Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kareta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kareta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lipca 2018

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 149.

Bajka o ambasadorach



Żeby być ambasadorem trzeba być bardzo dobrze wychowanym i znać języki. To ważne, ale to nie wystarcza żeby być ambasadorem, bo każdy ambasador zna wiele tajemnic swojego państwa. Dlatego musi być bardzo ostrożny z tym co mówi. Ambasador nie może na jakimś obiedzie, albo podczas jakiejś uroczystości powiedzieć po francusku, czy po angielsku, drugiemu ambasadorowi, albo ministrowi, albo nawet prezydentowi:
- Znam taką ciekawą tajemnicę. Chce pan posłuchać?
Czyli ambasador musi być dyskretnym.

Trzeba żeby ambasador znał trudne słowa, takie jak dystynkcja.
Ale o najważniejszym mówi się wtedy, kiedy prezydent mianuje ambasadora. Wtedy prezydent mówi ambasadorowi:
- Żeby tylko mi pan nie wypowiedział żadnej wojny. Rozumie pan?
I ambasador musi odpowiedzieć:
_ Rozumiem, żadnej wojny. Będę pamiętał. I zapiszę sobie.
A wiecie jak się wypowiada wojnę?

To robi się tak. Wojnę wypowiada ambasador. Ubiera się w swój frak – bo strojem ambasadora jest frak. Na pewno wiecie co to jest frak – frak ma z tyłu takie ogony. Już we fraku ambasador zakłada taki dziwny kapelusz i jedzie albo karetą w cztery albo sześć koni (jak te na zdjęciu) albo eleganckim samochodem do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tam przyjmuje go minister i ambasador czyta z takiego pisma, co się nazywa nota, że jego państwo wypowiada państwu ministra wojnę. I wtedy tę notę doręcza ministrowi. I jak już minister ją przeczyta to wojna jest ważna i nie można jej odwołać. Jedyne co można zrobić, to zawrzeć rozejm, a potem zwołać konferencję pokojową i zawrzeć pokój. Ale zanim ogłosi się rozejm, a takie ogłoszenie nie jest takie łatwe, to wojna trwa. A to jest niedobrze.

Wojny nie można wypowiedzieć przez internet – przez mejla. Wojna wypowiedziana SMSem jest też nieważna. Musi być nota. I nie może w nocie być błędów. Na przykład jak się ambasador pomyli i napisze: „wojna od jótra w połódnie”, to minister wyciągnie słownik ortograficzny, sprawdzi dla pewności jak się pisze „jutro” i „południe” i  takiej noty nie przyjmie. I wtedy też wojna jest nieważna. A już żeby wypowiedzieć wojnę przez telefon to w ogóle nie ma mowy, bo telefony do ministra przyjmuje sekretarka, i jak tylko usłyszy, że chodzi o wojnę, to odkłada słuchawkę.

No więc wojnę wypowiada się tylko notą. Jak już ambasador ministrowi tę notę przeczyta, to jeżeli chce, może zdjąć swój kapelusz. I prawie zawsze ambasador ten kapelusz zdejmuje. Bo kapelusz jest bardzo niewygodny, tak niewygodny, że jak ktoś zostaje ambasadorem, to uczy się przed lustrem jak ten kapelusz nosić.
No ale mówiliśmy o wypowiadaniu wojny. Więc jak już ambasador wojnę wypowiedział, to wychodzi, wraca do ambasady i stamtąd dzwoni na lotnisko, żeby mu przygotowali samolot i zaczyna pakować swoje rzeczy.

Ale to, że ambasador musi być we fraku, i to że kapelusz jest niewygodny, to nie jest ważne. Ważne jest, że wojna jest zła, bardzo zła. Dla wszystkich. Właśnie dlatego każdy dobry prezydent martwi się, żeby ambasador nie zrobił mu z tą wojną figla. A jak prezydent nie jest pewien, że ambasador go posłucha, to go w ogóle nie zamianuje ambasadorem.
 O ambasadorze można też mówić poseł pełnomocny. Ten ambasador, o którego nam chodzi nazywał się Rajmund Nagły. Będziemy o nim mówili poseł Nagły, albo po prostu poseł. Bo to jest krócej.

Poseł Nagły był dobrym ambasadorem. Kiedy prezydent Baratarii go mianował, to powiedział prezydentowi, że bardzo się cieszy, że nie będzie musiał wypowiadać jakiejś wojny. Poprosił pana prezydenta, żeby mu powiedział w jakim kraju będzie ambasadorem, bo musi sobie kupić bilet do samolotu. I czy tam gorąco, czy zimno. Bo jak zimno, to trzeba kapelusz ambasadora zrobić z polaru, a jak ciepło to z jakiegoś lekkiego materiału.
Prezydent odpowiedział, że tam gdzie poseł jedzie, jest klimat umiarkowany – trochę zimno, a trochę ciepło. Więc może lepiej będzie jak pan Nagły kupi dwa kapelusze.

Poseł Nagły miał hobby – hobby to jest jak się ma ulubione zajęcie – na przykład filmowanie nosorożców w Afryce. Ale to nie może być zawód – jak ktoś pracuje podglądając nosorożce, to już nie jest hobby, tylko praca. Hobby posła Nagłego to było łowienie ryb – takich ryb co nazywają się marliny. Marliny są duże – bywają tak duże jak samochód. Do takich ryb trzeba mieć specjalną wędkę. Taka wędka kosztuje bardzo dużo. Ale poseł akurat dostał pierwszą dużą pensję ambasadorską, więc kupił sobie taką wędkę. I wszędzie tę wędkę ze sobą zabierał.

Tak więc poseł Nagły przyleciał do tego kraju, gdzie miał być ambasadorem – ten kraj nazywał się Antylia. I dopiero kiedy przyleciał, to dowiedział się, że to jest królestwo. Dobrze, że się dowiedział przed składaniem listów uwierzytelniających, bo jeszcze przed odlotem przygotował sobie mowę, która zaczynała się od słów: Panie Prezydencie. I król by się bardzo obraził. Więc prędko zmienił mowę, tak że zaczynała się od słów: Wasza Królewska Mość. I wydawało mu się, że wszystko będzie w porządku. Niestety, aż się boję tego powiedzieć, ale bardzo się pomylił.

Uroczystość wręczania listów uwierzytelniających na dworze królewskim Antylii była duża, bo było aż trzech ambasadorów z różnych państw naraz. I poseł bardzo się zdziwił, bo jego dwóch kolegów było bardzo ponurych. Nie uśmiechali się, wcale a wcale. Poseł Nagły postanowił trochę ich rozweselić, przynajmniej jednego z nich. Kiedy stali tak w szeregu, poseł Nagły był z lewego brzegu. Więc trącił sąsiada, ambasadora łokciem i powiedział:
- Życie jest piękne, prawda proszę pana.
A na to ten ponury ambasador warknął:
- Do mnie się mówi: Ekscelencjo. I proszę mi nie mówić żadnych bzdur. Ale też z pana ambasador.
Ten ponury ambasador nazywał się Smutny. Bardzo to nazwisko do niego pasowało.

Poseł Nagły zastanowił się. Może rzeczywiście kiepski z niego ambasador. Wiedział, że jak idzie o łowienie dużych ryb na swoją wędkę, to wszyscy uważają, że sie na tym zna. Ale może nie nadaje się na ambasadora. No ale właśnie podszedł do niego król, a za królem dwóch szambelanów trzymających na wysadzanej diamentami tacy szczerozłoty laptop. Laptop miał 10 terabajtów pamięci i był okropnie szybki. Oczywiście, że w środku laptop nie mógł mieć samego złota, bo by nie miał tyle pamięci, ale gazety pisały, że było w nim pięć kilo złota, a może więcej. Dlatego do niesienia laptopa trzeba było aż dwóch szambelanów.  Król powiedział:
- Teraz pan może wygłosić swoją mowę.

Akurat kiedy król to powiedział, to słońce odbiło się w złotym laptopie i blask uderzył w oczy posła. Trochę go to speszyło, ale wziął się w garść i wygłosił swoją mowę. Nawet pamiętał, żeby zacząć od słów: Wasza Królewska Mość. Kiedy poseł Nagły skończył, ten jego sąsiad, ambasador Smutny mruknął pod nosem:
- Mowa do niczego. Też mi ambasador.

I wtedy poseł Nagły zrobił coś, czego ambasador nigdy, ale to nigdy nie powinien zrobić – nadepnął temu ponuremu ambasadorowi na palce w lśniących lakierkach. I tak się stało, że trafił na odcisk. Wiecie jak to boli, jak się nadepnie na odcisk. A ambasadorowie często mają odciski, bo chodzą w eleganckich butach – nawet kiedy są one niewygodne. Bo trzeba ładnie wyglądać. Więc tego ambasadora strasznie zabolało. A w dodatku, co było jeszcze gorsze, to król zauważył, że poseł nadepnął ambasadorowi na nogę i zaczął się śmiać. Oczywiście każdy król umie udać, że się nie śmieje, tylko że się zakrztusił, ale wszyscy i tak się domyślili. A w dodatku jak udawał, że się zakrztusił, to spadła mu z głowy korona i gdyby poseł Nagły jej szybko nie złapał, to by zleciała na podłogę. I wtedy mogłyby z korony wylecieć dwadzieścia cztery brylanty, każdy z czubka jednego z dwudziestu czterech rogów korony. I może któryś z brylantów by się zapodział, na przykład mógłby wpaść pod szafę. I co? Czy król by szukał diamentów na czworakach? Ale byłby wtedy wstyd.

Ale to jeszcze nie koniec. Bo tych dwóch szambelanów co trzymali laptop też nie mogło się powstrzymać od śmiechu. I z tacy upadła im zewnętrzna pamięć laptopa – a też była oprawiona w złoto i była bardzo ciężka. I ta pamięć upadła na drugą stopę ambasadora – a on też miał tam odcisk i wtedy bolało go jeszcze bardziej. Trzeba było aż dwóch lokajów i jednego szambelana żeby wynieść krzyczącego ambasadora z sali. A jak go lokaje wynosili, to ambasador krzyczał:
- Ja się bardzo zemszczę. Bardzo, ale to bardzo.

I ponieważ ambasador Smutny nie powiedział swojej mowy, to nie został ambasadorem i musiał wrócić do swojego kraju, który nazywał się Purmancja. Ale słuchajcie co się wtedy stało: Ponieważ jego wujek był prezydentem Purmancji, to mianował go ministrem spraw zagranicznych (tak, tak, jak się ma takiego wujka czy też dobrego znajomego, to łatwo zostać ministrem, albo na przykład bankierem). I teraz muszę wam powiedzieć coś co jest bardzo ważne: Minister spraw zagranicznych też może wypowiedzieć wojnę. Ale to też musi być zrobione tak jak trzeba – musi być doręczona nota. Więc ten nowo mianowany minister od razu pomyślał, ze teraz może się zemścić – wypowiedzieć wojnę.
Jeszcze jedno. Po tym jak zewnętrzna pamięć spadła na odcisk ambasadora, to król  Antylii powiedział, że zamiast laptopa kupi sobie tablet – bo będzie lżejszy i wystarczy do niego tylko jeden szambelan. 

Ten ponury minister Smutny był bardzo sprytny. Żeby nikt mu nie przeszkodził w wypowiedzeniu wojny przebrał się  w dżinsy i w koszulę w kratkę i pojechał pociągiem, drugą klasą, do Antylii (chciał wypowiedzieć wojnę obu państwom – i Baratarii i Antylii, ale zaczął od Antylii, bo  była na A – była pierwsza alfabetycznie). W walizce miał zapakowaną notę, ubranie dyplomaty – to znaczy frak - i ambasadorski kapelusz.

I powiem Wam, już wydawało się, że wojna zacznie się tego wieczora, ale ministra spotkał pech – on się tym bardzo zdenerwował, ale ja się z tego pecha ucieszyłem. Na dworcu, jak już dojechał do Antylii i wysiadał z pociągu otworzyła mu się walizka. Mnie też się to kiedyś zdarzyło – kiedy pojechałem do Londynu, to z walizki, która mi się otworzyła, wypadła mi pasta do zębów i nie mogłem jej znaleźć. I tego dnia wieczorem i następnego dnia rano nie miałem czym umyć zębów – uch, jak to nieprzyjemnie. A minister tak się zagapił – bo musiał znaleźć kapelusz, co mu wypadł z walizki, że nie zauważył, że nota w takiej specjalnej tubie potoczyła się pod ławkę.

No i tę notę znalazł zawiadowca stacji – w Antylii zawiadowca stacji nosi czerwoną czapkę. Kiedy notę przeczytał, i zrozumiał że to jest wypowiedzenie wojny, tak się przejął, że jego twarz zrobiła się tak samo czerwona jak jego czapka. Żeby nie tracić czasu szybko wziął taksówkę i pojechał do króla.

Kiedy król zobaczył notę, to też się bardzo zdenerwował. Ale przypomniał sobie o pośle Nagłym, zadzwonił do niego i wszystko mu opowiedział. I poseł razem z królem zmienili w nocie podpis ministra. Zamiast Smutny napisali Wesolutki i dali tę notę zawiadowcy, temu z czerwoną czapką, żeby ją zaniósł do ambasady Purmancji, gdzie był minister. I żeby zawiadowca powiedział ministrowi, że on nie wie co to jest – to wtedy minister noty nie obejrzy i jeśli ją nawet doręczy to i tak będzie nieważna. Król ogłosil w telewizji, że o północy udaje się na urlop i że za dwie godziny nikogo już przyjmować nie będzie. A poseł Nagły na wszelki wypadek wynajął helikopter i latał nim nad ambasadą ministra. No bo też był bardzo niespokojny – wiedział jak niedobra jest wojna.

Niestety, znów zaczynam się denerwować, jak dalej o tym opowiadam. Bo minister notę przyniesioną przez zawiadowcę obejrzał, zobaczył że podpis był zmieniony i powiedział:
- Aha. Na takie sztuczki jestem przygotowany. I jeszcze zdążę do króla – i wyciągnął z walizki drugą, taką samą notę.

Na szczęście król powiedział jeszcze temu zawiadowcy z czerwoną czapką, że jak odda notę, to powinien spróbować wejść do garażu ambasady i spuścić powietrze z kół wszystkich samochodów jakie tam były. Zawiadowcy było trudno, bo w kołach pociągów, na których się znał, nie ma powietrza, a z kołami samochodów nie miał doświadczenia, ale jakoś mu się to udało. A jeszcze król rozkazał policji, żeby nie pozwoliła żadnym taksówkom dojechać do ambasady. I już się wydawało, że minister spóźni się z notą i wojny nie będzie.

Ale niestety. Minister nie mógł pojechać samochodem, ale miał prawo jazdy na motocykl. A w garażu był motocykl – taki duży, Harley Davidson. Więc minister wsiadł na motocykl i ruszył z tą drugą notą do pałacu królewskiego.
Było niedobrze, bardzo niedobrze. I wtedy już tylko od posła Nagłego w helikopterze zależało czy będzie wojna, czy nie. No ale co on może zrobić? Leci się nad motocyklem i co się wtedy robi?

I poseł myślał, myślał, aż przypomniał sobie o odciskach ministra – pamiętacie o tym jak to było, kiedy poseł wręczał listy uwierzytelniające i minister był jeszcze ambasadorem. Złapał książkę obsługi helikoptera (w każdym helikopterze musi być taka książka, jest bardzo gruba, bo latać helikopterem jest trudno, i ma twarde okładki), wycelował w palce w lewym bucie ministra, rzucił... i trafił. Oh, jak to zabolało. Minister raptownie zahamował (o mało nie wpadł na słup latarni), zeskoczył z motocykla, złapał się za bolącą nogę. I zaczął podskakiwać na drugiej nodze. Wyglądało to bardzo śmiesznie, ale poseł Nagły miał co innego do roboty niż śmiać się z ministra Smutnego. Zaczepił swoją wędkę do do helikoptera, założył na wędkę bardzo gruby haczyk i wędką wciągnął motocykl do helikoptera. A na ulicy został tylko spóźniony i podskakujący na jednej nodze minister. I było dla niego jeszcze gorzej, bo ktoś sfilmował jego podskoki i można je było obejrzeć na Youtube.

I tak wojny nie było. Poseł Nagły dostał w prezencie od króla Antylii dużą motorówkę żeby mógł łowić marliny. Dziób motorówki zrobiony był z platyny. A zawiadowcy, temu co znalazł notę i potem spuścił powietrze w samochodach ambasadora, król podarował swój złoty laptop, żeby łatwiej mu było kierować ruchem pociągów. Król już go nie potrzebował, bo miał tablet, cały udekorowany brylantami.

Aha, pytacie co się stało z notą? Trafiła do składu makulatury i stamtąd do recyklingu. I już.


KONIEC



Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.

Za tydzień następne opowiadanie.

Jeśli opowiadanie podoba Ci się - zadbaj jak należy o miłość własną autora i kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz tutaj na blogu.  
Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też wyrazić swoją opinię klikając na jedno z trzech okienek w dole postu.

Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i  możesz ją polubić.

 Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć (teraz jest już prawie czterdzieści tysięcy). Numery 99 i 100 nie ukażą się.



Z profesorem Targowskim wydajemy nową książkę. Wyjdzie za dwa, trzy tygodnie. Oto jej okładka - prawda że ładna? Oto co znajdziesz w książce:

Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?

I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.

Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.
   

Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 
Możesz też zrobić to samo na facebooku. Aby otrzymywać powiadomienia o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i
spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.
Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   
Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz:   @dziecipowstaniawarszawskiego .

sobota, 7 października 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 111.

List Polecony


©Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

Jadąc do Magdy, do Braunschweigu, zatrzymałem się w Berlinie, aby zwiedzić odbudowany Reichstag. Pod portretem Adenauera przypomniałem sobie o liście mamy, kiedy to w latach pięćdziesiątych mama napisała do papieża; był to wtedy chyba Pius któryś tam. Prosiła go, aby zgodził się zostać Komisarzem Dobrej Woli; kiedy tylko się zgodzi, mama podejmowała się napisać do marszałka Stalina, prezydenta Eisenhowera, premiera Churchilla i może generała de Gaulle’a (nie pełnił on wtedy funkcji rządowych, ale mama liczyła się z jego ogromnym autorytetem), aby wzięli udział w tej komisji i rozwiązali problemy świata. Wykluczyła kandydaturę odwetowca Adenauera i zaznaczyła, że pisze do papieża choć jest niewierząca, że wstrzymywała się z przygotowanym od dawna listem aż do końca kadencji prezydenta Trumana – czołowego podżegacza wojennego, i że marszałek Stalin miał rację mówiąc, że pokój może być utrzymany, jeżeli narody wezmą sprawę pokoju w swoje ręce. Niosąc ten list na pocztę, aby nadać go jako polecony, przepełniony byłem wewnętrznym protestem. Liczba pojedyńcza mamy kłóciła się z liczbą mnogą narodów świata. Na poczcie, stojąc w kolejce, postanowiłem, że nigdy więcej listów poleconych wysyłać nie będę.

Trudno mi dokładnie powiedzieć jak to poszło z listem dalej - czy mamę wezwali, czy też ktoś przyniósł list z powrotem - w każdym razie zobaczyłem później tę kopertę (a dla elegancji mama naruszyła, jeszcze przedwojenny, zapas materiałów piśmiennych), otwartą, z nieskasowanymi znaczkami, z nalepką Polecony, i z napisanym czerwonym ołówkiem, energicznie podkreślonym tekstem: więcej takich listów nie pisać. W ten sposób Adenauer nigdy się o wykluczeniu przez mamę nie dowiedział i pewnie stąd na portrecie wydawał się być zupełnie z siebie zadowolonym. A o papierowym krzyku rozpaczy mamy nikt się nie dowiedział; ja sam, wówczas nastolatek, nie rozumiałem jej ciężkiego brzemienia – brzemienia sieroctwa, dwóch wojen, wdowieństwa i rzezi powstańczej Warszawy. I z tymi myślami dojechałem do Braunschweigu.

- Scheisse, scheisse, scheisse. Ten Halt jest Schweinehunde  – rzucony przez Magdę list wylądował na kuchennym kontuarze pomiędzy salcesonem brunszwickim i miską kartoflanej sałaty. 
- Wyczerpujesz mój zasób niemieckiego. Zostało mi tylko Hände Hoch, Raus i Nur Für Deutsche – powiedziałem podnosząc list – kto to jest ten Halt?
- Herr Halt jest intendentem szkół tutaj, w Braunschweigu. Lubi mówić Nein.
- O co chodzi ?
Magda wskazała nożem na krojony salceson:
- To miasto jest jak ten salceson. Są Polacy, Niemcy z byłej NRD, Turcy, Arabowie, Włosi. Ale to co trzyma to wszystko, ta otoczka, to są miejscowi Niemcy – trzymają władzę, tak jak to gówniane, niejadalne pokrycie trzyma razem cały salceson. Z ich ramienia Herr Halt pilnuje szkół. Dla niego jestem brudną Polką, a mój mąż jakimś wasser-polakiem - synem pookupacyjnego bezpaństwowca.

- Skurwysyn. Żeby on tylko wiedział  – wróciłem myślami do powojennych lat w Głuchowie. Wcześniej czy później będę musiał zrelacjonować Magdzie to co wiem o wydarzeniu z tamtych lat – wiedziałem o tym ja i wiedziała o tym ona. Wolałem aby nastąpiło to jak najpóźniej – dobrze, że za godzinę wyruszałem z powrotem do Polski.

- Poprzednik Herr Halta nie pozwolił na naukę polskiego mojemu synowi, choć walczyłam jak lwica – dziabnięta z furią połówka salcesonu wylądowała na podłodze – a teraz Herr Halt zabrania polskiego mojemu wnukowi – dla niego polski jest dla untermeschen. W Polsce niemiecki jest nauczany w normalnym trybie, tutaj nie ma o tym mowy – ładna mi Unia Europejska i dwudzieste pierwsze stulecie. Powiedziałam mu co o nim myślę, a ten bęcwał pozwał mnie do sądu.
Magda wskazała nożem na leżący na kontuarze list:
- Każą mi zapłacić grzywnę 300 euro – albo mogę to odsiedzieć.
- Te kanapki  zrób mi lepiej z serem – powiedziałem, podnosząc z ziemi salceson – znaczy, że robisz tutaj za męczennicę, za Emilię Plater.
- Emilia Plater miała szablę – dziabnięty po raz drugi salceson znów wylądował na podłodze – a ja mam tylko ten salceson i tę miskę z sałatą – Magda rąbnęła miską o podłogę. W zgodności z prawami ruchu i prawem grawitacji szczątki miski i jej zawartość wkrótce spoczęły na podłodze; reszta wszechświata pozostała niewzruszona.
- Żebyś tylko nie skończyła w chatce leśnika - pomyślałem.

Minęło pół roku od mojej wizyty w Braunschweigu. W godzinę po przyjeździe do Głuchowa, województwo Wrocławskie, zatrzymaliśmy się z Magdą na górnym mostku przy ulicy Sienkiewicza. W biegnącym wzdłuż ulicy potoku kąpał się szkielet podwozia czterokołowego wózka dziecinnego z brakującym lewym tylnym kołem i uczepioną do szkieletu reklamówką Lidla. Wózek wydawał się być z dynastii nie późniejszej niż AWS, podczas gdy reklamówka była PiSowska lub PO-owska. Z oddali patrzały na nas, milcząc, Góry Sowie.

Tamtego dnia, na mostku  mieliśmy przed sobą imponującą ruinę zakładu Della, za Niemców fabryki Schreibera. Frontowa ściana zakładu ziała nieregularną dziurą. Okrąg opisany na dziurze mierzyłby kilkanaście metrów. Nad dziurą niepewnie zwisała popękana struktura dachu. Mógł to być 155 mm pocisk, ale biorąc wiekowo, dziura była pokojowa i postkomunistyczna. Byliśmy w najbardziej dotkniętej przemianami części Polski.
- To gdzieś w tej okolicy się to wszystko dla mnie zaczęło. Znajdźmy jakieś ślady, spróbujmy się czegoś dowiedzieć – powiedziała Magda.

 Jak to się dla niej zaczęło wiedziałem więcej, niż powiedziałem jej w drodze do Głuchowa. Niedługo po wojnie (drugiej, światowej), będąc wtedy uczniem piątej klasy, właśnie w tym Głuchowie, dokładnie szóstego listopada przepowiadałem sobie w łóżku, na chwilę przed zaśnięciem, referat, który miałem wygłosić następnego dnia:
 - Trzydziestą rocznicę Wielkiej Rewolucji Październikowej czcimy więc jako nasze święto, święto pionierów na naszych Ziemiach Odzyskanych, które wyzwolił generalissimus towarzysz Stalin.  Prezydent Bierut powiedział nam, że nasze miejsce jest tutaj. Nie będziemy więcej ciemiężyć narodów zachodniej Ukrainy i Białorusi. Na imperialistyczne Bizonie i Trizonie, klasa robotnicza Francji, zjednoczona wokół sekretarza Komunistycznej Partii Francji towarzysza Maurice’a Thoreza odpowiada „Ami go home”....  
- Byle się nie zająknąć, jak będę czytał – myślałem – teraz będą salwy dział Aurory i pałac Zimowy.
Z sypialni wujostwa dochodziła cicha rozmowa.
- To ta Niemka z sąsiedztwa,  ta co ją wywożą z transportem do Niemiec. Była robotnicą u Schreibera. Nie chce wziąć dziewczynki. Zgwałcił ją jakiś Kałmuk i urodziła – mówiła ciotka - nie ruszaj mnie, nie mam dziś ochoty.
W szmerze pościeli słyszałem dalej:
- No dobrze, ale przyrzekasz, że ją weźmiemy.
Z sypialni dochodził rytmiczny skrzyp łóżka. Dosyć niejasno odczułem podniecenie (w końcu miałem tylko jedenaście lat). Następnego ranka mój referat zaciął się na salwach Aurory, a parę dni później w rodzinie pojawiła się Magda.

Z tej zimy pamiętałem jeszcze powożoną przez parobka wujostwa karetę, karetę którą zajechaliśmy na pasterkę. Po pasterce kozioł, stojącej zwykle w stodole karety, stał się miejscem, skąd dowodziłem wojskami Napoleona pod Jeną, a na skórzanych siedzeniach karety spędziłem niejedną chwilę czytając Trylogię i Karola Maya. Kareta stała się moją wyspą szczęścia.
- Rewolucja srewolucja, a tak eleganckiej karety nigdy więcej nie widziałem – wymamrotałem, wciąż myślami w przeszłości.
- Co ty gadasz – Magda przyglądała mi się podejrzliwie.
- To może być tamten dom, ciotka mówiła o sąsiedztwie – powiedziałem, wskazując na brązowy budynek. W uchylonych drzwiach wejściowych krzątała się starsza kobieta.

- Wciąż zastanawiam się, jaką przed tą adopcją miałam narodowość – powiedziała Magda, kiedy, w parę minut później, odchodziliśmy z Magdą od drzwi staruchy – może ta starucha miała rację nazywając mnie szwabskim bękartem. Może i teraz dobry prawnik dowiódłby, że nie należy mi się żadna narodowość. Przedtem jeszcze wnuk tej starej, jako dobry patriota, przyłożyłby mi kijem bejsbolowym.
- Jej chodziło o dom – przerwałem - a nuż pokażesz jakiś papier i powiesz wynocha, stara. Słucha pewnie radia Maryja, a wnuki wysyła na pielgrzymkę do Częstochowy. Mnie nazwała folksdojczem, a przecież nie wyglądam.  
- Mnie w ogóle nie powinno być. Zbrodnia towarzyszyła mojemu poczęciu. Nie znam ani Niemki, która mnie urodziła, ani ojca Kałmuka. Niemcy w Braunschweigu mówią o mnie  brudna Polka. Czuję się Polką, a w Polsce wyzywają mnie od hitlerówy. Ciekawe, jak by mnie nazwali u ojca w Kałmucji. Uprawiają tam słonecznik i kukurydzę, więc pewnie najłagodniej powiedzieliby: spierdalaj kurwo w kukurydzę gryźć pestki.

Milczałem. Nie miałem nic do zaproponowania, brakowało nawet marzeń, brakowało kozła i skórzanego siedzenia karety.  
- Patrzę na te ruiny dookoła i widzę, że lepiej by było nie wypędzać stąd Niemców, tylko brać od nich pieniądze. Po co ja tu przyjechałam? Gdzie ja mam się podziać ? Gdzie ja mam się podziać ? Napisz mi, proszę, list do premierów, prezydentów i kanclerzy tego świata z jednym, jedynym pytaniem - gdzie Magda ma się podziać ? Słyszysz ? Ja chcę tego listu.
- Napiszę. I wyślę go jako polecony.


KONIEC

Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć. Numery 99 i 100 nie ukażą się.

   Za tydzień następny odcinek Festynu Opowiadań.


Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też wyrazić swoją opinię klikając na jedno z trzech okienek w dole postu.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i
spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .
Rozważam otwarcie Festynu Opowiadań dla podobnych w formacie utworów innych autorów - co o tym sądzicie? Skomentujcie.