeżeli udasz się do centrum handlowego w Chicago, gdzie mieszają się klienci o wszystkich kolorach skóry, to twoje szanse spotkania się albo z białym albo z czarnym rasistą są takie same.
Nieprawda. Jeśli klienci centrum odpowiadają rozkładowi rasowemu w USA, to wśród tysiąca klientów jest około 180 murzynów i 600 białych. Czyli na podstawie powyższych dwu procent jest 12 białych rasistów i dwóch czarnych. Którzy więc, jeśli mają taki zamiar, mogą narobić więcej kłopotu?
Proste, nieprawdaż? To przecież arytmetyka.
Na koniec pomówmy o edukacji, temat ważny, ministerialny, jest u nas przecież od tego pani minister. Edukator przekazuje swoim uczniom pewną dozę wiedzy, powiedzmy, że przeliczymy ją na kilogramy, na przykład 100 kg wiedzy. Jeżeli na edukatora przypada pięćdziesięciu uczniów to każdy z nich otrzyma 2 kg wiedzy. A jeżeli stu? Wtedy tylko 1 kg.
A jak to jest z politykami? Wiedzę polityka szacuję na gramy, powiedzmy 1000 gramów. Wtedy, jeśli słucha go milion zwolenników to na każdego przypada 1 miligram wiedzy. A kiedy zwolenników przybywa? Na przykład dziesięć milionów? No to już robi się całkiem ponuro – w każdej głowie jest już tylko jedna dziesiąta miligrama.
A co się dzieje, kiedy jest mało wiedzy? Są, są na to przykłady – w biologii - u stanowiących faunę denną mięczaków. Jeden z mięczaków – szczeżuja - nie ma głowy, po prostu jej nie ma, dlatego wiedzy u szczeżui nie uświadczysz. Czym zaś zajmują się szczeżuje? Ryją. Ryją tam gdzie żyją, a więc ryją w dnie, podkopują, mącą i ryją pod sobą. Takie jest ich życie.
Smutne, nieprawdaż? Czy to arytmetyka?
Jeżeli tylko chcesz w to uwierzyć.

  Se non è vero, è molto ben trovato.
KONIEC

Uwaga biblioteki i placówki kultury. Między majem a październikiem 2016 jestem zaproszony na kilka spotkań (spotkania autorskie lub tematyka Stanów Zjednoczonych, gratis). Chętnie poszerzę mój kalendarz o zainteresowane placówki (Skype: andrzej.olas lub mejl: andrzej.f.olas@gmail.com).



  Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Jeśli chcesz zadać mi pytanie o USA - pytaj.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Za tydzień: "Jakże pięknie oni nami rządzili, odc. 5".

 Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). W grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.


Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.



 Komitet Obrony Demokracji w sobotę 30 lipca (grupa na facebooku) miał 59207 członków.

wtorek, 12 lipca 2016

#Festyn opowiadań™, Nr 48.

Gwiżdżąc w Alabamie


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Czy można utrzymać się z gwizdania? Można.

Przekonałem się o tym w Alabamie, choć tak naprawdę domyślałem się tego już wcześniej, jeszcze w Warszawie. 

Alabama, XIX wiek, jeszcze przed zniesieniem niewolnictwa. Jadalnia w pałacu bogacza - Fendall Hall w mieście Eufaula nad rzeką Chattahoochee.

Kuchnia jest w osobnym budynku, bo gotują niewolnicy. Jedzenie do pałacu przynoszą biegiem młodzi murzyni. Mogą być głodni, mogą kusić ich przenoszone wykwintne dania, mogą coś skubnąć. Trzeba pokusie zapobiec. Jak? Nakazać im gwizdać podczas biegu. Można nadać im nazwę. Jaką? Whistlers. Bo „to whistle” – znaczy gwizdać. Tak więc wykwintności nie skubną, przecież to nie dla nich, tylko dla ich panów.

A nasze czasy, nasz kraj, nasza Warszawa, nasi politycy? Oj kusi ich, tak kusi że muszą sobie poskubać. Przedtem starzy, teraz nowi. Skubią że hej i gwiżdżą na wszystko. I tak właśnie, gwiżdżąc głośno i donośnie, utrzymują się w formie zupełnie niezłej. W każdym razie lepszej od mojej.

A jeszcze co do polityków. Spróbujcie poprosić, żeby, skoro już wolno im gwizdać na wszystko, to może by zaczęli biegać. Nie, nie będą, bo nie muszą i nikt ich nie zmusi, żeby im się chciało.

KONIEC






Uwaga biblioteki i placówki kultury. Między majem a październikiem 2016 jestem zaproszony na kilka spotkań (spotkania autorskie lub tematyka Stanów Zjednoczonych, gratis). Chętnie poszerzę mój kalendarz o zainteresowane placówki (Skype: andrzej.olas lub mejl: andrzej.f.olas@gmail.com).


  Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Za tydzień: "Jakże pięknie oni nami rządzili, odcinek trzeci" Będzie to 51 numer Festynu Opowiadań (w numerację Festynu wkradł się ostatnio pewien bałagan).

 Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). W grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

 Komitet Obrony Demokracji we wtorek 12 lipca (grupa na facebooku) miał 59200 członków.



sobota, 18 czerwca 2016

#Festyn opowiadań™, Nr 47.

Posłuchaj Kalifornio powiastki z Oregonu

By Cacophony - Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2745224


© copyright Andrzej Olas (
andrzej.f.olas@gmail.com)[1]


W Oregonie jest wszystko. Są plaże do kąpieli, są góry do wspinaczki i do nart, są lasy do wędrówek i do polowań, są jelenie, są nawet brunatne niedźwiedzie, a jak są niedźwiedzie to musi być i łosoś, bo jak żeby inaczej można było robić zdjęcia niedźwiedzia w potoku z łososiem w pysku. Są foki, lwy morskie, wzdłuż wybrzeża pływają wieloryby. Byli i są Indianie, byli Hiszpanie, ale niedługo, podobnie z Anglikami. Są poszukiwacze złota, jest wulkan, jest pustynia, są sekwoje i pożary lasów. Była japońska przyniesiona balonem bomba, eksplozja której w maju 1945. roku zabiła sześć osób. Są też współcześnie, jak wszędzie, masowi mordercy.

Jeżeli wygrasz w totka pół miliona, to jest sukces, ale jeżeli w tym samym ciągnieniu twój sąsiad też wygra, i to więcej - cały milion - to nie nazwiesz tego sukcesem, tylko jakimś draństwem, powiesz że pewnie sąsiad ma kumpla który wyciągnął właśnie jego los. Dokładnie tak myślą Oregonianie o sąsiadach z Kalifornii. Nie wiedzą kto, ale wiedzą że był ktoś, komu udało się umieścić Silicon Valley (Dolina Krzemowa) i wszystkich tamtych miliarderów akurat w Kalifornii a nie w sąsiednim Oregonie, któremu się to należało choćby dlatego, że ma ładniejszą nazwę. A tak, jak to wyszło, to nie ma w Oregonie Silicon Valley, jest tylko znacznie skromniejszy Silicon Forest (Krzemowy Las), a miliarderów jak na lekarstwo. Dlatego też Oregonianie lubią opowiadać kalifornijskim sąsiadom historyjkę sprzed prawie dwustu lat, z czasów kiedy to trwał wyścig do Pacyfiku. 

Wiek dziewiętnasty, lata pięćdziesiąte. Ze wschodu Stanów Zjednoczonych ciągną na zachód pionierzy - w ciągniętych przez woły solidnych wozach o ogromniastych, koniecznych do jazdy na bezdrożach, kołach. Mają do przejścia ponad dwa tysiące mil, a przeciętna prędkość zaprzęgu to dwie mile na godzinę. W Idaho, gdzieś, już po połowie szlaku mieści się wojskowy posterunek - Fort Hall i właśnie tam, gdzie stoi dwuramienny drogowskaz, szlak się rozgałęzia. Na ramieniu wskazującym Kalifornię narysowany jest worek złota (było to podczas gorączki złota). Drugie ramię nosi napis "Do Oregonu". 

ci co UMIELI czytać trafili właśnie do Oregonu. 

[1] Zatwierdzone przez Stowarzyszenie Przyjaciół Oregonu, Oddział Warszawski.

KONIEC






Uwaga biblioteki i placówki kultury. Między majem a październikiem 2016 jestem zaproszony na kilka spotkań (spotkania autorskie lub tematyka Stanów Zjednoczonych, gratis). Chętnie poszerzę mój kalendarz o zainteresowane placówki (Skype: andrzej.olas lub mejl: andrzej.f.olas@gmail.com).


  Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

  Za tydzień: "Fragment książki 'Jakże pięknie oni nami rządzili'".

 Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). W grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

 Komitet Obrony Demokracji w piątek 17 czerwca (grupa na facebooku) miał 59220 członków.



piątek, 10 czerwca 2016

#Festyn opowiadań™, Nr 46.

Rower, Oregon, miasteczko Corvallis i ja



© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Rower o którym piszę, swoje młode lata spędził razem z moim synem w małym miasteczku uniwersyteckim Corvallis w Oregonie. Kiedy syn osiedlił się w Warszawie rower pozostał w Oregonie. 
Syn umówił się z nami (tzn. z moją żoną i ze mną), że przy naszej następnej wizycie w Corvallis poślemy rower do Warszawy.
Po dwóch latach przyszedł wreszcie czas na naszą wizytę w Corvallis. Już trzeciego dnia naszej wizyty zakurzony, osierocony rower znalazł się w sklepie rowerowym Corvallis Cyclery. Tam został zapakowany w eleganckie tekturowe pudło  i wysłany z czekiem i warszawskim adresem przeznaczenia do polonijnej firmy wysyłkowej w Chicago. A stamtąd  przyjedzie do Warszawy i wtedy na ulicę Bruna już blisko. Przyjedzie przez Chicago bo to kosztować będzie mniej.

Piątego dnia naszej wizyty zadzwonił do mnie menażer sklepu Corvallis Cyclery. Rower pojechał, ale przednie koło nie zabrało się z rowerem.
- Pracownik zagapił się. Oczywiście doślemy na nasz koszt – powiedział – wyślemy przez UPS. Podałem mu adres na Bruna:
- Niech jedzie bezpośrednio – będzie szybciej.
Zdecydowałem że o omyłce sklepu powiem synowi kiedy przyjdzie na to pora.
* * *
W dwa tygodnie później byliśmy już w Warszawie. Koło przyszło zaraz potem – było na cle gdzieś na Okęciu:
- W Urzędzie Celnym już zupełnie zgłupieli. Nadszedł rower a oni chcą oclić tylko koło. Zresztą używane – powiedział mój syn podając mi zawiadomienie o przesyłce.
- Widzisz to nie całkiem tak – powiedziałem – na razie chodzi tylko o koło.
- A rower? – Syn przypatrywał mi się uważnie. Z takim wyrazem twarzy widziałem go kilka razy. Raz kiedy wiatr zdmuchnął z dachu samochodu źle umocowany przeze mnie ponton, a w rok później, kiedy na niedokładnie zaparkowanym przeze mnie samochodzie zamknęły się drzwi garażu. Było takich spojrzeń więcej, nie o wszystkich pamiętam.
- Wiesz, to dłuższa historia – powiedziałem.
- Tak – odpowiedział. Za moimi plecami, podarowana synowi przez ciotkę makatka obwieszczała czerwono wyhaftowanymi literami: Szanuj rodziciela swego. Jest on tylko jeden.
* * *
- Cło sto złotych, pojutrze proszę zgłosić się po odbiór - powiedział celnik – ale też się panu chciało wysyłać koło. Z Ameryki.
- Przyjedzie i rower – odpowiedziałem.
- Rower bez koła – celnikowi zabłysły oczy. Po chwili milczenia powiedział:
– Oclimy pana. Zaręczam panu. Oclimy.
* * *
Nie oclił. Bo rower przyjechał wprost do domu, windą, z uprzejmym panem, bez cła, bez Urzędu. Nie pytajcie mnie dlaczego tak, bo nie wiem.
Rozpakowując pudło syn spojrzał na mnie, zastanowił się i powiedział:
- Tato, a nie można tak było od początku.

KONIEC







Uwaga biblioteki i placówki kultury. Między majem a październikiem 2017 jestem zaproszony na kilka spotkań (spotkania autorskie lub tematyka Stanów Zjednoczonych, gratis). Chętnie poszerzę mój kalendarz o zainteresowane placówki (Skype: andrzej.olas lub mejl: andrzej.f.olas@gmail.com).


  Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

   Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). W grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

 



piątek, 3 czerwca 2016

#Festyn opowiadań™, Nr 45.

UFO, sport wioślarski i my























© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


A więc wszystko się wyjaśniło. W czerwcu roku 1947. niedaleko Roswell w stanie Nowy Meksyk rozbił się statek obcych z kosmosu. Byłem tam czterdzieści lat później, wszystko widziałem. Zdjęcie (z Muzeum w Roswell) przedstawia prowadzoną w tajemnicy sekcję zwłok jednego z obcych przez pilnowanego przez agenta FBI rządowego chirurga.
Od tamtego roku na naszej planecie jest wielu obcych. Żywią się chudym twarożkiem ze szczypiorkiem. Z zawodu są kosmicznymi żeglarzami (właściwie wioślarzami). Wszyscy wiemy, że kosmiczna próżnia wypełniona jest eterem. Obcym udało się zbudować sobie wiosła którymi wiosłują w eterze (UWAGA: przed zrobieniem zdjęcia agent FBI schował wszystkie wiosła).
Właściciele Danone – ci obrzydliwi miliarderzy od nabiału umówili się z obcymi, że będą dostarczali im twarożku a wzamian obcy wezmą właścicieli na kosmiczną przejażdżkę. Rzecz w tym że ci starsi panowie nie chcą trudzić się na jakimś byle jakim statku kosmicznym. Na przejażdżkę zabiorą się z całą naszą planetą. Razem z nami. A więc my też. Fajnie, co?
- Tyle, że to my, my wszyscy będziemy wiosłować.

KONIEC





Uwaga biblioteki i placówki kultury. Między majem a październikiem 2016 jestem zaproszony na kilka spotkań (spotkania autorskie lub tematyka Stanów Zjednoczonych, gratis). Chętnie poszerzę mój kalendarz o zainteresowane placówki (Skype: andrzej.olas lub mejl: andrzej.f.olas@gmail.com).


  Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

  Za tydzień: "Rower, miasteczko Corvallis i ja".

 Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). W grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

 Komitet Obrony Demokracji w piątek 3 czerwca (grupa na facebooku) miał 59031 członków.

Warszawa, Plac Bankowy obok pomnika J.Słowackiego 
4 czerwca, 16:00 do 18:30 - Marsz "Wszyscy dla Wolności"