Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nienawiść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nienawiść. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 maja 2018

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 143.

Jedno zdanie



© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Przyśnił mi się Platon. Był w białej chlamidzie i powiedział:

- Brawo chłopcze, podoba mi się to twoje zdanie.

Kiedy tylko się obudziłem zerknąłem jeszcze raz na mój referat na konferencję młodych filozofów „Dziedzictwo Platona”. Pierwsze zdanie referatu było dokładnie takie jak je dwa dni temu napisałem:

„Przeżycie intelektualne uznaję za najważniejszy, najbardziej urzeczywistniający wymiar egzystencji homo sapiens”.

- Też mi się podoba – powiedziałem sobie – a zachęty nigdy nie jest za dużo.

Zachęty potrzebowałem tak jak drwal lasu, bo w reżimie Generalnego Przywódcy o areszt było łatwo, a jeszcze łatwiej było trafić do jednego z Obozów Umacniających Społeczną Kulturę. Oficjalnie w procesie umacniania można było stosować chłostę, nieoficjalnie wiadomo było że wielu z osadzonych nie udało się żyć zbyt długo. Zdarzało się to także filozofom.

- Potrzeba mi prokuratorów nie filozofów. Tych ostatnich możecie zamykać. Niech sobie myślą siedząc” – miał powiedzieć kiedyś Generalny Przywódca szefowi Nadgwardii.

Popołudniu mój dobry nastrój zamienił się w gniew. Gniew skierowany przeciwko Generalnemu Przywódcy, przeciwko hałasom odbywającego się na ulicy pod moimi oknami, trzydniowego Święta Pogłębiania Władzy Generalnego Przywódcy i wreszcie przeciwko temu rudemu nadgwardziście Generalnego Przywódcy, który kilka minut temu, po wtargnięciu do mojego pokoju skonfiskował moje pozwolenie na telefon komórkowy i swoim pancernym butem zmiażdżył wszystkie strony mojego, wydrukowanego na kredowym papierze referatu. Z rękami pełnymi porwanych stron, z zamkniętymi oczami, wyobrażając sobie nadgwardzistę zamienionego w chrząszcza gnojnika, życzyłem schodzącemu po schodach nadgwardziście wszystkiego najgorszego.

Chwilę potem z dołu doszedł mnie najpierw odgłos upadku a potem głos dozorczyni: „Panie nadgwardzisto, niech pan się nie rusza, zaraz wezwę pogotowie” i „oj, pana czapka zupełnie pognieciona, drut wystaje, już się nie wyprostuje”, a ja już wiedziałem, że odczucie satysfakcji z powodu upadku nadgwardzisty będzie trwało minutę, może dwie i gniew znów powróci. Musiałem się opanować.

- Szukaj przyczyn – uczono mnie – filozof szuka jak najgłębiej, wie, że uczucia gniewu, krzywdy, czy też euforii, entuzjazmu może opanować. Jeśli to zrobi, to dotrze do przyczyny.

Oczywistą przyczyną mojego gniewu był fakt, że filozofia, moja ukochana filozofia była bezradna wobec tyranii Generalnego Przywódcy a miesiąc temu specprokurator internował mojego kolejnego przyjaciela. Z goryczą rzuciłem to co pozostało z mojego referatu na podłogę i dla pocieszenia poszedłem napić się wina z Irminą - moją piękną i mądrą dziewczyną. Byłem młody, a kiedy jest się młodym to pocieszenia szuka się w miłości.
Używając słów poety z okresu stanisławowskiego sypialnia Irminy była dla nas świątynią Erosa. Zarazem była miejscem, gdzie nie sięgała władza Generalnego Naczelnika. Było nas dwoje i był z nami pulsujący płomień pożądania.

Wtulony w ciepłe ciało Irminy powiedziałem:
- Przeżycie erotyczne uznaję za najważniejszy, najbardziej urzeczywistniający wymiar egzystencji homo sapiens.
- Kłamiesz – powiedziała Irmina – napisałeś tak o przeżyciu intelektualnym. Udowodnię ci. -Irmina podniosła się i sięgnęła po mój laptop.
- Nagie piękno i mądrość. Pallas Atena z laptopem - powiedziałem.
- Atena była dziewicą. A tu mam twoje oryginalne zdanie – powiedziała.
- Na ten wieczór zmieniłem poglądy – wymamrotałem z wargami przy biodrze Irminy.

Później, kiedy opowiedziałem Irminie o wizycie nadgwardzisty, o zniszczonych stronach referatu i o komórce, rzekła gładząc moją dłoń:

- Szkoda, że nie masz mocy Luke Skywalkera. A mnie pozwolenie na komórkę zabrali już trzy miesiące temu.

- Widziałem na mieście Twoją ulotkę – powiedziałem ściszonym głosem – tę przedstawiającą Generalnego Naczelnika jako drapieżnego kocura. Uważaj na siebie.

Irmina pracowała w Centralnej Drukarni. Poza rozkazami Generalnego Przywódcy, co jakiś czas drukowała też rzeczy, za które można było posiedzieć. Powiedziała kiedyś, że mimo grożącego niebezpieczeństwa są zawsze rozchwytywane.

Gdy późnym wieczorem wróciłem do domu na ulicy wciąż trwały uroczystości pierwszego dnia Święta Pogłębiania Władzy Generalnego Przywódcy a szczątki mojego referatu wciąż leżały na podłodze. Podniosłem je i podszedłem do okna. Z ulicy przy triumfalnym wrzasku trąbki brzmiał refren bojowej pieśni Nadgwardii Generalnego Przywódcy:
Równać krok, przyjaciele!
Nadgwardziści na czele,
Najwierniejsi narodu synowie.

Obok trębacza zobaczyłem siedzącego w wózku inwalidzkim rudego nadgwardzistę. Z rozwartą w śpiewie gębą wystukiwał rytm zagipsowaną do uda nogą.

- Nie kusi go jakiekolwiek przeżycie intelektualne, ach nie – skonstatowałem.

Pomyślałem, że jeżeli Luke Skywalker  potrafi używać mocy to dlaczego nie miałby tego potrafić specjalizujący się w Platonie a zdrowo podpity filozof. Powiedziałem:

- Przez moc Platona rozkazuję: Grajcie „Wlazł kotek na płotek”.   

Z trzymanych w ręku stron mojego referatu buchnął niebieski blask a z ulicy usłyszałem znajome od dzieciństwa dźwięki kołysanki. Otwarta gęba nadgwardzisty zastygła w wyrazie zdumienia.

- Ja też tego nie oczekiwałem. Jakaż, ach jakaż może tu być przyczyna? - powiedziałem sobie i poszedłem do łazienki wsadzić głowę pod kran z zimną wodą.

Kiedy wróciłem, z ulicy doszła mnie woń gazu łzawiącego, orkiestra dalej grała „Wlazł kotek…” a tłum wykrzykiwał teksty obelżywe dla Generalnego Przywódcy. Z przewróconego wózka inwalidzkiego bielała wzniesiona do pionu, jakby wskazując drogę w kosmos, zagipsowana noga nadgwardzisty.

* * *

Na stole leżało zawiadomienie cenzury o skasowaniu Konferencji Młodych Filozofów, a za oknem trwały uroczystości drugiego dnia dnia Święta Pogłębiania Władzy. Niósł się chóralny śpiew nadgwardzistów:
Generalny Przywódca na przedzie
Nasze czołgi na księżyc zawiedzie.

- Jesteś pewien – zapytała Irmina próbując przekrzyczeć wrzask nadgwardzistów – nie przyśniło ci się? Trochę wypiłeś.

- Widziałem i słyszałem. Widziałem ten niebieski blask. Promieniował ze zdania o przeżyciu intelektualnym. Słyszałem orkiestrę grającą „Wlazł kotek…”, a noga nadgwardzisty wskazywała pionowo w górę, tam gdzie ma sięgać kosmiczny program Generalnego Przywódcy.

Irmina nie była przekonana.

- A ta pierwsza strona? Na pewno znikła?... Może byś ją na nowo wydrukował?

- Posłuchaj – powiedziałem - wczorajsze wydarzenie było wydarzeniem nadnaturalnym. Z takim wydarzeniem nie kojarzy mi się ani komputer, ani drukarka. Ale… Jeśli ci na tym zależy wydrukuję to pierwsze zdanie.

* * *
- Grajcie „Wlazł kotek na płotek” – powiedziała Irmina z wydrukiem w ręku.

Tak jak wczoraj buchnął niebieski blask i znów usłyszałem dźwięki kołysanki. Brakło tylko bielejącej nogi nadgwardzisty. Ten, jak podała wcześniej telewizja, przebywał w szpitalu, a za poświęcenie w służbie został udekorowany odznaką nazywającą się „Wyróżniająco zasłużony dla Generalnego Przywódcy”.

Tłum pulsował, rozgrzewał się, było coraz głośniej. Pomyślałem, że należałoby zanotować co celniejsze epitety kierowane w stronę Generalnego Przywódcy.

Dotychczas nieruchome, dwie armatki wodne pełzły w stronę zgromadzenia.

- Zrób coś – podała mi wydruk Irmina.

- Rozkazać można w myśli. Tak było z upadkiem nadgwardzisty – powiedziałem.

Armatki były coraz bliżej tłumu.

- Armatki wracać do bazy - pomyślałem.

Tym razem eksplozja niebieskiego światła wydała mi się bardziej intensywna. Zaraz potem litery wydrukowanego zdania pojaśniały, a po chwili strona z wydrukiem znikła – pod moimi palcami robiła się coraz mniejsza, coraz mniejsza, i już jej po prostu nie było.

- Dwa rozkazy i moc znika – powiedziałem patrząc na odjeżdżające armatki.

- Dlaczego tylko dwa? – zapytała Irmina.

- Bo szkoła platońska uważa, że liczba dwa symbolizuje umiarkowanie, równowagę, powściągliwość. A mocą należy dysponować właśnie z umiarkowaniem.

* * *

Irmina wygooglowała „bunt przeciw tyranowi”.

- Kiepsko – powiedziała po chwili – pełno tu ostrzeżeń. Piszą, że rzadko kiedy zwycięski przywódca żyje dłużej niż kilka następnych lat, a jego śmierć jest najczęściej bardzo gwałtowna i nieoczekiwana. W ogóle bywa dużo trupów.

- Tego byśmy nie chcieli. Potrzeba nam powściągliwości, a gdyby jeszcze obalenie tyrana było przeżyciem intelektualnym to byłoby fajnie.

- Na razie do obalenia daleko. Jedynym przejawem buntu jest śpiewanie „Wlazł kotek…”.

- Generalny Przywódca już tej kołysanki zabronił – powiedziałem. Irmina zamyśliła się. Po chwili powiedziała:

- Mam pomysł.

* * *

Ostatniego, trzeciego dnia Święta do tłumu stu tysięcy mieszkańców zgromadzonych na stołecznym stadionie przemawiał Generalny Przywódca. Trybunę z Generalnym Przywódcą pokazywały zgromadzonym rozstawione na koronie stadionu telebimy.W ostatnim rzędzie trybuny z  której przemawiał Przywódca, tuż za Głównym Specprokuratorem zauważyłem siedzącego w wózku inwalidzkim rudego nadgwardzistę. Lewa klapa jego galowego munduru zakryta była olbrzymim, błyszczącym czymś, co musiało być przyznaną mu odznaką.

 Generalny Przywódca zapowiedział utworzenie armii kosmicznych czołgów pokoju:

- Jako jedna wielka rodzina pokoju musimy objąć w posiadanie wszystkie planety naszego układu słonecznego. A potem galaktykę.

Z dachu stadionu, przy dźwięku triumfalnych fanfar, sfrunęły na widzów tysiące papierowych modeli czołgów kosmicznych. Na kadłubie każdego czołgu wydrukowany był portret Generalnego Przywódcy z podpisem „Pokój”.

Modele wyprodukowała Centralna Drukarnia. Podczas produkcji Irmina dokonała dwóch niewielkich zmian. Po pierwsze napis „Pokój” przesunęła troszeczkę do góry. A po drugie w wygospodarowanym miejscu poleciła komputerowi wydrukować niewidocznym atramentem moje czarodziejskie zdanie.

- Zagwarantowaliśmy im jeśli nie intelektualne przeżycie, to przynajmniej niespodziankę – zauważyłem, patrząc na łapiących papierowe czołgi ludzi.

- Wszystko zależy od tego co pomyślą o Generalnym Przywódcy – Irmina oglądała trzymany w ręku model rakiety tak jakby próbując odczytać niewidoczne zdanie.

Czekaliśmy.

Na jednym ze środkowych telebimów ukazał się obraz stojącej przy kuchennym kontuarze,  ubranej w fartuszek uśmiechniętej pani. Trzymając w ręku pokrywkę zajrzała do stojącego na palniku garnka i powiedziała coś w obcym języku, nie był to angielski, może szwedzki albo duński. W dole obrazu ukazał się biały pasek z tekstem:

- Teraz przerzucam to z garnka na durszlak i płuczę.

Irmina spojrzała na mnie bezradnie.

- Czekajmy – powiedziałem. 

Pani na ekranie odłożyła pokrywkę i zaczęła odwiązywać fartuszek. Za pośrednictwem białego paska powiedziała:

- Mam taki głupi zwyczaj. Lubię gotować nago.

Irmina ze łzami w oczach darła na strzępy trzymany w ręku model czołgu.


- Czekajmy, jeszcze jest czas – powtórzyłem.

- Coś się jednak dzieje – powiedziała po chwili Irmina, bo z telebimów buchnęły znajome nuty kołysanki „Wlazł kotek na płotek…”. Spojrzałem na trybunę.

Generalny Przywódca zmieniał się. Znikał naćkany szamerunkami mundur, ciało przywódcy puchło.

- Patrz. Oni zmienili go w kota. Ale nie w takiego jak w kołysance. Stanie się tym ohydnym kocurem z mojej ulotki – powiedziała Irmina.

Nie odpowiedziałem. Patrzałem na telebim, na obraz rudego nadgwardzisty. Rudzielec zerwał z klapy odznakę i trzymając ją w ręku krzyczał:

- Ja tego nie chcę. Ja już nie będę. Precz z Generalnym Przywódcą.

Generalny Przywódca stał się olbrzymim kocurem. Z rozdziawionego pyska sterczały mu żółtawe kły.

Trybuna powoli uniosła się w górę, zawisła w powietrzu. Odrzucona przez rudego nadgwardzistę odznaka błysnęła w słońcu i spadła na trawę stadionu. Po chwili trybuna zniknęła gdzieś w przestrzeni.

- Gdzie też oni wszyscy trafią? – zapytała Irmina.

- Przypuszczam, że do któregoś kręgu piekieł - odpowiedziałem.

Na chwilę przeniosłem wzrok poza stadion i wydało mi się, że z dalekiego obłoku kiwa do mnie głową brodaty Platon.

- Wolność, wolność – skandował stadion.

- Chodźmy napić się wina – powiedziałem. – Za przeszłych filozofów i za przyszłość.

KONIEC  





Używaj dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.

Za tydzień nastepne opowiadanie.

Jeśli opowiadanie podoba Ci się - zadbaj jak należy o miłość własną autora i kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz tutaj na blogu.  
Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też wyrazić swoją opinię klikając na jedno z trzech okienek w dole postu.


Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i  możesz ją polubić.

 Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć (teraz jest już ponad trzydzieści sześć tysięcy). Numery 99 i 100 nie ukażą się.

   
<! -->

Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 
Możesz też zrobić to samo na facebooku. Aby otrzymywać powiadomienia o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.
Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i
spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.
Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   
Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz:   @dziecipowstaniawarszawskiego .
Rozważam otwarcie Festynu Opowiadań dla podobnych w formacie utworów innych autorów - co o tym sądzicie? Skomentujcie. 

sobota, 7 października 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 111.

List Polecony


©Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

Jadąc do Magdy, do Braunschweigu, zatrzymałem się w Berlinie, aby zwiedzić odbudowany Reichstag. Pod portretem Adenauera przypomniałem sobie o liście mamy, kiedy to w latach pięćdziesiątych mama napisała do papieża; był to wtedy chyba Pius któryś tam. Prosiła go, aby zgodził się zostać Komisarzem Dobrej Woli; kiedy tylko się zgodzi, mama podejmowała się napisać do marszałka Stalina, prezydenta Eisenhowera, premiera Churchilla i może generała de Gaulle’a (nie pełnił on wtedy funkcji rządowych, ale mama liczyła się z jego ogromnym autorytetem), aby wzięli udział w tej komisji i rozwiązali problemy świata. Wykluczyła kandydaturę odwetowca Adenauera i zaznaczyła, że pisze do papieża choć jest niewierząca, że wstrzymywała się z przygotowanym od dawna listem aż do końca kadencji prezydenta Trumana – czołowego podżegacza wojennego, i że marszałek Stalin miał rację mówiąc, że pokój może być utrzymany, jeżeli narody wezmą sprawę pokoju w swoje ręce. Niosąc ten list na pocztę, aby nadać go jako polecony, przepełniony byłem wewnętrznym protestem. Liczba pojedyńcza mamy kłóciła się z liczbą mnogą narodów świata. Na poczcie, stojąc w kolejce, postanowiłem, że nigdy więcej listów poleconych wysyłać nie będę.

Trudno mi dokładnie powiedzieć jak to poszło z listem dalej - czy mamę wezwali, czy też ktoś przyniósł list z powrotem - w każdym razie zobaczyłem później tę kopertę (a dla elegancji mama naruszyła, jeszcze przedwojenny, zapas materiałów piśmiennych), otwartą, z nieskasowanymi znaczkami, z nalepką Polecony, i z napisanym czerwonym ołówkiem, energicznie podkreślonym tekstem: więcej takich listów nie pisać. W ten sposób Adenauer nigdy się o wykluczeniu przez mamę nie dowiedział i pewnie stąd na portrecie wydawał się być zupełnie z siebie zadowolonym. A o papierowym krzyku rozpaczy mamy nikt się nie dowiedział; ja sam, wówczas nastolatek, nie rozumiałem jej ciężkiego brzemienia – brzemienia sieroctwa, dwóch wojen, wdowieństwa i rzezi powstańczej Warszawy. I z tymi myślami dojechałem do Braunschweigu.

- Scheisse, scheisse, scheisse. Ten Halt jest Schweinehunde  – rzucony przez Magdę list wylądował na kuchennym kontuarze pomiędzy salcesonem brunszwickim i miską kartoflanej sałaty. 
- Wyczerpujesz mój zasób niemieckiego. Zostało mi tylko Hände Hoch, Raus i Nur Für Deutsche – powiedziałem podnosząc list – kto to jest ten Halt?
- Herr Halt jest intendentem szkół tutaj, w Braunschweigu. Lubi mówić Nein.
- O co chodzi ?
Magda wskazała nożem na krojony salceson:
- To miasto jest jak ten salceson. Są Polacy, Niemcy z byłej NRD, Turcy, Arabowie, Włosi. Ale to co trzyma to wszystko, ta otoczka, to są miejscowi Niemcy – trzymają władzę, tak jak to gówniane, niejadalne pokrycie trzyma razem cały salceson. Z ich ramienia Herr Halt pilnuje szkół. Dla niego jestem brudną Polką, a mój mąż jakimś wasser-polakiem - synem pookupacyjnego bezpaństwowca.

- Skurwysyn. Żeby on tylko wiedział  – wróciłem myślami do powojennych lat w Głuchowie. Wcześniej czy później będę musiał zrelacjonować Magdzie to co wiem o wydarzeniu z tamtych lat – wiedziałem o tym ja i wiedziała o tym ona. Wolałem aby nastąpiło to jak najpóźniej – dobrze, że za godzinę wyruszałem z powrotem do Polski.

- Poprzednik Herr Halta nie pozwolił na naukę polskiego mojemu synowi, choć walczyłam jak lwica – dziabnięta z furią połówka salcesonu wylądowała na podłodze – a teraz Herr Halt zabrania polskiego mojemu wnukowi – dla niego polski jest dla untermeschen. W Polsce niemiecki jest nauczany w normalnym trybie, tutaj nie ma o tym mowy – ładna mi Unia Europejska i dwudzieste pierwsze stulecie. Powiedziałam mu co o nim myślę, a ten bęcwał pozwał mnie do sądu.
Magda wskazała nożem na leżący na kontuarze list:
- Każą mi zapłacić grzywnę 300 euro – albo mogę to odsiedzieć.
- Te kanapki  zrób mi lepiej z serem – powiedziałem, podnosząc z ziemi salceson – znaczy, że robisz tutaj za męczennicę, za Emilię Plater.
- Emilia Plater miała szablę – dziabnięty po raz drugi salceson znów wylądował na podłodze – a ja mam tylko ten salceson i tę miskę z sałatą – Magda rąbnęła miską o podłogę. W zgodności z prawami ruchu i prawem grawitacji szczątki miski i jej zawartość wkrótce spoczęły na podłodze; reszta wszechświata pozostała niewzruszona.
- Żebyś tylko nie skończyła w chatce leśnika - pomyślałem.

Minęło pół roku od mojej wizyty w Braunschweigu. W godzinę po przyjeździe do Głuchowa, województwo Wrocławskie, zatrzymaliśmy się z Magdą na górnym mostku przy ulicy Sienkiewicza. W biegnącym wzdłuż ulicy potoku kąpał się szkielet podwozia czterokołowego wózka dziecinnego z brakującym lewym tylnym kołem i uczepioną do szkieletu reklamówką Lidla. Wózek wydawał się być z dynastii nie późniejszej niż AWS, podczas gdy reklamówka była PiSowska lub PO-owska. Z oddali patrzały na nas, milcząc, Góry Sowie.

Tamtego dnia, na mostku  mieliśmy przed sobą imponującą ruinę zakładu Della, za Niemców fabryki Schreibera. Frontowa ściana zakładu ziała nieregularną dziurą. Okrąg opisany na dziurze mierzyłby kilkanaście metrów. Nad dziurą niepewnie zwisała popękana struktura dachu. Mógł to być 155 mm pocisk, ale biorąc wiekowo, dziura była pokojowa i postkomunistyczna. Byliśmy w najbardziej dotkniętej przemianami części Polski.
- To gdzieś w tej okolicy się to wszystko dla mnie zaczęło. Znajdźmy jakieś ślady, spróbujmy się czegoś dowiedzieć – powiedziała Magda.

 Jak to się dla niej zaczęło wiedziałem więcej, niż powiedziałem jej w drodze do Głuchowa. Niedługo po wojnie (drugiej, światowej), będąc wtedy uczniem piątej klasy, właśnie w tym Głuchowie, dokładnie szóstego listopada przepowiadałem sobie w łóżku, na chwilę przed zaśnięciem, referat, który miałem wygłosić następnego dnia:
 - Trzydziestą rocznicę Wielkiej Rewolucji Październikowej czcimy więc jako nasze święto, święto pionierów na naszych Ziemiach Odzyskanych, które wyzwolił generalissimus towarzysz Stalin.  Prezydent Bierut powiedział nam, że nasze miejsce jest tutaj. Nie będziemy więcej ciemiężyć narodów zachodniej Ukrainy i Białorusi. Na imperialistyczne Bizonie i Trizonie, klasa robotnicza Francji, zjednoczona wokół sekretarza Komunistycznej Partii Francji towarzysza Maurice’a Thoreza odpowiada „Ami go home”....  
- Byle się nie zająknąć, jak będę czytał – myślałem – teraz będą salwy dział Aurory i pałac Zimowy.
Z sypialni wujostwa dochodziła cicha rozmowa.
- To ta Niemka z sąsiedztwa,  ta co ją wywożą z transportem do Niemiec. Była robotnicą u Schreibera. Nie chce wziąć dziewczynki. Zgwałcił ją jakiś Kałmuk i urodziła – mówiła ciotka - nie ruszaj mnie, nie mam dziś ochoty.
W szmerze pościeli słyszałem dalej:
- No dobrze, ale przyrzekasz, że ją weźmiemy.
Z sypialni dochodził rytmiczny skrzyp łóżka. Dosyć niejasno odczułem podniecenie (w końcu miałem tylko jedenaście lat). Następnego ranka mój referat zaciął się na salwach Aurory, a parę dni później w rodzinie pojawiła się Magda.

Z tej zimy pamiętałem jeszcze powożoną przez parobka wujostwa karetę, karetę którą zajechaliśmy na pasterkę. Po pasterce kozioł, stojącej zwykle w stodole karety, stał się miejscem, skąd dowodziłem wojskami Napoleona pod Jeną, a na skórzanych siedzeniach karety spędziłem niejedną chwilę czytając Trylogię i Karola Maya. Kareta stała się moją wyspą szczęścia.
- Rewolucja srewolucja, a tak eleganckiej karety nigdy więcej nie widziałem – wymamrotałem, wciąż myślami w przeszłości.
- Co ty gadasz – Magda przyglądała mi się podejrzliwie.
- To może być tamten dom, ciotka mówiła o sąsiedztwie – powiedziałem, wskazując na brązowy budynek. W uchylonych drzwiach wejściowych krzątała się starsza kobieta.

- Wciąż zastanawiam się, jaką przed tą adopcją miałam narodowość – powiedziała Magda, kiedy, w parę minut później, odchodziliśmy z Magdą od drzwi staruchy – może ta starucha miała rację nazywając mnie szwabskim bękartem. Może i teraz dobry prawnik dowiódłby, że nie należy mi się żadna narodowość. Przedtem jeszcze wnuk tej starej, jako dobry patriota, przyłożyłby mi kijem bejsbolowym.
- Jej chodziło o dom – przerwałem - a nuż pokażesz jakiś papier i powiesz wynocha, stara. Słucha pewnie radia Maryja, a wnuki wysyła na pielgrzymkę do Częstochowy. Mnie nazwała folksdojczem, a przecież nie wyglądam.  
- Mnie w ogóle nie powinno być. Zbrodnia towarzyszyła mojemu poczęciu. Nie znam ani Niemki, która mnie urodziła, ani ojca Kałmuka. Niemcy w Braunschweigu mówią o mnie  brudna Polka. Czuję się Polką, a w Polsce wyzywają mnie od hitlerówy. Ciekawe, jak by mnie nazwali u ojca w Kałmucji. Uprawiają tam słonecznik i kukurydzę, więc pewnie najłagodniej powiedzieliby: spierdalaj kurwo w kukurydzę gryźć pestki.

Milczałem. Nie miałem nic do zaproponowania, brakowało nawet marzeń, brakowało kozła i skórzanego siedzenia karety.  
- Patrzę na te ruiny dookoła i widzę, że lepiej by było nie wypędzać stąd Niemców, tylko brać od nich pieniądze. Po co ja tu przyjechałam? Gdzie ja mam się podziać ? Gdzie ja mam się podziać ? Napisz mi, proszę, list do premierów, prezydentów i kanclerzy tego świata z jednym, jedynym pytaniem - gdzie Magda ma się podziać ? Słyszysz ? Ja chcę tego listu.
- Napiszę. I wyślę go jako polecony.


KONIEC

Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć. Numery 99 i 100 nie ukażą się.

   Za tydzień następny odcinek Festynu Opowiadań.


Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też wyrazić swoją opinię klikając na jedno z trzech okienek w dole postu.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i
spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .
Rozważam otwarcie Festynu Opowiadań dla podobnych w formacie utworów innych autorów - co o tym sądzicie? Skomentujcie.