sobota, 6 lutego 2016

#Festyn opowiadań™, Nr 28.

Sześć dni w Puerto Vallarta, cz. 1/2


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com

Niedziela. Zawsze lubiłem konferencje naukowe. Pierwszego dnia koktajl, drugiego dnia trzeba wprawdzie pokazać się na obradach, ale poza tym czas wolny, a wreszcie przedostatniego dnia bankiet. Jak się nie ma brzucha, to na koktajl można nawet w dżinsach, tweedowa marynarka jest OK dla każdego, garnitur raczej dla starszych panów. Ale na bankiet to w garniturze. A obecna konferencja jest szczególnie atrakcyjna – Meksyk, piękne Puerto Vallarta, wiosenny Pacyfik.
Więc życie powinno być piękne, ale... ale dobiegam pięćdziesiątki, a w tym wieku mężczyzna zaczyna zastanawiać się nad sensem życia. A jak już człowiek zacznie, to i w raju, w rajskim ogrodzie usterkę znajdzie, powie choćby, że co to za rajskie security, jak ktoś takiego wrednego węża do ogrodu wpuścił. Rada dla pięćdziesięciolatka jest jedna: Znajdź sobie bracie jakieś wyzwanie, znajdź coś męskiego, coś co pobudzi twoje emocje. I życie znów będzie piękne.
Więc tę konferencję rozplanowałem sobie pod tym właśnie kątem - będzie trochę kontaktu z nauką – bo tak wypada, ale przede wszystkim będą loty paralotnią.
- Tego mi potrzeba – orlich lotów – szykując się do wyjazdu powiedziałem żonie Elizie. Stojąc z parą skarpetek nad moją walizką Eliza nazwała mnie swoim malutkim dzielnym gagarinkiem.
Plany, planami, a tu raptem konferencyjne morderstwo. Wczoraj, czyli w sobotę, późnym wieczorem, po moim pierwszym paralocie i po coctailu. Zbrodnia dopiero co, wciąż jeszcze te pierwsze 48 godzin po. A więc trop mordercy jest jeszcze świeży, wydarzenia nie zatarte w pamięci świadków. Policja nie śpi, ponagla się laboratorium, przeszukuje się bazy danych, rozpytuje linie lotnicze. Właśnie – w taki sposób  biegnie akcja w każdym kryminalnym serialu.
Ale nie tak się dzieje w Meksyku. Rankiem po morderstwie obaj detektywi, ten Rodriguez i ten Tierra są wyspani, mundury, przypominające zresztą uniformy portierów hotelowych, świeżo odprasowane. Pytają mnie o czym wczoraj, o godzinie w przybliżeniu dwudziestej pierwszej czterdzieści pięć, rozmawiałem z profesorem Kułaginem, rozmawiałem głosem podniesionym. Tak bardzo podniesionym, że wszyscy słyszeli. A ciało Kułagina znaleziono o dwudziestej trzeciej piętnaście. Od tej awantury nikt już Kułagina żywego nie widział. Kułagin jest, to znaczy był, z Białorusi. A wiemy, sprawdziliśmy, że Białoruś sąsiaduje z pańską ojczyzną – z Polską. Czy może znał pan profesora Kułagina przed tą konferencją historyków tutaj w Puerto Vallarta?
Znałem, znałem, oczywiście, że znałem. Siedzę z wyelegantowanymi detektywami w patio obok hotelowej plaży, twarzą zwrócony w stronę lazurowego oceanu. Po lewej i po prawej, jak okiem sięgnąć, ciągnie się szeroki pas upstrzonego hotelowymi parasolami słonecznymi drobniutkiego, jasno złocistego piasku. Obok patio przechodzą z ręcznikami zdążający na plażę goście hotelowi: Spieszno im do ich parasola i do porannej plażowej marguerity. Na plaży, parędziesiąt metrów w lewo, widzę Antonia stojącego jak codzień z głową podniesioną do góry i z czerwoną poduszkową poszewką w prawej ręcę. Przenoszę wzrok na taflę oceanu i tak, zgadza się, łódź Joaquina, partnera Antonia już tam jest; łódź jest tylko ciemniejszą plamką na tle lazuru, druga większa plamka wysoko nad łodzią jest kolorowa – to spadochron – paralotnia z klientem spółki Joaquina i Antonia. Liny holującej paralotnię za łodzią nie widać, ale wiadomo, że jest.
Detektyw Rodriguez coś mówi, ale myślami jestem wciąż tam, gdzie za czterysta peso spółka oferuje piętnaście minut idealnego spokoju w przestworzach. Takiego męskiego spokoju. Spokoju po przezwyciężeniu stressu przy starcie, kiedy to rozpięty spadochron podrywa cię podbiegającego w powietrze. W tym przezwyciężeniu pomaga Antonio, który przed startem z małego kieliszka, zwykle dyndającego na taśmie wokół jego szyi, podaje klientowi pięćdziesiątkę tequili. Bardziej przestraszonym klientom Antonio odrazu serwuje dolewkę.
 Detektyw Rodriguez zauważył, że go nie słucham, chrząka, podnosi głos. Odrywam wzrok od oceanu. Tak, mówię, patrząc na leżącą na stoliku bogato zdobioną policyjną czapkę, różniliśmy się z Kułaginem w poglądach na historię środkowej Europy. Detektyw Tierra kiwa głową, przesuwa kciukiem po równiutko przyciętym wąsie – tak, tak, my też inaczej widzimy historię Ameryki niż nasz północny sąsiad. A co też pan robił później?
Byłem w swoim pokoju, przeczytałem i odpowiedziałem na mejle, spojrzałem na wiadomości z Polski (zielona wyspa, proszę panów detektywów). Potem zainteresowałem się teorią lądowania na spadochronie – od pierwszego paralotu na sprzęcie spółki Joaquin-Antonio fascynowała mnie czerwona poszewka w rękach Antonia. Relacjonuję detektywom instrukcje Antonia.
- Señor – mówił Antonio – jak już lądujesz i macham tym – tu Antonio podtykał mi poszewkę pod nos – macham tym z lewej strony to ciągnij tę linkę – Antonio szarpał lewą linkę uprzęży - a jak z prawej – to prawą.
Mówię, że wczoraj, w sobotę, podczas pierwszego lądowania spóźniłem się z pociągnięciem linki bo zagapiłem się na hotelowy parking gdzie zajechał właśnie nowiutki, czerwony  kabriolet mercedesa. O mały włos nie wpakowałem się w plażowy parasol. Mówię, że w pokoju pracowałem na swoim laptopie, łatwo sprawdzić czas wysyłania mejli.
Rodriguez, starszy z tej dwójki, tak jakby nie kojarzył o czym mówię. I to nie dlatego, że angielski to jego drugi język. Młodszy, Tierra może i wie o co chodzi, ale mam wrażenie że obaj są niekompetentni. Jeśli już przyjdzie im do głowy jakiś pomysł, to napewno zły.

Poniedziałek. Siedzę na obradach i zamiast słuchać wykładu myślę o morderstwie Kułagina. Detektywi sugerują narkotykowe porachunki. Kułagin zginął uciekając, niedaleko tego pięknego czerwonego mercedesa. A więc i w tym eleganckim otoczeniu, wśród czekającej na każdą zachciankę służby też można zginąć. Czyli ja też mogę zginąć nawet nie wiedząc że umieram, bo jakżeż bym ja delikacik, ten co zamawia przesłodzony koktajl Piña Colada, miał coś takiego pomyśleć. Chociaż nie delikacik. Przecież zabrałem się za paralotnię – jest tu trochę ryzyka, a więc nie taki ze mnie delikacik. Delikacik to taki, co w moim wieku uczy się grać na ukulele.

Popołudniu dzwoni detektyw Rodriguez. Przypomina mi niewspomnianą detektywom sobotnią wizytę w barze. Jeszcze przed morderstwem, albo podczas. Tak, po awanturze z Kułaginem dla uspokojenia wypiłem w hotelowym barze koktajl Piña Colada, i jeszcze poprawiłem koktajlem Bombay martini z trzema oliwkami (zawsze albo trzy albo jedna, nigdy ilości parzystej – pouczał mnie przyjaciel, z zawodu barman). Detektywa niepokoi ta informacja. Pewnie dlatego, że także dla niego Piña Colada to przesłodzony drink kobiecy, albo też, że dawno nie słyszał tak idiotycznej informacji jak ta o oliwkach, lub dlatego, że nie wspomniałem o barze, a więc jestem niewiarygodny. Jak tak, to zaczynam bajdurzyć o wszystkim co pamiętam. Opowiadam, że pod wycieraczkami czerwonego mercedesa utknęła niesiona wiatrem strona gazety, próbuję zacytować jej hiszpański tytuł. Aha, i jeszcze rozmawiałem przez Skypa ze swoją żoną Elizą.

Zobowiązuję się nie wyjeżdżać z miasta bez uprzedniego zawiadomienia policji. Zanudzony detektyw wyłącza się, a ja do kolacji zamawiam sobie znów Piña Colada. Właśnie Piña Colada, bo żaden wyelegantowany detektyw nie będzie mi spoglądał zezem na to co ja robię. A wogóle ta dwójka jest jak para stójkowych ze studenckiego kabaretu, tych, którym przy sadzeniu krzaczków w żywopłocie trzeba było przypominać, że zielonym do góry.
Popijając wracam do morderstwa Kułagina. Kułagin. Zginął Kułagin, została żona z dziećmi, a tu o nich ani odrobiny emocji, tylko o sobie, zawsze tylko o sobie. Chyba naprawdę narcyz, delikacik. Dosyć tego. Odstawiam szklankę z koktajlem i zamawiam podwójną wódkę.
Kułagin, chudy mikrus, z popowską, hodowaną latami brodą, z blond żoną. Z Kułaginem spierałem się od momentu poznania, jakieś chyba osiem lat temu. O wszystko. O Unię Lubelską, o Witolda, Kościuszkę i tak dalej i tak dalej. Ten krzywy uśmiech Kułagina, kiedy wspominał Radziwiłłów. Może dlatego zginął, że z Białorusi. Odcięta od Europy Białoruś z niewiarygodnym, niebotycznym kursem dolara. Każdy grosz zarobiony czy wykombinowany na zachodzie liczy się tam dziesięciokrotnie. A jak zarabia brodaty, nieznośny w dyskusji historyk? Kombinuje. Aha. Porachunki. Zaraz, zaraz. Czy to nie Kułagina widziałem z góry, z lotni? Wtedy, kiedy lądowałem, kiedy zamiast ciągnąć linkę gapiłem się na tego czerwonego mercedesa. Tak, to był on, przy otwartym bagażniku. Kułagin z mercedesem? Chyba z wynajętym. To jakaś duża, duuża kombinacja. Trzeba pomyśleć, dobrze pomyśleć.
Podpity kieruję się na parking w stronę czerwonego mercedesa. Próbuję drzwi samochodu, nachylam się nad maską, sięgam do wciąż sterczącego spod wycieraczek skrawka gazety i przewracam się o coś, czego dla podpitego człowieka w porze nocnej nie powinno być. Ale jest. To ledwie widoczna w świetle odległej latarni betonowa belka. Dotąd opierały się o nią przednie koła mercedesa, a teraz pod naciskiem mojej stopy przesunęła się o parę centymetrów. Podnoszę się, sprawdzam stan ubrania, przebierając w śmieciach, wybierając wszystko co metalowe, zbieram monety które przy upadku wysypały mi się z kieszeni, przesuwam belkę z powrotem na jej miejsce. Coś mi za dużo brzęczy w kieszeni – aha, poza monetami podniosłem jeszcze dwa kluczyki. Podchodzę bliżej latarni, dostrzegam na licach kluczyków  czarne mazakowe bazgroły.
Wracam do baru. Jeszcze jedna wódka. Umiarkowanie, umiarkowaniem, ale przecież jest morderstwo, są kombinacje Kułagina. Jakie? Pieniądze – przewóz trefnych pieniędzy między Europą a Ameryką, w którąkolwiek stronę. To najbardziej prawdopodobne. Taki przewożący nazywa się muł. Mój drink się kończy, a ja zastanawiam się na ile moja sytuacja różni się od sytuacji Kułagina. Przez lata odchodzenia od komunizmu jak każdy naukowiec biedowałem, cierpiałem. Co bym zrobił, gdyby dziesięć lat temu zaproponowano mi udział w gangu? A gdyby teraz? Teraz mam się nieco lepiej. Ale nie tak dobrze jak ten, co jeździ maybachem, rezyduje w Palm Beach, czy na francuskiej Riwierze, albo ma prywatną wyspę. Bo są tacy, co po tych kilkunastu latach przemian mają się aż tak dobrze. Bo oni kiedyś tam, w rozmowie z kimś tam, powiedzieli dobrze, zgoda, stuprocentowa zgoda, zrobię to.
A dla mnie pozostaje paralotnia na lince. A może ukulele. I tyle, kochany pięćdziesięciolatku. Uśmiać się można. Kiedyś, dawno, dawno temu należało wybrać sobie inne życie.

Wtorek. Rano przed obradami dzwoni telefon – to Madeleine – sekretarka konferencji i zarazem żona szefa konferencji – profesora Temple. Odpowiada za publikację materiałów konferencji. Chodzi jej o referat profesora Kułagina. Będzie opublikowany z czarną ramką i pośmiertną notką. Ale choć referat jest po angielsku, to kilka ołówkowych poprawek Kułagina jest cyrylicą. Materiały będą drukowane jutro, cyfrowo, to idzie piorunem. A język znasz, bo to albo rosyjski, albo białoruski (lubię ją, ona też lata lotnią, ma świetną figurę i jesteśmy już na ty). Proszę Cię, pomóż, przetłumacz, referat Kułagina jest w recepcji w skrytce z Twoim numerem – tam są skrytki dla każdego pokoju. Już odkładam słuchawkę, kiedy Madeleine mówi - ten Tierra pytał się o ciebie. I zmiana - zamiast bankietu będzie Fiesta Mexicana – jutro.

Schodzę do recepcji. Dopiero teraz, idąc wzrokiem za odwracającą się do tyłu recepcjonistką zauważam, że to co wydawało mi się ścianą jest ogromną metalową szafą podzieloną na oznaczone numerami pokojów skrytki.
W pokoju czytam referat z cyrylicowymi poprawkami Kułagina. No tak, oczywiście, znów bym się z Kułaginem pokłócił, tym razem o cały osiemnasty wiek we wschodniej Europie. Ale to jego referat i obowiązuje mnie uczciwość naukowca. Skrzętnie odcyfrowuję ołówkową cyrylicę. Nie rozumiem jednej z notek Kułagina, może to numery stron i symbol źródła, ale nigdzie w referacie nie ma do niego odniesienia.
Zamyślony sięgam ręką do kieszeni marynarki, gdzie przewraca się to, co wczoraj podniosłem spod mercedesa. Dłoń natrafia na dwa znalezione wczoraj pod betonową belką jednakowe kluczyki. Z kluczykami w ręku zastanawiam się. Te bazgroły na kluczykach – to są numery. Co się numeruje? No, skrytki takie jak tu w recepcji, na lotniskach, na dworcach i sejfy w bankach. Olśnienie. Przecież numery są takie same, jak te w notce Kułagina, tam gdzie napisał cyrylicą Αэро. Sprawdzić notkę, szybko, szybko, z pulsem w galopie. Tak, takie same, 123 i 234. Ale jeszcze jest kropka po numerze 234. A to jego Αэро to skrót od aeroport – czyli lotnisko. Dziesięć głębokich oddechów. Jeszcze raz dziesięć. Był kiedyś taki film: Olśnienie. A może: Iluminacja. Nie pamiętam. Tylko że w tym filmie nie było morderstw. I bohater nie był podejrzanym. A tutaj są ci komediowi detektywi. Coś powiem i przyssają się głupole do ich jedynego tropu – czyli do mnie. A jeśli są skorumpowani – to już boję się pomyśleć co może być.


                                                 KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

  Uwaga biblioteki i placówki kultury. Między majem a październikiem 2016 jestem zaproszony na kilka spotkań (spotkania autorskie lub tematyka Stanów Zjednoczonych, gratis). Chętnie poszerzę mój kalendarz o zainteresowane placówki (Skype: andrzej.olas lub mejl: andrzej.f.olas@gmail.com).

  Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to".



Za tydzień: "Sześć dni w Puerto Vallarta", dokończenie. 



Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.



  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

  Komitet Obrony Demokracji w piątek 5 lutego (grupa na facebooku) miał 56538 członków.