sobota, 5 sierpnia 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 102.

Król szczurów, cz. 1/2




                  ©Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


1 Sierpnia 1944 roku miałem niecałe osiem lat. Było słoneczne popołudnie. Siedząc w kucki bawiłem się w kałuży pozostałej po przelotnym deszczu. Usłyszałem dźwięk przypominający wbijanie gwoździ i podniosłem się. Zobaczyłem eleganckiego pana strzelającego z dużego karabinu. Wylot lufy karabinu miał dziwny, lejkowaty kształt i wylatywał z niego płomień. Elegancki pan stał przy płocie sąsiedniego domu. Był w jasnobrązowych pumpach, mial szczupłą sylwetkę, na ramieniu, chyba prawym, miał biało-czerwoną opaskę. Nie zdążyłem zobaczyć nic więcej, gdyż nadbiegła moja matka i zaciągnęła mnie do piwnic kamienicy w której mieszkaliśmy. W piwnicy, na prymitywnych ławach, przechowywanych przez dozorcę od czasu oblężenia Warszawy w 1939 roku, siedzieli już sąsiedzi. Mówili że powstańcy zaczęli powstanie, że Warszawa będzie wolna, Niemcy uciekną, a potem przyjdą bolszewicy i czerwona armia.
O czerwonej armii słyszałem pierwszy raz z pół roku wcześniej, w zimie, kiedy bawiliśmy się ołowianymi żołnierzami. Jędrek Kiełbasiński powiedział mi wtedy że ona tak się nazywa bo wszyscy żołnierze chodzą w czerwonych mundurach. Nie bardzo mu wierzyłem. Ołowiani żołnierze którymi się bawiliśmy ubrani byli na zielono i mieli brązowe buty. SS-mani z pobliskich koszar byli ubrani na czarno. Do czerwonego munduru żołnierze musieliby mieć czerwone buty, a żołnierze w takich butach nie chodzą. Jędrek Kiełbasiński próbował więc mnie oszukać. Kiedy mu to powiedziałem dał mi syfona. Ale teraz o czerwonej armii mówili dorośli. Mówili że jak przyjdzie czerwona armia to będzie "co twoje to moje". Co ważniejsze mówili że czerwona armia chodzi bez butów. To załatwiało sprawę. W czerwonym mundurze ale boso - to było możliwe.

Mama była bardzo zdenerwowana, mówiła półgłosem, sama do siebie. To się jej rzadko zdarzało. Słyszałem:
- To szaleństwo, głupcy, zrujnują miasto, wszyscy zginiemy. 
Nie wiedziałem kim są "głupcy", ale pytać było niebezpiecznie. Miałem pod powiekami obraz wysokiego pana, byłem pewien że nigdy go nie zapomnę. Wiedziałem że każdy strzał z jego karabinu był celny i chciałem zobaczyć go triumfującego, ale z Mamą nie miałem szans. Mama była zła i można było oberwać. 

Eleganckiego pana nie zobaczyłem już nigdy. Następnego dnia, przyszedł do piwnicy inny pan, też powstaniec, miał białoczerwoną opaskę na ramieniu. Był niższy i nie taki elegancki. Przyniósł po dwie marchewki na dziecko, i mówił że Warszawa jest prawie wolna i że na razie chodzenie po ulicach jest niebezpieczne. Mówił że w związku z tym należy wykuć podziemne przejścia między piwnicami naszego i sąsiedniego domu. To mi się bardzo podobało. 

Dzień czy dwa później Mama powiedziała że teraz mniej strzelają i możemy wrócić do mieszkania, ale tylko do kuchni, bo jest osłonięta. Kiedy siedzieliśmy w kuchni przyszedł Romek Hartman i okazało się że on jest też powstaniec. Miał szeroki wojskowy pas i przypięty do pasa granat. Mama bardzo się dziwiła że Romek jest w powstaniu, bo był tylko trzy lata starszy od mojego brata, a Maciek miał tylko dwanaście lat. Zapytałem go czy ma rewolwer, bo chciałem żeby mi pokazał, ale Romek powiedział że broń zdobywa się na wrogu. Dodał że lada dzień dostanie drugi granat, a tego co ma, nie może dać mi do ręki, bo regulamin tego zabrania. Mama znów się zdenerwowała. W ogóle Mamę było teraz bardzo łatwo zdenerwować i lepiej było uważać. Ciekawy byłem co się dzieje z Kryśką Hartman. Nie było jej w mojej piwnicy bo Hartmanowie mieszkali w innym bloku. Na wiosnę tego roku Kryśka często, kiedy dorosłych nie było w domu bawiła się z moim bratem. Kiedy bawili się u Kryśki brat nie chciał mnie zabierać na zabawę, ale kilka razy bawili się u nas w domu i nie mogli mnie się pozbyć.

Już wiedziałem co robił elegancki pan pierwszego dnia powstania. Nie dalej niż pięćdziesiąt metrów od naszego domu były koszary SS. Elegancki pan, razem z innymi powstańcami próbował je zdobyć. Koszar nie zdobyli i wielu powstańców poległo. Nie wierzyłem żeby ten pan mógł zostać zabity. 

Te koszary SS interesowały mnie już przedtem. Widziałem SS-manów (nie mówiliśmy o nich "żołnierze") jak ćwiczyli rzut granatem, na placu przed budynkiem. Wjazd do koszar był zagrodzony szlabanem. Wartownik siedział w pomalowanej w czarno-białą jodełkę budce. Unikałem chodzenia chodnikiem po stronie koszar, w ogóle bałem się gdy mijałem SS-mana na ulicy. Jednak na krótko przed powstaniem ciekawość przemogła strach. Na wszystkich rogach budynku koszar budowano bunkry. Wybrałem sobie róg najdalszy od bramy i godzinami przyglądałem się jak pracują murarze. Zrobienie bunkra jest proste, jeżeli tylko budynek jest podpiwniczony. Usuwa się cegły z rogu - metr w górę i metr wzdłuż każdego boku. Buduje się nowy róg, wysunięty z pół metra wzdłuż każdej ściany budynku i zaopatrzony w poziome szpary strzelnicze. Tak właśnie zrobione były bunkry w koszarach SS. Później, kiedy murarze skończyli robotę już tam nie chodziłem - bałem się że w bunkrze może siedzieć SS-man. 

Od któregoś dnia powstania zamieszkaliśmy w piwnicach na stałe, to znaczy do kiedy Niemcy uciekną. Wydawało mi się że wszyscy mieszkańcy domu przenieśli się do piwnicy, w każdym razie były tu wszystkie znajome dzieci. My z bratem i matką mieliśmy miejsce w środku piwnicznego korytarza. Siedząc na naszej koi mogłem widzieć dużą rurę gazową wychodzącą z otworu w ścianie po mojej lewej stronie, przechodzącą pod stropem piwnicy i wchodzącą do otworu w ścianie po prawej stronie. Prawie każdego dnia wieczorem duży szary szczur wynurzał się z prawego otworu, dostojnie defilował wzdłuż całej długości rury i znikał po lewej stronie. W sposobie w jakim szedł było coś bardzo zdecydowanego. Bardzo szybko szczur stał się dla nas atrakcją, na którą co wieczór czekaliśmy. Więcej - szczur był dla nas wyzwaniem, chcieliśmy go zatrzymać. To Jacek Patycki wpadł na pomysł żeby wystawić przeciw szczurowi żołnierzy. Zaczęliśmy od samotnego piechura w zielonym mundurze i brązowych butach. Szczur nawet się nie zatrzymał, w marszu barkiem strącił naszego bohatera w dół i pomaszerował dalej. 

Także każdego dnia wieczorem odbywało się nabożeństwo. Biuro administracji naszego domu, które było na parterze, kilka metrów od drzwi od piwnicy służyło za kaplicę. Spiewaliśmy nabożne pieśni, przeważnie smutne jak "Kto się w opiekę" albo "Z dymem pożarów". Wieczory były więc uporządkowane, najpierw był szczur a potem nabożeństwo. Czasami jednak szczur się spóźniał i musieliśmy iść na nabożeństwo bez niego. 

Któregoś dnia SSmani wypędzili nas na sąsiedni plac, gdzie na anemicznej trawie siedzieli już mieszkańcy z domu, położonego między koszarami i nami. Z głośnika powieszonego na słupie nadali rozkaz Hitlera, najpierw po niemiecku, a później jakiś pan mówił dziwnie po polsku. Rozkaz mówił że Warszawa ma być zniszczona, tak żeby kamień na kamieniu nie został. No i wtedy jak ten pan to mówił, to sąsiedni dom - ten który stał między nami a koszarami SS - zaczął się palić. Ludzie zaczęli płakać i wyrzekać. Mama mówiła że zaraz podpalą nasz dom. Pan Grusza powiedział że nie, bo nas Niemcy wypędzili bez rzeczy, a tamtym z sąsiedniego domu pozwolili zabrać na plac, to co mogli unieśc z mieszkania. Powiedział że nas nie podpalą. 

Rzeczywiście, po jakimś czasie mogliśmy wrócić do domu. Ludzie mówili, że i tak mamy szczęście że to byli SS-mani a nie Kałmucy. Podobno na Belgijskiej Kałmucy urządzili sobie zabawę i idąc wzdłuż ulicy wrzucali granat do okienka każdej piwnicy. 
Szczur wciąż miał przewagę nad naszą armią. Nawet trzech wyborowych żołnierzy nie moglo dać mu rady. Jeden z nich zaginął w czasie bitwy - wpadł za rurę do dziury w murze. Parę dni później inny żołnierz poległ w starciu - odłamała mu się podstawka. 

Dorośli mówili, że będzie głód i ciągle rozmawiali o żywności. Któregoś dnia pan Winter wpadł na pomysł żeby zebrać pomidory z klombu na podwórzu. Problem był w tym że klomb był w zasięgu ognia z koszar SS. Pan Grusza powiedział że do dzieci nawet Niemcy nie będą strzelali. Nie wiem dlaczego to byłem akurat ja, w każdym razie dostałem białą chorągiewkę i pan Winter powiedział mi żebym poszedł zebrać pomidory z klombu. Nawet się nie opierałem, ale kiedy już mialem wyjść na podwórze zacząłem się bać. Jedni mówili, że najlepiej żebym się czołgał, inni żebym poprostu wyszedł powiewając białą chorągiewką. Nie pamiętam co zostało zdecydowane, co zresztą i tak nie miało znaczenia, bo wyszedłem na jakieś trzy kroki do przodu i szybko uciekłem z powrotem. Powiedziałem panu Winterowi że na klombie nie było już żadnych pomidorów. Pan Winter popatrzał na mnie, potem na klomb i powiedział:
- rzeczywiście nie ma.

Na to Pani Niczmanowa powiedziała:
- co też pan opowiada, przecież tam aż czerwono od pomidorów.
Pan Winter powtórzył jeszcze raz, tym razem głośniej:
- na klombie nie ma pomidorów.
Pani Niczmanowa popatrzała na Pana Wintera i wybąkała:
- rzeczywiście, nie ma. 
Byłem zdziwiony że dorośli tak szybko się ze mną zgodzili. 

Szczur wciąż wygrywał bitwy. Nasz oddział grenadierów został zdziesiątkowany. Dowódca oddziału spadł z rury i został zmiażdżony butem któregoś z dorosłych. Któregoś dnia Jacek powiedział że w naszym domu jest pełno Niemców. Łatwo jest ich rozpoznać po nazwiskach. Pani Lindorfowa, pan Kochman, pan Żurman, pani Rotsztajnowa to wszystko Niemcy. Maciek powiedział że Żydzi też mają niemieckie nazwiska. Jacek powiedział, że Żydów już nie ma bo ich Niemcy w zeszłym roku wybili. Bulek Winter powiedział że to że Żydów już nie ma to prawda, ale o Niemcach to nieprawda, bo mimo, że Winter jest niemieckim nazwiskiem on jest Polakiem, a Romek Hartman jest nawet powstańcem. Powiedział, że jego rodzina była w Polsce dwieście lat. Ja pomyślałem o Kryśce Hartman i przyznałem rację Bulkowi. Powiedziałem, że Jacek nie lubi pani Rotsztajnowej od czasu jak oberwał za ganianie jej kota.

Piwnica była oświetlana lampami karbidowymi. Przed powstaniem Niemcy włączali elektryczność na kilka godzin dziennie. Teraz oświetlenie elektryczne skończyło się całkowicie w początku powstania. Zwykle dla oszczędności paliła się tylko jedna lampa, zawsze sycząc i migocząc, gdyż wysokość płomienia zależała od chwilowego ciśnienia generowanego gazu. Tego wieczoru paliły się dwie karbidówki, i w dodatku pan Winter załadował do nich więcej niż zwykle karbidu, aby dłużej świeciły. Chodziło o to, by pan Żurman, który przekradł się ze Sródmieścia mógł zrelacjonować swoje przygody bez przerywania.Pan Żurman mówił, że na Woli, w pałacyku Michla broni się batalion Parasol. Pan Winter powiedział, że to nie pałacyk Michla, tylko Michlera, on wie, bo niedaleko stamtąd pracował. Pan Żurman powiedział, że o Parasolu jest piosenka, a w piosence jest Michla, a w ogóle jak mu się bedzie przerywało to przestanie mówić.  Po chwili, jak już nikt nic nie mówił, to powiedział że ulice Śródmieścia są zatarasowane barykadami, żeby ułatwić obronę przeciw niemieckim czołgom.

Barykady były zrobione z przewróconych tramwajów, samochodów, ułamków muru, bruku ulicznego, cegieł i takich rzeczy jak meble. Nie mogłem pojąć, jak można przewrócić tramwaj, ale byłem przekonany że powstańcy wiedzą jak to zrobić. 

Barykada - to jest to co musimy zrobić aby pokonać szczura. Kiedy nasza armia będzie za barykadą - szczur nie może zwyciężyć. Rozdwoiłem uwagę - jednym uchem słyszałem Jacka mówiącego, że da na szczurzą barykadę swój drewniany tramwaj, a drugim jak pan Żurman mówi że niemieckie bomby przebijają sklepienia domów i eksplodują w piwnicy. I właśnie wtedy wybuchnęła karbidówka po mojej lewej stronie. W zamkniętym pomieszczeniu piwnicy niegłośny sam w sobie wybuch sprawiał wrażenie potwornej detonacji; górna część lampy wyleciała w górę obracając się dnem do góry i wbiła się w sufit tak że palnik sterczał jak kaczy dziób do dołu. Teraz rzeczy zaczęły dziać się szybko i równocześnie. Pani Dobiecka wskazując prawą ręką na kaczy dziób piszczała:
- bomba, aaa...,
Jednocześnie lewą ręką próbowała zatkać sobie uszy w oczekiwaniu na wybuch. Pan Żurman wyprostował się i zakomenderował:
- Wszyscy padnij ! Tylko bez paniki.


Zakończenie - kliknij tutaj

Z profesorem Targowskim napisaliśmy książkę. Już wyszła z druku wydana w Oficynie Wydawniczej Kucharski.

Kup w księgarni internetowej - link tutaj, szukaj według tytułu lub nazwiska.


A tak wygląda okładka książki - prawda że ładna? 

Oto co znajdziesz w książce:
Są różne prawdy: jest prawda prozy, inna jest prawda reportażu, i inna dokumentu. A co się stanie, jeżeli spróbować skojarzenia dwóch prawd, jeżeli uzupełnić umiejscowioną w naszej polskiej rzeczywistości prozę komentarzem?

I to właśnie czytelnikowi proponujemy; jesteśmy przekonani, że doręczając mu w jednej książce w taki sposób skomponowaną całość dajemy czytelnikowi coś więcej niż jej dwie, potraktowane osobno, części składowe; dajemy mu coś w rodzaju prawdy rozszerzonej.

Spośród terminów jakich używa się, aby zdefiniować nasze ostatnie dziesięciolecia są takie jak globalizacja czy też czas przyspieszenia, czas zmiany. Te określenia brzmią dla nas Polaków szczególnie prawdziwie – na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeszliśmy przez wojnę, rządy reżimu komunistycznego, erę Solidarności, czas Unii Europejskiej i włączenia się w gospodarkę globalną, wreszcie okres kwestionowania zasad demokratycznych.

* * *

A teraz o odcinku który przeczytałeś. Jeśli tekst podoba Ci się - zadbaj jak należy o miłość własną autora. Na samym dole tego postu znajdź słowo Reakcje i jeśli zechcesz kliknij na jedno z trzech okienek - czy to na "zabawne", czy też na "interesujące" albo "fajne".

Możesz też dodać komentarz.

Możesz też na Facebooku kliknąć na "Lubię to".

Jak dotąd Festyn Opowiadań osiągnął prawie pięćdziesiąt tysięcy otwarć.

Aby przeczytać inne opowiadania możesz użyć dwóch przycisków nawigacyjnych "Starszy post", "Nowszy post" znadujących się na samym dole postu.


Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan i możesz ją polubić.


Ważne - Facebook zmienia swoje algorytmy i nie zawsze wyświetla prawidłowo moje posty. Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. W okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". 
Aby otrzymywać powiadomienia Facebooka o każdym opowiadaniu wejdź na profil Andrzeja Olasa (uwaga - tego z Vero Beach a nie ze Szwecji) ustaw kursor nad opcją znajomi i wybierz opcję bliscy znajomi.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań. Możesz też sobie opowiadanie wydrukować - naciśnij Print na dole ekranu. 

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować i kupić przez internet. 

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.

W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.



Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Otwórz Facebook i wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .




wtorek, 25 lipca 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 101.

Jedno zdanie



© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Przyśnił mi się Platon. Był w białej chlamidzie i powiedział:

- Brawo chłopcze, podoba mi się to twoje zdanie.

Kiedy tylko się obudziłem zerknąłem jeszcze raz na mój referat na konferencję młodych filozofów „Dziedzictwo Platona”. Pierwsze zdanie referatu było dokładnie takie jak je dwa dni temu napisałem:

„Przeżycie intelektualne uznaję za najważniejszy, najbardziej urzeczywistniający wymiar egzystencji homo sapiens”.

- Też mi się podoba – powiedziałem sobie – a zachęty nigdy nie jest za dużo.

Zachęty potrzebowałem tak jak drwal lasu, bo w reżimie Generalnego Przywódcy o areszt było łatwo, a jeszcze łatwiej było trafić do jednego z Obozów Umacniających Społeczną Kulturę. Oficjalnie w procesie umacniania można było stosować chłostę, nieoficjalnie wiadomo było że wielu z osadzonych nie udało się żyć zbyt długo. Zdarzało się to także filozofom.

- Potrzeba mi prokuratorów nie filozofów. Tych ostatnich możecie zamykać. Niech sobie myślą siedząc” – miał powiedzieć kiedyś Generalny Przywódca szefowi Nadgwardii.

Popołudniu mój dobry nastrój zamienił się w gniew. Gniew skierowany przeciwko Generalnemu Przywódcy, przeciwko hałasom odbywającego się na ulicy pod moimi oknami, trzydniowego Święta Pogłębiania Władzy Generalnego Przywódcy i wreszcie przeciwko temu rudemu nadgwardziście Generalnego Przywódcy, który kilka minut temu, po wtargnięciu do mojego pokoju skonfiskował moje pozwolenie na telefon komórkowy i swoim pancernym butem zmiażdżył wszystkie strony mojego, wydrukowanego na kredowym papierze referatu. Z rękami pełnymi porwanych stron, z zamkniętymi oczami, wyobrażając sobie nadgwardzistę zamienionego w chrząszcza gnojnika, życzyłem schodzącemu po schodach nadgwardziście wszystkiego najgorszego.

Chwilę potem z dołu doszedł mnie najpierw odgłos upadku a potem głos dozorczyni: „Panie nadgwardzisto, niech pan się nie rusza, zaraz wezwę pogotowie” i „oj, pana czapka zupełnie pognieciona, drut wystaje, już się nie wyprostuje”, a ja już wiedziałem, że odczucie satysfakcji z powodu upadku nadgwardzisty będzie trwało minutę, może dwie i gniew znów powróci. Musiałem się opanować.

- Szukaj przyczyn – uczono mnie – filozof szuka jak najgłębiej, wie, że uczucia gniewu, krzywdy, czy też euforii, entuzjazmu może opanować. Jeśli to zrobi, to dotrze do przyczyny.

Oczywistą przyczyną mojego gniewu był fakt, że filozofia, moja ukochana filozofia była bezradna wobec tyranii Generalnego Przywódcy a miesiąc temu specprokurator internował mojego kolejnego przyjaciela. Z goryczą rzuciłem to co pozostało z mojego referatu na podłogę i dla pocieszenia poszedłem napić się wina z Irminą - moją piękną i mądrą dziewczyną. Byłem młody, a kiedy jest się młodym to pocieszenia szuka się w miłości.

- Szkoda, że nie masz mocy Luke Skywalkera. A mnie pozwolenie na komórkę zabrali już trzy miesiące temu – powiedziała gładząc moją dłoń Irmina, kiedy opowiedziałem jej o wizycie nadgwardzisty. Rozejrzałem się dookoła:

- Widziałem na mieście Twoją ulotkę – powiedziałem ściszonym głosem – tę przedstawiającą Generalnego Naczelnika jako drapieżnego kocura. Uważaj na siebie.

Irmina pracowała w Centralnej Drukarni. Poza rozkazami Generalnego Przywódcy, co jakiś czas drukowała też rzeczy, za które można było posiedzieć. Powiedziała kiedyś, że mimo grożącego niebezpieczeństwa są zawsze rozchwytywane.

Gdy późnym wieczorem wróciłem do domu na ulicy wciąż trwały uroczystości pierwszego dnia Święta Pogłębiania Władzy Generalnego Przywódcy a szczątki mojego referatu wciąż leżały na podłodze. Podniosłem je i podszedłem do okna. Z ulicy przy triumfalnym wrzasku trąbki brzmiał refren bojowej pieśni Nadgwardii Generalnego Przywódcy:
Równać krok, przyjaciele!
Nadgwardziści na czele,
Najwierniejsi narodu synowie.

Obok trębacza zobaczyłem siedzącego w wózku inwalidzkim rudego nadgwardzistę. Z rozwartą w śpiewie gębą wystukiwał rytm zagipsowaną do uda nogą.

- Nie kusi go jakiekolwiek przeżycie intelektualne, ach nie – skonstatowałem.

Pomyślałem, że jeżeli Luke Skywalker  potrafi używać mocy to dlaczego nie miałby tego potrafić specjalizujący się w Platonie a zdrowo podpity filozof. Powiedziałem:

- Przez moc Platona rozkazuję: Grajcie „Wlazł kotek na płotek”.   

Z trzymanych w ręku stron mojego referatu buchnął niebieski blask a z ulicy usłyszałem znajome od dzieciństwa dźwięki kołysanki. Otwarta gęba nadgwardzisty zastygła w wyrazie zdumienia.

- Ja też tego nie oczekiwałem. Jakaż, ach jakaż może tu być przyczyna? - powiedziałem sobie i poszedłem do łazienki wsadzić głowę pod kran z zimną wodą.

Kiedy wróciłem, z ulicy doszła mnie woń gazu łzawiącego, orkiestra dalej grała „Wlazł kotek…” a tłum wykrzykiwał teksty obelżywe dla Generalnego Przywódcy. Z przewróconego wózka inwalidzkiego bielała wzniesiona do pionu, jakby wskazując drogę w kosmos, zagipsowana noga nadgwardzisty.

* * *

Na stole leżało zawiadomienie cenzury o skasowaniu Konferencji Młodych Filozofów, a za oknem trwały uroczystości drugiego dnia dnia Święta Pogłębiania Władzy. Niósł się chóralny śpiew nadgwardzistów:
Generalny Przywódca na przedzie
Nasze czołgi na księżyc zawiedzie.

- Jesteś pewien – zapytała Irmina próbując przekrzyczeć wrzask nadgwardzistów – nie przyśniło ci się? Trochę wypiłeś.

- Widziałem i słyszałem. Widziałem ten niebieski blask. Promieniował ze zdania o przeżyciu intelektualnym. Słyszałem orkiestrę grającą „Wlazł kotek…”, a noga nadgwardzisty wskazywała pionowo w górę, tam gdzie ma sięgać kosmiczny program Generalnego Przywódcy.

Irmina nie była przekonana.

- A ta pierwsza strona? Na pewno znikła?... Może byś ją na nowo wydrukował?

- Posłuchaj – powiedziałem - wczorajsze wydarzenie było wydarzeniem nadnaturalnym. Z takim wydarzeniem nie kojarzy mi się ani komputer, ani drukarka. Ale… Jeśli ci na tym zależy wydrukuję to pierwsze zdanie.

* * *
- Grajcie „Wlazł kotek na płotek” – powiedziała Irmina z wydrukiem w ręku.

Tak jak wczoraj buchnął niebieski blask i znów usłyszałem dźwięki kołysanki. Brakło tylko bielejącej nogi nadgwardzisty. Ten, jak podała wcześniej telewizja, przebywał w szpitalu, a za poświęcenie w służbie został udekorowany odznaką nazywającą się „Wyróżniająco zasłużony dla Generalnego Przywódcy”.

Tłum pulsował, rozgrzewał się, było coraz głośniej. Pomyślałem, że należałoby zanotować co celniejsze epitety kierowane w stronę Generalnego Przywódcy.

Dotychczas nieruchome, dwie armatki wodne pełzły w stronę zgromadzenia.

- Zrób coś – podała mi wydruk Irmina.

- Rozkazać można w myśli. Tak było z upadkiem nadgwardzisty – powiedziałem.

Armatki były coraz bliżej tłumu.

- Armatki wracać do bazy - pomyślałem.

Tym razem eksplozja niebieskiego światła wydała mi się bardziej intensywna. Zaraz potem litery wydrukowanego zdania pojaśniały, a po chwili strona z wydrukiem znikła – pod moimi palcami robiła się coraz mniejsza, coraz mniejsza, i już jej po prostu nie było.

- Dwa rozkazy i moc znika – powiedziałem patrząc na odjeżdżające armatki.

- Dlaczego tylko dwa? – zapytała Irmina.

- Bo szkoła platońska uważa, że liczba dwa symbolizuje umiarkowanie, równowagę, powściągliwość. A mocą należy dysponować właśnie z umiarkowaniem.

* * *

Irmina wygooglowała „bunt przeciw tyranowi”.

- Kiepsko – powiedziała po chwili – pełno tu ostrzeżeń. Piszą, że rzadko kiedy zwycięski przywódca żyje dłużej niż kilka następnych lat, a jego śmierć jest najczęściej bardzo gwałtowna i nieoczekiwana. W ogóle bywa dużo trupów.

- Tego byśmy nie chcieli. Potrzeba nam powściągliwości, a gdyby jeszcze obalenie tyrana było przeżyciem intelektualnym to byłoby fajnie.

- Na razie do obalenia daleko. Jedynym przejawem buntu jest śpiewanie „Wlazł kotek…”.

- Generalny Przywódca już tej kołysanki zabronił – powiedziałem. Irmina zamyśliła się. Po chwili powiedziała:

- Mam pomysł.

* * *

Ostatniego, trzeciego dnia Święta do tłumu stu tysięcy mieszkańców zgromadzonych na stołecznym stadionie przemawiał Generalny Przywódca. Trybunę z Generalnym Przywódcą pokazywały zgromadzonym rozstawione na koronie stadionu telebimy.W ostatnim rzędzie trybuny z  której przemawiał Przywódca, tuż za Głównym Specprokuratorem zauważyłem siedzącego w wózku inwalidzkim rudego nadgwardzistę. Lewa klapa jego galowego munduru zakryta była olbrzymim, błyszczącym czymś, co musiało być przyznaną mu odznaką.

 Generalny Przywódca zapowiedział utworzenie armii kosmicznych czołgów pokoju:

- Jako jedna wielka rodzina pokoju musimy objąć w posiadanie wszystkie planety naszego układu słonecznego. A potem galaktykę.

Z dachu stadionu, przy dźwięku triumfalnych fanfar, sfrunęły na widzów tysiące papierowych modeli czołgów kosmicznych. Na kadłubie każdego czołgu wydrukowany był portret Generalnego Przywódcy z podpisem „Pokój”.

Modele wyprodukowała Centralna Drukarnia. Podczas produkcji Irmina dokonała dwóch niewielkich zmian. Po pierwsze napis „Pokój” przesunęła troszeczkę do góry. A po drugie w wygospodarowanym miejscu poleciła komputerowi wydrukować niewidocznym atramentem moje czarodziejskie zdanie.

- Zagwarantowaliśmy im jeśli nie intelektualne przeżycie, to przynajmniej niespodziankę – zauważyłem, patrząc na łapiących papierowe czołgi ludzi.

- Wszystko zależy od tego co pomyślą o Generalnym Przywódcy – Irmina oglądała trzymany w ręku model rakiety tak jakby próbując odczytać niewidoczne zdanie.

Czekaliśmy.

Na jednym ze środkowych telebimów ukazał się obraz stojącej przy kuchennym kontuarze uśmiechniętej pani. Trzymając w ręku pokrywkę zajrzała do stojącego na palniku garnka i powiedziała coś w obcym języku, nie był to angielski, może szwedzki albo duński. W dole obrazu ukazał się biały pasek z tekstem:

- Teraz przerzucam to z garnka na durszlak i płuczę.

Irmina spojrzała na mnie bezradnie.

- Czekajmy, jeszcze jest czas – powiedziałem. 

Pani na ekranie odłożyła pokrywkę i zaczęła odwiązywać fartuszek. Za pośrednictwem białego paska powiedziała:

- Mam taki głupi zwyczaj. Lubię gotować nago.

Irmina ze łzami w oczach darła na strzępy trzymany w ręku model czołgu.

- Czekajmy – powtórzyłem.
- Coś się jednak dzieje – powiedziała po chwili Irmina, bo z telebimów buchnęły znajome nuty kołysanki „Wlazł kotek na płotek…”. Spojrzałem na trybunę.

Generalny Przywódca zmieniał się. Znikał naćkany szamerunkami mundur, ciało przywódcy puchło.

- Patrz. Oni zmienili go w kota. Ale nie w takiego jak w kołysance. Stanie się tym ohydnym kocurem z mojej ulotki – powiedziała Irmina.

Nie odpowiedziałem. Patrzałem na telebim, na obraz rudego nadgwardzisty. Rudzielec zerwał z klapy odznakę i trzymając ją w ręku krzyczał:

- Ja tego nie chcę. Ja już nie będę. Precz z Generalnym Przywódcą.

Generalny Przywódca stał się olbrzymim kocurem. Z rozdziawionego pyska sterczały mu żółtawe kły.

Trybuna powoli uniosła się w górę, zawisła w powietrzu. Odrzucona przez rudego nadgwardzistę odznaka błysnęła w słońcu i spadła na trawę stadionu. Po chwili trybuna zniknęła gdzieś w przestrzeni.

- Gdzie też oni wszyscy trafią? – zapytała Irmina.

- Przypuszczam, że do któregoś kręgu piekieł - odpowiedziałem.

Na chwilę przeniosłem wzrok poza stadion i wydało mi się, że z dalekiego obłoku kiwa do mnie głową brodaty Platon.

- Wolność, wolność – skandował stadion.

- Chodźmy napić się wina – powiedziałem. – Za przeszłych filozofów i za przyszłość.

KONIEC  


Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpoczynamy jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć. Numery 99 i 100 nie ukażą się.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

   Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.


  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .





czwartek, 20 lipca 2017

#Festyn opowiadań™, Nr 98.

O dwóch Dunkierkach i filozofii


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Dunkierkę[1] urządził sobie Maciek, mój brat z Ryśkiem Kulickim na kasztanie koło zakonnic, przez dwie gałęzie przerzucili wystrzępiony koc, w środku siedziało się na złamanym konarze. Z dołu mogłem zobaczyć tylko ich przewieszone przez konar nogi, reszty Dunkierki wśród liści kasztana widać nie było i do Dunkierki nie wolno mi było, młodszemu o trzy lata szczeniakowi, wchodzić. Trochę wiedziałem, że w prawdziwej Dunkierce Niemcy biją się z Francuzami, ale mnie szło o tę tutejszą, Maćkową Dunkierkę. Moja wyobraźnia gotowała się, pracowała na najwyższych obrotach i oczywiście, że wejść, kiedy tylko Maciek poszedł grać w piłkę, spróbowałem. Złapali mnie, kiedy byłem w połowie, z głową już w Dunkierce, ale z resztą ciała jeszcze na zewnątrz, za karę Maciek zabrał mi „Przygody Koziołka Matołka” i powiedział, że od tej pory będą one w Dunkierce. Na zakończenie powiedział: „Verfluchte Donnerwetter”. 

Wieczorem poskarżyłem na Maćka mamie, a kiedy mama zapytała skąd wiem o Dunkierce powiedziałem, że przecież przedwczoraj rozmawiała o Dunkierce z panem Michniewiczem, tym co ma radio ukryte w piwnicy. Mama krzyknęła na mnie, że o radiu nie wolno w ogóle mówić, bo teraz jest wojna i żadnego prawa już się nie przestrzega, i że jak Niemcy się dowiedzą, to albo nas rozstrzelają, albo wsadzą nas wszystkich do więzienia. Oberwało się też Maćkowi, mama powiedziała, że koc mogą sobie z Ryśkiem zatrzymać, choć też by się w domu przydał, ale żadnej Dunkierki być nie może, muszą sobie wybrać inną nazwę, na przykład Maciejowice. To mi się nie spodobało i powiedziałem, że na Maciejowice nie zgodzi się Rysiek, na co mama tylko machnęła ręką. Jak mama odeszła, to Maciek powiedział, że nigdy mi nie powie jak się Dunkierka będzie nazywała, bo od teraz nazwa będzie tajna, a teraz, to właśnie do tego miejsca, którego nazwy nigdy nie poznam, idzie. Poszedłem do kuchni, gdzie mama obierała kartofle, stanąłem koło niej, a ona powiedziała żebym nie zawracał jej głowy i sobie poszedł. Wyszedłem do ciemnego korytarza i zamykając drzwi do kuchni pomyślałem, że ci wszyscy co mnie nie lubią, mama, Maciek, Rysiek i Niemcy, jeśli chcą to mogą mnie rozstrzelać; mnie na niczym już nie zależy, a zabronić im tego nie można, ponieważ, jak mama powiedziała, żadnego prawa nie ma. A potem stojąc obok wieszaka, zwrócony twarzą do ściany powtarzałem „Verfluchte, Verfluchte, Verfluchte…”.

Kilkanaście dni później, kiedy mama powiedziała panu Michniewiczowi to samo co mnie, że tu żadne prawa nie obowiązują, pan Michniewicz pokiwał głową. Potem powiedział, że niektóre to tak – na przykład prawo grawitacji. Ale to prawda, że już od kilkunastu lat, na wschód i na zachód od nas, zabraniające mordować prawa ludzkie przestały obowiązywać, a teraz tak samo jest u nas. A pilnują tego tacy jak ci tam – wskazał na ogromny gmach szkoły rękodzielniczej[2] stojący prawie naprzeciw naszego domu, na rogu Kazimierzowskiej i Narbuta. Wiedziałem o co mu chodzi – szkoły już tam nie było, bo wkrótce po zajęciu Warszawy Niemcy zajęli budynek na koszary. Kwaterował tam teraz batalion SSmanów.

Kilka dni po awanturze o Dunkierkę, kiedy bawiłem się na podwórku, pani Duchnowska powiedziała mamie, że Niemcy już są w Paryżu. Spytałem mamę o Paryż, powiedziała „dziecko nie zawracaj mi głowy”. W pół godziny później Jurek Spychowski przejechał mnie rowerem, przewróciłem się. Sprawca był niewiele, bo tylko o trzy lata starszy.
Kiedy się podnosiłem jego matka powiedziała głośno: „Rzucił mu się pod koła”. Była to nieprawda. Rozpłakałem się. Przez następny tydzień Maciek i jego koledzy mówili o mnie „beksa”, a ja zdałem sobie sprawę, że istnieje zło.
W cztery lata później ani siedmioletni Jurek Spychowski, ani jego matka nie żyli. Zabił ich któregoś dnia powstania warszawskiego granat wrzucony do piwnicy ich domu.

Jak się nazywała kryjówka Maćka i Ryśka dowiedziałem się kilkadziesiąt lat później od Ryśka Kulickiego. Rysiek Kulicki został inżynierem i w latach siedemdziesiątych wieku dwudziestego budował drogi, ale nie u nas w Polsce, tylko w Iraku, dla Saddama Hussejna.
- Tam było łatwiej budować – powiedział, kiedy w roku dwa tysiące jeden piliśmy wódkę w Kijowie.
Jak sobie teraz przypominam, to właściwie w Kijowie dopiero zaczęliśmy pić, a o Iraku to Rysiek opowiadał już w Odessie, kiedy tam się z piciem i z całą wycieczką biura Itaka przenieśliśmy.
- Bo Saddam miał na to pieniądze? – Zapytałem.
- Miał, to też. Ale było łatwiej przede wszystkim dlatego, że nie lubił zakrętów. Droga miała iść prosto.
- No tak. Za zakrętem może ktoś stanąć i wprost z ramienia odpalić jakiś pocisk – a na samochód, nawet taki opancerzony, wystarczy jakiś taki niewielki, może być podkalibrowy – powiedziałem.
Rysiek potwierdził kiwnięciem głowy:
- I jeszcze droga miała być szeroka. Naprawdę szeroka. Na trzy czołgi. W każdą stronę. A jak jakaś wioska w tym przeszkadzała, to tym dla wioski gorzej. I dla jej mieszkańców. Pozbyć się ich łatwo. Na przykład używając sarinu, tabunu czy gazu musztardowego.

Niewiele więcej się w Odessie o Iraku dowiedziałem, bo Rysiek w samo południe zniknął. Zobaczyłem go dopiero o późnym popołudniem, przy trapie, na pół godziny przed odpłynięciem naszego statku. Był pośrodku grupy trzech osób, po lewej ukraiński milicjoner i po prawej też. Wyglądało to tak jakby był eskortowany, ale właśnie, kiedy miałem coś powiedzieć, ten z prawej, zauważyłem, że oddech miał nieświeży, powiedział „my z Ryśkom druzja”. Uścisnęli się, każdy z każdym i Rysiek wkroczył na trap. Tak że o Iraku dalej rozmawialiśmy dopiero po wypłynięciu z Odessy, a o Dunkierce przypomniałem sobie przy drinku dopiero kiedy już dopływaliśmy do Stambułu, bo właśnie wtedy minęliśmy ogromny kontenerowiec Dunkirk. Kiedy przypomniałem Dunkierkę Ryśkowi powiedział, że nie pamięta, a potem, jak trochę pomyślał, to dodał, że ta jego Dunkierka na kasztanie skończyła się po czterech dniach, bo jego starszy brat pokazał mu jak się gra w zośkę.

Odstawiłem szklankę:
- W tej prawdziwej Dunkierce był pan Przybiera z Lubaczowa. Opowiadał, że do ewakuacji była długa kolejka, Angole, a tych było najwięcej, to się nawet nie rozpychali, tylko ciągle szwargotali w tym swoim angielskim języku.
 Sięgnąłem po smartphona: „Tu piszą, że ta prawdziwa trwała dni dziesięć. Zaczęła się 26 maja 1940. roku. Po dwóch pierwszych dniach zabrało się z portu Dunkierki i okolicznych plaż do Anglii niecałe osiem tysięcy żołnierzy”.
- Ale po ośmiu dniach Brytyjczycy ewakuowali ponad trzysta trzydzieści tysięcy – czytałem dalej – popatrz, to była najdłuższa na świecie kolejka!

Rysiek zastanawiał się:
- Wiesz, za komuny na jeden metr kolejki do mięsnego przypadało czterech, a czasem i pięciu ludzi. Z Anglikami pewnie było luźniej – powiedzmy trzech ludzi na metr, jeden za drugim. No to wychodzi, że byłaby ze sto kilometrów długa.
- Nic dziwnego, że pan Przybiera na kolejkę się nie załapał i do Anglii się nie dostał - zauważyłem.
- Pana Przybiery nie znam – powiedział Rysiek – ale jak pamiętam, to drugiego dnia tej naszej Dunkierce zmieniliśmy nazwę.
- Tak, a mnie nie powiedzieliście. Ja bym ją nazwał Koziołek.
- To od Koziołka Matołka. Ale nie. Naszą Dunkierkę na kasztanie nazwaliśmy Verfluchte. A o tobie to najbardziej pamiętam, że przeraźliwie bałeś się Niemców. Ty i Jurek Spychowski, ten co go zabił granat.
Nie chciałem przypominać sobie mojego strachu, więc opowiedziałem Ryśkowi o panu Przybierze.

Pan Przybiera dlatego znalazł się w Dunkierce, że był ordynansem, czyli pucybutem. Prosty, nic nieumiejący chłopak z mazowieckiego miasteczka poszedł na wojnę we wrześniu tysiąc dziewięćset trzydziestego roku i trafił na jakiegoś oficera, nie wiem nawet jakiej rangi, dość, że potrzebował ordynansa. A ordynans[3] to żołnierz zazwyczaj szeregowy lub podoficer pozostający w dyspozycji oficera do wszelkiego rodzaju posług pomocniczych (na przykład utrzymanie w czystości munduru i butów, przenoszenie przedmiotów, sprzątanie kwatery). I ordynansem pan Przybiera został.

Powiedziałem, że pewnie pan Przybiera stał w kolejce dla swojego oficera. I może dlatego nie dostał się do Anglii, bo wystał miejsce właśnie dla szefa? Bo pan Przybiera przez resztę wojny był w obozie dla internowanych w Szwajcarii. Zaraz po wojnie wrócił do swojego miasteczka na Mazowszu. Robił wierzchy do butów, zawoził je do hurtownika do Warszawy a stamtąd, już skojarzone z podeszwami trafiały na bazar Różyckiego. W miasteczku pana Przybiery była fabryczka obuwia o pięknej nazwie Pionier, ale ze względu na pobyt w Szwajcarii pan Przybiera zaliczał się w czasach stalinowskich do wrogów i dlatego władze nie wydały mu dowodu osobistego a bez dowodu nie można go było w fabryczce zatrudnić. Pan Przybiera istniał jako wróg, ale poza tym, na przykład jak chodzi o emeryturę, to już w ogóle nie. O Szwajcarach mówił nie najlepiej: „Niektórzy z nich to byli bardzo źli ludzie. Tak jak są Murzyni”. Zaciskał mocno wargi i grubą igłą przebijał skórę kolejnego wierzchu na kopycie. O złych ludziach w swoim miasteczku wspomniał tylko raz, na pogrzebie swojej żony.

Rysiek wysłuchał historii pana Przybiery i powiedział:
- Chyba jest tak, że zło jest takie samo w Iraku, w Warszawie, w Szwajcarii, czy w miasteczku pana Przybiery. A do rozpoznania zła filozofa nie potrzeba.

Przytaknąłem, bo pamiętałem, choć chciałem zapomnieć, to co zdarzyło się trzeciego, a może czwartego roku wojny. Szedłem Kazimierzowską od Madalińskiego w stronę Rakowieckiej. Kiedy mijałem koszary wyszedł z nich i szedł naprzeciw mnie wysoki SSman w czarnym mundurze. Bałem się, bałem się nieograniczenie. Minęliśmy się, ruszyłem pędem do domu, wpadłem do kuchni i długo stałem w ciemnym kącie korytarza. Stałem tak, bo wiedziałem, że spotkałem się ze złem.
- W dzieciństwie myślałem, że można tak zrobić, żeby zła nie było – powiedziałem.
- A teraz?
Milczałem. Pomyślałem, że wczoraj na sąsiedniej ulicy pobili obcego.




Ewakuacja w Dunkierce miała miejsce w drugim roku Drugiej wojny światowej, w dniach 26 maj – 4 czerwiec 1940.
[3] https://pl.wikipedia.org/wiki/Ordynans

                                                    
                                                      KONIEC 

 Jeśli odcinek podoba Ci się i chcesz mi o tym powiedzieć - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu. Sprawisz mi tym przyjemność.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też użyć tych maleńkich kwadracików na dole bloga do udostępnienia na Facebooku, Twitterze czy G+.

                          Kolejne opowiadanie za tydzień.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .

Mapa protestów przeciw niekonstytucyjnym decyzjom Prawa i Sprawiedliwości - 19.07.2017