Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 sierpnia 2018

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 152.

Bomba atomowa






© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com


Obyś miał ciekawą młodość, odc. 2



Niekiedy elegancko usadowiony w określonym roku epizod okazuje się być powiązany z wydarzeniami zachodzącymi w przyszłości, w wieku dwudziestym pierwszym. Akapit opisujący takie przyszłe wydarzenia poprzedzam symbolem XX1.


Wszystkie postacie jak i opisywane wydarzenia są produktem wyobraźni autora. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób jest wyłącznie przypadkowe, wydarzenia opisane w książce nie są opisem rzeczywistych wydarzeń.

O bombie dowiedziałem się w sierpniu roku tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego, kiedy sprzedawałem na ulicach Mokotowa gazetę Życie Warszawy. Numer[1] z siódmego sierpnia doniósł na pierwszej stronie, że w Ameryce została zbudowana mająca potworną siłę wybuchową bomba atomowa. Podtytuł artykułu brzmiał: „Bomba atomowa zrzucona na Hiroszima”. Po dwóch dniach, dziewiątego sierpnia, gazeta doniosła: „300-tysięczne miasto zmiecione wybuchem bomby atomowej”. Całe miasto zniszczone – to znaczyło, że z Hiroszimą stało się to samo co z Warszawą. Pomyślałem, że jest za późno, żeby zrzucić bombę na Berlin. W Europie wojna się skończyła i już się zrzucić nie da.



Następnego dnia po drugiej bombie, tej zrzuconej na Nagasaki (w Los Alamos nazwano ją Fat Joe), przeczytałem wywiad z profesorem Pieńkowskim, fizykiem i rektorem Uniwersytetu Warszawskiego i wtedy przyszedł mi do głowy wspaniały pomysł: Polska musi mieć własną bombę atomową. Tak na wszelki wypadek. A ja jak dorosnę, to bym się nauczył o bombach wszystkiego. Byłoby mi łatwiej niż komukolwiek innemu, bo już trochę o bombach wiedziałem, ponieważ to właśnie bomba zniszczyła nasze rodzinne mieszkanie na warszawskim Powiślu, na Dobrej. 


Któregoś dnia mama zabrała mnie na Dobrą i obejrzałem sobie zburzoną od góry do dołu klatkę schodową.
- Nasze mieszkanie jest tam na piątym piętrze. Tam była kuchnia, obok schodów – rzekła z podniesioną do góry ręką. Ręka mamy wskazywała tylko powietrze, ale wyobraziłem sobie piec kuchenny i zapytałem:
- A czy piec miał piekarnik? – I od razu pomyślałem, że powiedziałem coś głupiego. Mama pomilczała przez chwilę i wreszcie powiedziała:
- A tam, gdzie te okna to są nasze dwa pokoje. Im się nic nie stało.
* * *
O bombie atomowej nadchodziły dalsze wiadomości. Piętnastego sierpnia Życie doniosło o złożach uranu na ziemiach odzyskanych, w Krzyżatce koło Kowar, wyjaśniając, że bombę robi się właśnie z uranu. Ale już dwa dni wcześniej, bo trzynastego sierpnia Życie Warszawy zaapelowało o utworzenie Funduszu Badań Atomowych. Następnego dnia do redakcji gazety zgłosił się obywatel Józef Kałęcki ofiarowując na Fundusz skromną, ale znaczną jak jego możliwości sumę 100 złotych. 


A więc nie tylko ja, ale inni też uważali, że musimy mieć bombę atomową[2].


To że w Ameryce, jak doniosło dwunastego sierpnia Życie Warszawy, już myślano o pokojowym zastosowaniu energii atomowej nie zmieniło mojego zdania. Tamtego sierpnia, kiedy zasypiając myślałem o czymś przyjemnym to marzyła mi się wizyta w gabinecie redaktora naczelnego Życia Warszawy na Marszałkowskiej 4. Wchodzę, nawet się nie witam i kładąc redaktorowi na biurko tysiąc złotych mówię, że to na Fundusz Badań Atomowych. Na pytanie zdziwionego redaktora:
- A skąd ty chłopcze masz takie pieniądze? - Odpowiadam:
- Znalazłem skarb ukryty przez Gestapo na Szucha. Ukryty w lochu za szafą pełną rozpylaczy i mauserów. Jest tam też lista niemieckich szpiegów na całą generalną gubernię i Szwecję – odpowiadam[2]. A teraz proszę w najbliższym czasie wydrukować reportaż o budowie polskiej bomby atomowej i o uranie na ziemiach odzyskanych.

O bombie atomowej mówiliśmy też na podwórku. Bulek powiedział, że musi być bardzo duża, tak duża, że nie mieści się na żadnej ciężarówce. Powiedziałem że jest głupi - przecież jeżdżą po Warszawie ciężarówki Studebaker z UNRRy[4]Studebaker jest tak duży, że ze zmieści się na nim każda bomba, jaka by też duża nie była. 








[1] Cytaty z Życia Warszawy są autentyczne (roczniki gazety są dostępne na internecie).
[2] Była też piosenka (pamiętajcie, że nie było wtedy ani niepodległej Litwy ani Ukrainy):
Jedna bomba atomowa
A wrócimy znów do Lwowa
A jak będzie bardzo silna 
To wrócimy i do Wilna.
Tak było w piekielnej erze komunistycznej dyktatury. Teraz oczywiście kiedy sąsiedzi są naszymi przyjaciółmi o takich pomysłach nie myślimy. Tylko podłością albo głupotą możnaby tłumaczyć jakiekolwiek pretensje terytorialne.
[3] Pewnie musiałem coś przedtem o Szwecji usłyszeć, a o Szwajcarii – jeszcze nie, bo w Otwocku byłem dopiero rok później.
[4] UNRRA -  skrót od United Nations Relief and Rehabilitation Administration - Administracja Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy i Odbudowy - międzynarodowa organizacja utworzona w 1943 roku, której rola polegała na niesieniu pomocy ludności w krajach zniszczonych przez II wojnę światowej.  ( http://historia-polski.klp.pl/sl-399.html - dostęp 1.07.2018)


KONIEC

Jeśli tekst podoba Ci się zadbaj jak należy o miłość własną autora. Na samym dole tego postu znajdź słowo Reakcje i jeśli zechcesz kliknij na jedno z trzech okienek - czy to na "zabawne", czy też na "interesujące" albo "fajne". 

Możesz też dodać komentarz. 

Możesz też na Facebooku kliknąć na "Lubię to".

Książka "Obyś miał ciekawą młodość", obecnie w przygotowaniu (potrwa to pewnie z rok), nie jest autobiografią autora, jej postacie i opisywane wydarzenia są produktem wyobraźni autora. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób jest wyłącznie przypadkowe, wydarzenia opisane w książce nie są opisem rzeczywistych wydarzeń.

Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.

Za tydzień ciąg dalszy książki.



Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i  możesz ją polubić.

 Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć (teraz jest już prawie czterdzieści tysięcy). Numery 99 i 100 nie ukażą się.


Z profesorem Targowskim wydajemy książkę. Już teraz. Wyjdzie za tydzień, no może za dwa. Oto jej okładka - prawda że ładna? Oto co znajdziesz w książce:

Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?

I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.

Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.
   

Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 
Możesz też zrobić to samo na facebooku. Aby otrzymywać powiadomienia o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i
spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.
Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   
Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz:   @dziecipowstaniawarszawskiego .

czwartek, 19 lipca 2018

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 150.

O dwóch Dunkierkach i filozofii



© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Dunkierkę[1] urządził sobie Maciek, mój brat z Ryśkiem Kulickim na kasztanie koło zakonnic, przez dwie gałęzie przerzucili wystrzępiony koc, w środku siedziało się na złamanym konarze. Z dołu mogłem zobaczyć tylko ich przewieszone przez konar nogi, reszty Dunkierki wśród liści kasztana widać nie było i do Dunkierki nie wolno mi było, młodszemu o trzy lata szczeniakowi, wchodzić. Trochę wiedziałem, że w prawdziwej Dunkierce Niemcy biją się z Francuzami, ale mnie szło o tę tutejszą, Maćkową Dunkierkę. Moja wyobraźnia gotowała się, pracowała na najwyższych obrotach i oczywiście, że wejść, kiedy tylko Maciek poszedł grać w piłkę, spróbowałem. Złapali mnie, kiedy byłem w połowie, z głową już w Dunkierce, ale z resztą ciała jeszcze na zewnątrz, za karę Maciek zabrał mi „Przygody Koziołka Matołka” i powiedział, że od tej pory będą one w Dunkierce. Na zakończenie powiedział: „Verfluchte Donnerwetter”. 

Wieczorem poskarżyłem na Maćka mamie, a kiedy mama zapytała skąd wiem o Dunkierce powiedziałem, że przecież przedwczoraj rozmawiała o Dunkierce z panem Michniewiczem, tym co ma radio ukryte w piwnicy. Mama krzyknęła na mnie, że o radiu nie wolno w ogóle mówić, bo teraz jest wojna i żadnego prawa już się nie przestrzega, i że jak Niemcy się dowiedzą, to albo nas rozstrzelają, albo wsadzą nas wszystkich do więzienia. Oberwało się też Maćkowi, mama powiedziała, że koc mogą sobie z Ryśkiem zatrzymać, choć też by się w domu przydał, ale żadnej Dunkierki być nie może, muszą sobie wybrać inną nazwę, na przykład Maciejowice. To mi się nie spodobało i powiedziałem, że na Maciejowice nie zgodzi się Rysiek, na co mama tylko machnęła ręką. Jak mama odeszła, to Maciek powiedział, że nigdy mi nie powie jak się Dunkierka będzie nazywała, bo od teraz nazwa będzie tajna, a teraz, to właśnie do tego miejsca, którego nazwy nigdy nie poznam, idzie. Poszedłem do kuchni, gdzie mama obierała kartofle, stanąłem koło niej, a ona powiedziała żebym nie zawracał jej głowy i sobie poszedł. Wyszedłem do ciemnego korytarza i zamykając drzwi do kuchni pomyślałem, że ci wszyscy co mnie nie lubią, mama, Maciek, Rysiek i Niemcy, jeśli chcą to mogą mnie rozstrzelać; mnie na niczym już nie zależy, a zabronić im tego nie można, ponieważ, jak mama powiedziała, żadnego prawa nie ma. A potem stojąc obok wieszaka, zwrócony twarzą do ściany powtarzałem „Verfluchte, Verfluchte, Verfluchte…”.

Kilkanaście dni później, kiedy mama powiedziała panu Michniewiczowi to samo co mnie, że tu żadne prawa nie obowiązują, pan Michniewicz pokiwał głową. Potem powiedział, że niektóre to tak – na przykład prawo grawitacji. Ale to prawda, że już od kilkunastu lat, na wschód i na zachód od nas, zabraniające mordować prawa ludzkie przestały obowiązywać, a teraz tak samo jest u nas. A pilnują tego tacy jak ci tam – wskazał na ogromny gmach szkoły rękodzielniczej[2] stojący prawie naprzeciw naszego domu, na rogu Kazimierzowskiej i Narbuta. Wiedziałem o co mu chodzi – szkoły już tam nie było, bo wkrótce po zajęciu Warszawy Niemcy zajęli budynek na koszary. Kwaterował tam teraz batalion SSmanów.

Kilka dni po awanturze o Dunkierkę, kiedy bawiłem się na podwórku, pani Duchnowska powiedziała mamie, że Niemcy już są w Paryżu. Spytałem mamę o Paryż, powiedziała „dziecko nie zawracaj mi głowy”. W pół godziny później Jurek Spychowski przejechał mnie rowerem, przewróciłem się. Sprawca był niewiele, bo tylko o trzy lata starszy.
Kiedy się podnosiłem jego matka powiedziała głośno: „Rzucił mu się pod koła”. Była to nieprawda. Rozpłakałem się. Przez następny tydzień Maciek i jego koledzy mówili o mnie „beksa”, a ja zdałem sobie sprawę, że istnieje zło.
cztery lata później ani siedmioletni Jurek Spychowski, ani jego matka nie żyli. Zabił ich któregoś dnia powstania warszawskiego granat wrzucony do piwnicy ich domu.

Jak się nazywała kryjówka Maćka i Ryśka dowiedziałem się kilkadziesiąt lat później od Ryśka Kulickiego. Rysiek Kulicki został inżynierem i w latach siedemdziesiątych wieku dwudziestego budował drogi, ale nie u nas w Polsce, tylko w Iraku, dla Saddama Hussejna.
- Tam było łatwiej budować – powiedział, kiedy w roku dwa tysiące jeden piliśmy wódkę w Kijowie.
Jak sobie teraz przypominam, to właściwie w Kijowie dopiero zaczęliśmy pić, a o Iraku to Rysiek opowiadał już w Odessie, kiedy tam się z piciem i z całą wycieczką biura Itaka przenieśliśmy.
- Bo Saddam miał na to pieniądze? – Zapytałem.
- Miał, to też. Ale było łatwiej przede wszystkim dlatego, że nie lubił zakrętów. Droga miała iść prosto.
- No tak. Za zakrętem może ktoś stanąć i wprost z ramienia odpalić jakiś pocisk – a na samochód, nawet taki opancerzony, wystarczy jakiś taki niewielki, może być podkalibrowy – powiedziałem.
Rysiek potwierdził kiwnięciem głowy:
- I jeszcze droga miała być szeroka. Naprawdę szeroka. Na trzy czołgi. W każdą stronę. A jak jakaś wioska w tym przeszkadzała, to tym dla wioski gorzej. I dla jej mieszkańców. Pozbyć się ich łatwo. Na przykład używając sarinu, tabunu czy gazu musztardowego.

Niewiele więcej się w Odessie o Iraku dowiedziałem, bo Rysiek w samo południe zniknął. Zobaczyłem go dopiero o późnym popołudniem, przy trapie, na pół godziny przed odpłynięciem naszego statku. Był pośrodku grupy trzech osób, po lewej ukraiński milicjoner i po prawej też. Wyglądało to tak jakby był eskortowany, ale właśnie, kiedy miałem coś powiedzieć, ten z prawej, zauważyłem, że oddech miał nieświeży, powiedział „my z Ryśkom druzja”. Uścisnęli się, każdy z każdym i Rysiek wkroczył na trap. Tak że o Iraku dalej rozmawialiśmy dopiero po wypłynięciu z Odessy, a o Dunkierce przypomniałem sobie przy drinku dopiero kiedy już dopływaliśmy do Stambułu, bo właśnie wtedy minęliśmy ogromny kontenerowiec Dunkirk. Kiedy przypomniałem Dunkierkę Ryśkowi powiedział, że nie pamięta, a potem, jak trochę pomyślał, to dodał, że ta jego Dunkierka na kasztanie skończyła się po czterech dniach, bo jego starszy brat pokazał mu jak się gra w zośkę.

Odstawiłem szklankę:
- W tej prawdziwej Dunkierce był pan Przybiera z Lubaczowa. Opowiadał, że do ewakuacji była długa kolejka, Angole, a tych było najwięcej, to się nawet nie rozpychali, tylko ciągle szwargotali w tym swoim angielskim języku.
 Sięgnąłem po smartphona: „Tu piszą, że ta prawdziwa trwała dni dziesięć. Zaczęła się 26 maja 1940. roku. Po dwóch pierwszych dniach zabrało się z portu Dunkierki i okolicznych plaż do Anglii niecałe osiem tysięcy żołnierzy”.
- Ale po ośmiu dniach Brytyjczycy ewakuowali ponad trzysta trzydzieści tysięcy – czytałem dalej – popatrz, to była najdłuższa na świecie kolejka!

Rysiek zastanawiał się:
- Wiesz, za komuny na jeden metr kolejki do mięsnego przypadało czterech, a czasem i pięciu ludzi. Z Anglikami pewnie było luźniej – powiedzmy trzech ludzi na metr, jeden za drugim. No to wychodzi, że byłaby ze sto kilometrów długa.
- Nic dziwnego, że pan Przybiera na kolejkę się nie załapał i do Anglii się nie dostał - zauważyłem.
- Pana Przybiery nie znam – powiedział Rysiek – ale jak pamiętam, to drugiego dnia tej naszej Dunkierce zmieniliśmy nazwę.
- Tak, a mnie nie powiedzieliście. Ja bym ją nazwał Koziołek.
- To od Koziołka Matołka. Ale nie. Naszą Dunkierkę na kasztanie nazwaliśmy Verfluchte. A o tobie to najbardziej pamiętam, że przeraźliwie bałeś się Niemców. Ty i Jurek Spychowski, ten co go zabił granat.
Nie chciałem przypominać sobie mojego strachu, więc opowiedziałem Ryśkowi o panu Przybierze.

Pan Przybiera dlatego znalazł się w Dunkierce, że był ordynansem, czyli pucybutem. Prosty, nic nieumiejący chłopak z mazowieckiego miasteczka poszedł na wojnę we wrześniu tysiąc dziewięćset trzydziestego roku i trafił na jakiegoś oficera, nie wiem nawet jakiej rangi, dość, że potrzebował ordynansa. A ordynans[3] to żołnierz zazwyczaj szeregowy lub podoficer pozostający w dyspozycji oficera do wszelkiego rodzaju posług pomocniczych (na przykład utrzymanie w czystości munduru i butów, przenoszenie przedmiotów, sprzątanie kwatery). I ordynansem pan Przybiera został.

Powiedziałem, że pewnie pan Przybiera stał w kolejce dla swojego oficera. I może dlatego nie dostał się do Anglii, bo wystał miejsce właśnie dla szefa? Bo pan Przybiera przez resztę wojny był w obozie dla internowanych w Szwajcarii. Zaraz po wojnie wrócił do swojego miasteczka na Mazowszu. Robił wierzchy do butów, zawoził je do hurtownika do Warszawy a stamtąd, już skojarzone z podeszwami trafiały na bazar Różyckiego. W miasteczku pana Przybiery była fabryczka obuwia o pięknej nazwie Pionier, ale ze względu na pobyt w Szwajcarii pan Przybiera zaliczał się w czasach stalinowskich do wrogów i dlatego władze nie wydały mu dowodu osobistego a bez dowodu nie można go było w fabryczce zatrudnić. Pan Przybiera istniał jako wróg, ale poza tym, na przykład jak chodzi o emeryturę, to już w ogóle nie. O Szwajcarach mówił nie najlepiej: „Niektórzy z nich to byli bardzo źli ludzie. Tak jak są Murzyni”. Zaciskał mocno wargi i grubą igłą przebijał skórę kolejnego wierzchu na kopycie. O złych ludziach w swoim miasteczku wspomniał tylko raz, na pogrzebie swojej żony.

Rysiek wysłuchał historii pana Przybiery i powiedział:
- Chyba jest tak, że zło jest takie samo w Iraku, w Warszawie, w Szwajcarii, czy w miasteczku pana Przybiery. A do rozpoznania zła filozofa nie potrzeba.

Przytaknąłem, bo pamiętałem, choć chciałem zapomnieć, to co zdarzyło się trzeciego, a może czwartego roku wojny. Szedłem Kazimierzowską od Madalińskiego w stronę Rakowieckiej. Kiedy mijałem koszary wyszedł z nich i szedł naprzeciw mnie wysoki SSman w czarnym mundurze. Bałem się, bałem się nieograniczenie. Minęliśmy się, ruszyłem pędem do domu, wpadłem do kuchni i długo stałem w ciemnym kącie korytarza. Stałem tak, bo wiedziałem, że spotkałem się ze złem.
- W dzieciństwie myślałem, że można tak zrobić, żeby zła nie było – powiedziałem.
- A teraz?
Milczałem. Pomyślałem, że wczoraj na sąsiedniej ulicy pobili obcego.




Ewakuacja w Dunkierce miała miejsce w drugim roku Drugiej wojny światowej, w dniach 26 maj – 4 czerwiec 1940.
[3] https://pl.wikipedia.org/wiki/Ordynans

                                                    
                                                      KONIEC 

 Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.

Za tydzień następne opowiadanie.

Jeśli opowiadanie podoba Ci się zadbaj jak należy o miłość własną autora i kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz tutaj na blogu.  
Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też wyrazić swoją opinię klikając na jedno z trzech okienek w dole postu.

Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i  możesz ją polubić.

 Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć (teraz jest już prawie czterdzieści tysięcy). Numery 99 i 100 nie ukażą się.



Z profesorem Targowskim wydajemy nową książkę. Wyjdzie za dwa, trzy tygodnie. Oto jej okładka - prawda że ładna? Oto co znajdziesz w książce:

Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?

I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.

Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.
   

Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 
Możesz też zrobić to samo na facebooku. Aby otrzymywać powiadomienia o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i
spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.
Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   
Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz:   @dziecipowstaniawarszawskiego .