sobota, 14 października 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 112.

Ostatnia runda


© Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Poniedziałek, 11 lipiec 2005,  jubileusz uczelni. Jak zwykle, zawsze czujni na darmowe alkohole, pierwsi do drinków ruszyli dziennikarze.
- A Wiesiek w pierwszym szeregu – zauważył Jacek, patrząc na pulsującą przy barze grupę – nabierają wigoru, ciekawe który to z nich popsuje taki przyjemny jubileusz. A tak ładnie się zaczął.
Po drinkach, kiedy już wszyscy usiedli, rektor przedstawił wiceministra:
- Przypominam, że jest on naszym byłym uniwersyteckim kolegą. Oddaję ci głos drogi ministrze, drogi Stefanie.
 Wiceminister wspierał się prezentacją komputerową:
- Proszę państwa, w jednym z sycylijskich dialektów nie ma czasu przyszłego. Nam, historykom to nie przeszkadza. Nam chodzi o czas przeszły, a czas przeszły jest w każdym języku. Dumny jestem z tego, że tu, na tej uczelni, byłem uczniem znakomitego historyka profesora Rzęckiego. Uczniem nie tylko w nauce ale i w jachtingu. Dla mnie i dla innych jego uczniów profesor był zawsze młody. Traktowaliśmy go jak starszego brata.
- Rzygałeś na morzu gorzej niż listonosz na zapleczu Urzędu Pocztowego w Białce Podhalańskiej - myślał Jacek  - na rejsie do Sztokholmu Rzęcki tylko kiwał głową. To tyle o jachtingu, Stefanku. A co do przeszłości – właśnie o nią będzie tu chodziło.
Na ekranie komputerowego rzutnika przewijały się fragmenty wystąpień  ministra:
- Po długiej walce, w której ja też miałem swój niewielki udział skończyliśmy z komunizmem. Będzie dobrze, będzie coraz lepiej – mówił minister w Wałbrzychu. Jego mowę w Białymstoku ilustrowało hasło: “WIEK XXI – WIEKIEM POLSKIEJ NAUKI”, zaś podczas przemowy w Hajnówce  prezentowane plansze puchły od geometrii rozwojowej: - krzywe pięły się w górę jak drabina jakubowa, słupki przypominały wielkością dęby w pobliskiej puszczy Białowieskiej. Oczywiście była też uśmiechnięta gęba ministra wsiadającego do rządowego BMW.
Wiceminister kończył:
- W swojej ostatniej pracy o uczciwości historyka, profesor Rzęcki cytował św. Grzegorza: „Nawet jeśli prawda może spowodować zgorszenie, to lepiej dopuścić do zgorszenia, niż wyrzec się prawdy!". Takiej właśnie maksymie dotrzymywałem wierności pracując naukowo a teraz dotrzymuję w działalności politycznej.
Na ekranie wizerunek Św. Grzegorza ustąpił miejsca ostatniemu slajdowi – odręcznej, pisanej pulsującą energią dłonią notatce wiceministra do księgi pamiątkowej jubileuszu.
Z szerokim uśmiechem na twarzy wiceminister uścisnął dłoń rektora. Jacek, siedząc niedaleko od projektora, obserwował Wieśka kierującego się w stronę obsługującego projektor technika.
- A więc wypadło na Wieśka – pomyślał.
- Jeszcze uzupełnienie wystąpienia pana ministra – jeden slajd z tego laptopa – właśnie przyszedł majlem – powiedział Wiesiek do technika.
Na ekranie ukazał się ręcznie pisany tekst:
- Jestem patriotą. Kocham swój kraj. W trosce o przyszłość naszego kraju uważam za swój patriotyczny obowiązek zawiadomić, że profesor Rzęcki prowadzi działalność antyrządową. Na swoim seminarium atakuje Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą i towarzysza Jaruzelskiego. W mieszkaniu przy ulicy Madalińskiego utrzymuje skrzynkę kontaktową Solidarności. Poniżej podaję nazwiska studentów zamieszanych w konspirację...
 Zażenowaną ciszę sali przerwała uwaga podpitego reportera:
- Patrzcie, jakie te teksty podobne - ten wiceministra i ten teraz. Jakby oba napisała ta sama ręka.
- Przecież powiedział, że walczył. Tylko po której stronie? - Dorzucił ktoś z tylnego rzędu.
Dwóch ochroniarzy skierowało się w kierunku stojącego wciąż przy projektorze Wieśka. Na sali narastał hałas, gdzieś pękł rzucony na podłogę kieliszek, właściciel cateringu przynaglał kelnerów do pośpiechu w likwidowaniu bufetu.
Dwa tygodnie przed jubileuszem, poniedziałek, 27 czerwiec 2005. Rektor Jacka uczelni był człowiekiem wysokiej ambicji. Wiesiek, przyjaciel i partner Jacka w cotygodniowej partyjce
Znalezione na ulicznym słupie
szachów, uważał, że teorio-ewolucyjne konsekwencje takiej osobowości są bardzo poważne. W 
ramach obowiązków służbowych dziennikarza Wiesiek naczytał się materiałów ostatniej konferencji na temat biologii ewolucyjnej i dzielił się swoją erudycją ze wszystkimi znajomymi. Jacek nie pamiętał już wywodu Wieśka, natomiast spodobał mu się cytowany przykład: ponieważ Churchill był takim superambitnym człowiekiem, to dzieci Churchilla były alkoholikami, wnuki nie lepsze, a prawnuków nie powinno być wcale. O dzieciach rektora Wiesiek narazie nie wiedział nic i się nie wypowiadał.
Rok temu ambitny rektor zaokrąglił nieco rocznicę powstania uniwersytetu i w ten sposób znalazł powód do zorganizowania jubileuszu ze sobą w roli głównej. Jacek, przecież profesor historii, otrzymał dwa zadania: po pierwsze uzyskanie notki wiceministra do księgi jubileuszowej: – to pana znajomy sprzed lat – razem panowie żeglowaliście - zadanie drugie: przekopanie archiwum uczelni. Rektor oczekiwał rezultatów. Nie byłby zaskoczony, gdyby Jacek dowiódł, że król Jagiełło, Maria Curie-Skłodowska, Wałęsa czy Chopin byli absolwentami uczelni.
Czy rektor wiedział, że w archiwum między innymi papierami znajduje się donos na Rzęckiego? Jackowi wydawało się, że nie. Chociaż wiedzieć mógł - uczelnia to wylęgarnia plotek i donosów.

Jednak najpilniejsza była ta, wymagana przez rektora, notka do księgi jubileuszowej. Kiedy wreszcie odbierał ją od sekretarki okazało się, że wiceminister, czyli kiedyś Stefan przyjmuje wysokiego urzędnika Unii Europejskiej i zobaczyć się ze znajomym z młodości nie może. Nie było też sugestii o jakimkolwiek spotkaniu w przyszłości, co Jacek przewidział jeszcze przed wizyta w ministerstwie.
Im bliżej dnia jubileuszu, tym bardziej, głęboko wewnątrz Jacka mózgu, w ciele modzelowatym, czaiło się poczucie malejącej sympatii do sytuacji. Trzeba było coś z tym donosem zrobić – okazja była – miał przecież pojechać i dać w Suwałkach odczyt o Jadźwingach.
Kiedy Jacek z żoną Kaliną pojechali w końcu do Suwałk, wracając zboczyli do Puńska. Kalina wybrała się na targ kupić miejscowy specjał – sękacz i posłuchać dźwięków litewskiej mowy. Powiedziała, że jest przecież aktorką, a wsłuchiwanie się w obce języki pomaga w doskonaleniu potrzebnej w zawodzie dykcji.  Jacek natomiast trafił do miejscowej biblioteki publicznej i wychodząc powiedział sobie:
- No nareszcie wszystko jest załatwione.
Poniedziałek, 11 lipiec 2005, wieczorem po jubileuszu.
 - Jestem patriotą. Kocham swój kraj. W trosce o przyszłość naszego kraju uważam za swój patriotyczny obowiązek zawiadomić, że profesor Rzęcki prowadzi działalność antyrządową.... – Kalina czytała z trzymanej w ręku pożółkłej strony – na swoim seminarium ... - przerwała i popatrzyła na Jacka.
Rzucona na stół strona spadła na podłogę, a Kalina wzięła do ręki pogniecioną kopertę.
- No to teraz mów. Wszystko. Skąd się to tu na Twoim biurku wzięło. Od początku aż do dzisiejszego skandalu – powiedziała.
Nim Jacek otworzył usta, do drzwi zadzwonił Wiesiek.
- Mejl przyszedł z Biblioteki Publicznej w Puńsku – zapisany wcześniej ale z wprowadzoną dzisiejszą datą wysłania. Nie wiadomo kto go wysłał – powiedział, podnosząc leżącą na podłodze stronę.
- Już wiadomo – Kalina ze złością trzepnęła kopertą w stojący na stole talerz z pokrojonym sękaczem – wiadomo kto, tylko nie wiadomo dlaczego nic nie mówił.
Oglądając kopertę dodała:
 – A donos przyszedł z Wiednia, w lipcu 1988.
- Donos znalezłem w archiwum – powiedział Jacek – już wtedy byłem pewien, że to dzieło Stefana; A jego odręczna notka napisana na jubileusz, z tym samym charakterem pisma – to matematyczny dowód. Ot, cała odpowiedź.
- Już są pierwsze plotki – minister, szef Stefana sądzi, że to robota rektora – powiedział Wiesiek - ministerstwo milczy, nieoficjalnie mówi, że fałszerstwo, że charakter pisma zmienia się z wiekiem, i tak dalej i tak dalej, więc minister nie ma problemu.
- Z tym tutaj ma problem – głowa Kaliny wskazała na Jacka – jak go znam, Jacek już jest gotowy do następnej, drugiej rundy. I nie mówcie o wiceministrze per Stefan – on jest podłym politykiem, którego nie chcę znać. To tak jakby zbrodnia Kainowa na odwyrtkę – zabójstwo nie młodszego, a starszego prawie brata.
- Jeszcze jest to – wyciągnąłem to ze starych papierów - Jacek podał Kalinie pożółkłą stronę sztokholmskiej popołudniówki. Pół strony gazety zajmował wybity tłustym drukiem tytuł; było to jedno słowo, sześć liter: Hjälte. Na marginesie ktoś dopisał ołówkiem: “Bohater” a poniżej: “uratował szwedzkiego żeglarza”.  Pod tytułem widniało zdjęcie jachtu Alfa Centauri. Załoga jachtu zgrupowana była koło grotmasztu. W prawym górnym rogu zdjęcia włamana była fotografia kapitana - profesora Rzęckiego.
- Pamiętam ten rejs, to był rok 1980 – powiedziała Kalina – jedyny raz kiedy Stefan był na morzu.
Dwa tygodnie później, poniedziałek, 25 lipiec 2005. Wiceminister, tak jak przewidział Wiesiek, milczał. Oficjalnie rzecznik ministerstwa powiedział, że ministerstwo nie widzi potrzeby komentowania, bo domniemanie autorstwa donosu jest śmieszne.
Wkrótce donos stał się tłem, podkładem do szerszej dyskusji, bo na czasie było ustalenie budżetu Instytutu Pamięci Narodowej. Jedna z radiostacji ogłosiła zbiórkę miliona złotych na fundusz “Oczyścić i Najsurowiej Ukarać. Cały Układ”. Celem funduszu miało być wykrycie autora donosu. O ministrze nie było ani słowa.
Drugim tematem dyskusji było życie profesora Rzęckiego. Wiesiek opublikował stronę sztokholmskiej popołudniówki i zdjęcie jachtu Alfa Centauri ozdobiło wpierw jego dziennik a potem okładki tygodników. Fakt, że na liście załogi jachtu kapitana Rzęckiego byli Jacek, Kalina i wiceminister był tłustym kąskiem dla prasy.
Żyjąca jeszcze gosposia profesora powiedziała w wywiadzie, że przez ostatnie pół roku przed śmiercią profesor bez przerwy chodził po mieszkaniu: “Tylko dywan wydeptywał, aż się bałam, że ślad wydepcze, a przecież usiadłby sobie. Niespokojny był.” Gdzieś przed końcem roku 1988., jakieś sześć miesięcy po nadejściu donosu, po cichu, bez rozgłosu, profesor Rzęcki odszedł na emeryturę, a po następnym pół roku zmarł.
Prasa rozpisywała się o nieudanym jubileuszu, o donosie, w tygodnikach analizowano życiorys skrzywdzonego profesora ale wiceminister trzymał się mocno. W publikacjach pojawiało się jego nazwisko, ale ostrożność nie pozwalała na łączenie jego nazwiska z donosem. Brakowało nowych dowodów. Jacek pocieszał się, że była to tylko pierwsza runda dłuższej rozgrywki.
Wieczorem, Wiesiek jak zwykle stawił się na partię szachów, przyniósł nawet kwiatki dla Kaliny, koniaczek i ostatnie wiadomości. Minister właśnie obciął rektorowi pieniądze na badania - rektor się pieni. Z innych wiadomości – felietonista brukowca, a znajomy ministra krytykuje grę aktorską Kaliny, nazywając ją Lady Makbet light.
Kalina zniknęła w głębi mieszkania, gdzie rozmawiała ze swoją urażoną ambicją. Jacek z Wieśkiem zamyśleni siedzieli nad prawie pustą szachownicą (zadanie Keresa, rok 1932, mat w dwóch posunięciach). Niespodziewanie przewracając białego króla, wylądowała na szachownicy stara, pogięta pocztówka.
- Ty szakalu – powiedziała Kalina do Jacka - mówiłeś o starych papierach – a jakże. Od początku wiedziałeś dlaczego Stefan to zrobił – miałeś tę pocztówkę. Czemuż, ja biedna, nie mam męża, który myśli płasko? Czemuż nie mam męża posadzkarza?
Wiesiek podniósł pocztówkę i spojrzał na Kalinę:
- Tu widać wielkie koło wiedeńskiego Prateru – diabelski młyn – powiedział.
- Spójrz na drugą stronę – powiedziała Kalina - tę pocztówkę przysłał nam Stefan na miesiąc przed donosem. Z pozdrowieniami z  Austrii i z prośbą o zapytanie profesora Rzęckiego, czy jego praca habilitacyjna została zaakceptowana.
- Aha – powiedział Wiesiek.
- Jacek sprawdził wtedy z profesorem i odpisaliśmy mu, że niestety praca została odrzucona. No i przyszły wiceminister został na zachodzie, a co najważniejsze – zemścił się. Za habilitację. Tym donosem. Zniszczył Rzęckiego,  a wkrótce, sprytny podlec, zrobił karierę jako emigrant polityczny. A ten szakal – tu wskazała na Jacka – skojarzył to natychmiast po znalezieniu donosu. I milczy.
- Szczeka – powiedział Jacek.
- Co szczeka?
- Szakal. Nie milczy, a szczeka.
- Co najwyżej się tchórzliwie odszczekuje, jest zdradliwy, żywi się padliną, wypadają mu włosy i bolą go zęby, tak, że chce mieć implanty – powiedziała Kalina w przestrzeń – a tę pocztówkę proszę mi opublikować w dodatku nadzwyczajnym, w milionie egzemplarzy, w pięciu językach – zwróciła się do Wieśka. Wiesiek milcząc schował pocztówkę do teczki.
- No dobrze – powiedział Jacek – powiem Wam trochę więcej.
Kalina odchrząknęła: - Trochę.
- Dzisiaj rektor zaprosił mnie do swojego gabinetu i zaproponował mi pozycję prodziekana. Odmówiłem, mówiąc, że na prodziekana się nie nadaję. Wiem, że się odmowy spodziewał. Nie nalegał - Jacek podniósł białego króla i przyglądał mu się podejrzliwie.
- A może widzi w tej figurze rektora – pomyślała Kalina - choć biały król symbolizuje dobro.
Jedenaście dni później, piątek,22 lipiec 2005. Wydawało się, a w każdym razie tak sądził Jacek, że opublikowana przez Wieśka pocztówka z Wiednia zakończy walkę w drugiej rundzie. Nic z tego. Na poziomie brukowców pocztówka zrobiła wrażenie, ale minister wciąż się trzymał. Ataki na Jacka i Kalinę nie ustawały. Felietonista zaatakował Jacka z grubej rury:
- Wśród studentów znany jest jako Szalony Profesor. Mówi się o nim, że to co zaczęło się dla niego jako poszukiwanie intelektualnego spełnienia, z upływem lat stało się pociesznym ćwiczeniem unikania rzeczywistości oraz przekleństwem wieku średniego.
- Skąd on to przepisał? – pieklił się Jacek – to jest zbyt mądre aby mógł to sam wymyśleć.
W ten piątek wrócił do domu z dwiema butelkami szampana. Wycałował Kalinę, zaprosił Wieśka, i zanim zdążył się upić, pokazał im swój łup – kartkę maszynopisu:
„Jestem patriotą. Kocham swój kraj.W trosce o przyszłość naszego kraju uważam za swój patriotyczny obowiązek zawiadomić, że profesor Rzęcki jest agentem Służby Bezpieczeństwa. Próbuje rekrutować tajnych współpracowników na wydziale Historii.”
- Ja ten patriotyzm i to “w trosce o przyszłość”  i “patriotyczny obowiązek” znam na pamięć – to znów Stefan –  powiedziała Kalina – skąd to masz?
- Z archiwum uniwersyteckiej Solidarności. Ostatnim razem rektor wspomniał coś o ciekawych papierach skierował mnie do panny Zosi, która wszystko ma w mały palcu. Wszystko jest udokumentowane. Ten donos też przyszedł z Wiednia, w tym samym czasie - w lipcu 1988 i jest po prostu przeróbką tego pierwszego. Stefanek przedtem donosił Służbie Bezpieczeństwa, a teraz Solidarności. To jest trzecia runda i już w tej rozgrywce ostatnia.
- Prawda. Z drugiego donosu już się nie wytłumaczy – powiedział Wiesiek wkładając kartkę do teczki – jutro będzie w gazecie.
Jacek, z kieliszkiem w ręku, podśpiewywał radośnie:
Gdy raz wypiłem parę wódek
Zjawił się u mnie Krasnoludek.[1]
- Powiem Wam jeszcze jedno – powiedział Wiesiek – nareszcie sprawiedliwości stanie się zadość bez podstępnego działania jakiegoś intryganta we własnym interesie – dla kariery czy dla pieniędzy.
Wieczorem następnego dnia wiceminister zwołał konferencję prasową. Powiedział, że autorem donosów nie był. Był ofiarą szatańskiego spisku agentów SB. Tamtego roku w Wiedniu został porwany przez SB, uwięziony w piwnicy, torturowany przez podtapianie. Po kilku dniach tortur zmuszono go do przepisania ręcznie tekstu donosu.
- Proszę państwa – choć agenci układu wciąż działają, ujawniam prawdę w imię mojego honoru. Apeluję do mediów o zrozumienie, bo nagłaśnianie tej sprawy przyczynia się do zagrożenia mnie i mojej rodziny. Godzinę temu złożyłem panu premierowi dymisję z mojego stanowiska. Wiem, że po schwytaniu wywodzących się ze Służby Bezpieczeństwa sprawców będę w stanie znów podjąć służbę publiczną.
- Jak teraz wygląda twoja trzecia runda? – zapytała Jacka Kalina – wprawdzie stracił stanowisko, ale dalej kłamie.
Miesiąc później, 3 wrzesień 2005, piątek. Restauracja “TW” była pełna. Jacek rozmyślał głośno:
- Jestem historykiem. Prokurator ze „Zbrodni i kary” – to nie dla mnie.
Kalina podniosła się od stolika:
- Mówiąc o zbrodni i karze - zaraz wracam.
Jacek wiódł za nią wzrokiem. Szła do stolika zajętego przez byłego wiceministra.
- Idę za nią - zdecydował.
- Szkoda tego deseru, tych ananasów i kiwi – powiedziała Kalina podnosząc z bocznego stołu salaterę z galaretką -– ale trudno.
Po chwili niesiony powolnym ruchem galaretki płatek kiwi z wolna spływał po czole byłego wiceministra. Przez dłuższą chwilę zatrzymał się na brwiach lewego oka nadając mu wygląd pirata. Osłupiały wiceminister trwał w bezruchu. W ciszy, jaka zapanowała na sali, Kalina powiedziała:
- Proszę państwa, tak wygląda tortura przez podtapianie.
Jacek sięgnął po miseczką z sałatką i podał ją Kalinie. Wygarniając zawartość miski na głowę Stefana Kalina ciągnęła dalej:
- Jeszcze tę sałatkę. Zielone groszki, czerwoniutka marcheweczka, białe kosteczki kartofli, wszystko w żółtym majoneziku – cóż to za piękna gama kolorów – jak na straganie w dzień targowy. Jakaż to piękna dekoracja dla nikczemnika.

- Nokaut w czwartej rundzie - powiedział Jacek.


Następny dzień był dniem jak inne, z tą różnicą, że szykując śniadanie Kalina recytowała:
Na straganie w dzień targowy
Takie toczą się rozmowy...[2].
Przerwała i powiedziała patrząc na fotografię w porannej gazecie:

- O to twój rektor. 

Jacek z osłupieniem wpatrywał się w podpis pod fotografią:
Wygrał w ostatniej rundzie. Nowy wiceminister mianowany na miejsce skompromitowanego poprzednika.”

   - Przecież rektor nie brał udziału w twojej rozgrywce? Przecież piątej rundy nie ma -  powiedziała Kalina.  

- Tak się wszystkim wydawało – odpowiedział Jacek drąc gazetę na kawałki - ale jest. I w tej piątej - ostatniej rundzie - ścierwnik karmi się ciałem zdechłej hieny.

---------------------------------------------------
[1] Marian Załucki, Krasnoludek
[2] Jan Brzechwa, Na straganie w dzień targowy 

KONIEC

Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć. Numery 99 i 100 nie ukażą się.

   Za tydzień następny odcinek opowiadania.


Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też wyrazić swoją opinię klikając na jedno z trzech okienek w dole postu.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i
spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .
Rozważam otwarcie Festynu Opowiadań dla podobnych w formacie utworów innych autorów - co o tym sądzicie? Skomentujcie. 





sobota, 7 października 2017

#Festyn opowiadań™, wydanie II, Nr 111.

List Polecony


©Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

Jadąc do Magdy, do Braunschweigu, zatrzymałem się w Berlinie, aby zwiedzić odbudowany Reichstag. Pod portretem Adenauera przypomniałem sobie o liście mamy, kiedy to w latach pięćdziesiątych mama napisała do papieża; był to wtedy chyba Pius któryś tam. Prosiła go, aby zgodził się zostać Komisarzem Dobrej Woli; kiedy tylko się zgodzi, mama podejmowała się napisać do marszałka Stalina, prezydenta Eisenhowera, premiera Churchilla i może generała de Gaulle’a (nie pełnił on wtedy funkcji rządowych, ale mama liczyła się z jego ogromnym autorytetem), aby wzięli udział w tej komisji i rozwiązali problemy świata. Wykluczyła kandydaturę odwetowca Adenauera i zaznaczyła, że pisze do papieża choć jest niewierząca, że wstrzymywała się z przygotowanym od dawna listem aż do końca kadencji prezydenta Trumana – czołowego podżegacza wojennego, i że marszałek Stalin miał rację mówiąc, że pokój może być utrzymany, jeżeli narody wezmą sprawę pokoju w swoje ręce. Niosąc ten list na pocztę, aby nadać go jako polecony, przepełniony byłem wewnętrznym protestem. Liczba pojedyńcza mamy kłóciła się z liczbą mnogą narodów świata. Na poczcie, stojąc w kolejce, postanowiłem, że nigdy więcej listów poleconych wysyłać nie będę.

Trudno mi dokładnie powiedzieć jak to poszło z listem dalej - czy mamę wezwali, czy też ktoś przyniósł list z powrotem - w każdym razie zobaczyłem później tę kopertę (a dla elegancji mama naruszyła, jeszcze przedwojenny, zapas materiałów piśmiennych), otwartą, z nieskasowanymi znaczkami, z nalepką Polecony, i z napisanym czerwonym ołówkiem, energicznie podkreślonym tekstem: więcej takich listów nie pisać. W ten sposób Adenauer nigdy się o wykluczeniu przez mamę nie dowiedział i pewnie stąd na portrecie wydawał się być zupełnie z siebie zadowolonym. A o papierowym krzyku rozpaczy mamy nikt się nie dowiedział; ja sam, wówczas nastolatek, nie rozumiałem jej ciężkiego brzemienia – brzemienia sieroctwa, dwóch wojen, wdowieństwa i rzezi powstańczej Warszawy. I z tymi myślami dojechałem do Braunschweigu.

- Scheisse, scheisse, scheisse. Ten Halt jest Schweinehunde  – rzucony przez Magdę list wylądował na kuchennym kontuarze pomiędzy salcesonem brunszwickim i miską kartoflanej sałaty. 
- Wyczerpujesz mój zasób niemieckiego. Zostało mi tylko Hände Hoch, Raus i Nur Für Deutsche – powiedziałem podnosząc list – kto to jest ten Halt?
- Herr Halt jest intendentem szkół tutaj, w Braunschweigu. Lubi mówić Nein.
- O co chodzi ?
Magda wskazała nożem na krojony salceson:
- To miasto jest jak ten salceson. Są Polacy, Niemcy z byłej NRD, Turcy, Arabowie, Włosi. Ale to co trzyma to wszystko, ta otoczka, to są miejscowi Niemcy – trzymają władzę, tak jak to gówniane, niejadalne pokrycie trzyma razem cały salceson. Z ich ramienia Herr Halt pilnuje szkół. Dla niego jestem brudną Polką, a mój mąż jakimś wasser-polakiem - synem pookupacyjnego bezpaństwowca.

- Skurwysyn. Żeby on tylko wiedział  – wróciłem myślami do powojennych lat w Głuchowie. Wcześniej czy później będę musiał zrelacjonować Magdzie to co wiem o wydarzeniu z tamtych lat – wiedziałem o tym ja i wiedziała o tym ona. Wolałem aby nastąpiło to jak najpóźniej – dobrze, że za godzinę wyruszałem z powrotem do Polski.

- Poprzednik Herr Halta nie pozwolił na naukę polskiego mojemu synowi, choć walczyłam jak lwica – dziabnięta z furią połówka salcesonu wylądowała na podłodze – a teraz Herr Halt zabrania polskiego mojemu wnukowi – dla niego polski jest dla untermeschen. W Polsce niemiecki jest nauczany w normalnym trybie, tutaj nie ma o tym mowy – ładna mi Unia Europejska i dwudzieste pierwsze stulecie. Powiedziałam mu co o nim myślę, a ten bęcwał pozwał mnie do sądu.
Magda wskazała nożem na leżący na kontuarze list:
- Każą mi zapłacić grzywnę 300 euro – albo mogę to odsiedzieć.
- Te kanapki  zrób mi lepiej z serem – powiedziałem, podnosząc z ziemi salceson – znaczy, że robisz tutaj za męczennicę, za Emilię Plater.
- Emilia Plater miała szablę – dziabnięty po raz drugi salceson znów wylądował na podłodze – a ja mam tylko ten salceson i tę miskę z sałatą – Magda rąbnęła miską o podłogę. W zgodności z prawami ruchu i prawem grawitacji szczątki miski i jej zawartość wkrótce spoczęły na podłodze; reszta wszechświata pozostała niewzruszona.
- Żebyś tylko nie skończyła w chatce leśnika - pomyślałem.

Minęło pół roku od mojej wizyty w Braunschweigu. W godzinę po przyjeździe do Głuchowa, województwo Wrocławskie, zatrzymaliśmy się z Magdą na górnym mostku przy ulicy Sienkiewicza. W biegnącym wzdłuż ulicy potoku kąpał się szkielet podwozia czterokołowego wózka dziecinnego z brakującym lewym tylnym kołem i uczepioną do szkieletu reklamówką Lidla. Wózek wydawał się być z dynastii nie późniejszej niż AWS, podczas gdy reklamówka była PiSowska lub PO-owska. Z oddali patrzały na nas, milcząc, Góry Sowie.

Tamtego dnia, na mostku  mieliśmy przed sobą imponującą ruinę zakładu Della, za Niemców fabryki Schreibera. Frontowa ściana zakładu ziała nieregularną dziurą. Okrąg opisany na dziurze mierzyłby kilkanaście metrów. Nad dziurą niepewnie zwisała popękana struktura dachu. Mógł to być 155 mm pocisk, ale biorąc wiekowo, dziura była pokojowa i postkomunistyczna. Byliśmy w najbardziej dotkniętej przemianami części Polski.
- To gdzieś w tej okolicy się to wszystko dla mnie zaczęło. Znajdźmy jakieś ślady, spróbujmy się czegoś dowiedzieć – powiedziała Magda.

 Jak to się dla niej zaczęło wiedziałem więcej, niż powiedziałem jej w drodze do Głuchowa. Niedługo po wojnie (drugiej, światowej), będąc wtedy uczniem piątej klasy, właśnie w tym Głuchowie, dokładnie szóstego listopada przepowiadałem sobie w łóżku, na chwilę przed zaśnięciem, referat, który miałem wygłosić następnego dnia:
 - Trzydziestą rocznicę Wielkiej Rewolucji Październikowej czcimy więc jako nasze święto, święto pionierów na naszych Ziemiach Odzyskanych, które wyzwolił generalissimus towarzysz Stalin.  Prezydent Bierut powiedział nam, że nasze miejsce jest tutaj. Nie będziemy więcej ciemiężyć narodów zachodniej Ukrainy i Białorusi. Na imperialistyczne Bizonie i Trizonie, klasa robotnicza Francji, zjednoczona wokół sekretarza Komunistycznej Partii Francji towarzysza Maurice’a Thoreza odpowiada „Ami go home”....  
- Byle się nie zająknąć, jak będę czytał – myślałem – teraz będą salwy dział Aurory i pałac Zimowy.
Z sypialni wujostwa dochodziła cicha rozmowa.
- To ta Niemka z sąsiedztwa,  ta co ją wywożą z transportem do Niemiec. Była robotnicą u Schreibera. Nie chce wziąć dziewczynki. Zgwałcił ją jakiś Kałmuk i urodziła – mówiła ciotka - nie ruszaj mnie, nie mam dziś ochoty.
W szmerze pościeli słyszałem dalej:
- No dobrze, ale przyrzekasz, że ją weźmiemy.
Z sypialni dochodził rytmiczny skrzyp łóżka. Dosyć niejasno odczułem podniecenie (w końcu miałem tylko jedenaście lat). Następnego ranka mój referat zaciął się na salwach Aurory, a parę dni później w rodzinie pojawiła się Magda.

Z tej zimy pamiętałem jeszcze powożoną przez parobka wujostwa karetę, karetę którą zajechaliśmy na pasterkę. Po pasterce kozioł, stojącej zwykle w stodole karety, stał się miejscem, skąd dowodziłem wojskami Napoleona pod Jeną, a na skórzanych siedzeniach karety spędziłem niejedną chwilę czytając Trylogię i Karola Maya. Kareta stała się moją wyspą szczęścia.
- Rewolucja srewolucja, a tak eleganckiej karety nigdy więcej nie widziałem – wymamrotałem, wciąż myślami w przeszłości.
- Co ty gadasz – Magda przyglądała mi się podejrzliwie.
- To może być tamten dom, ciotka mówiła o sąsiedztwie – powiedziałem, wskazując na brązowy budynek. W uchylonych drzwiach wejściowych krzątała się starsza kobieta.

- Wciąż zastanawiam się, jaką przed tą adopcją miałam narodowość – powiedziała Magda, kiedy, w parę minut później, odchodziliśmy z Magdą od drzwi staruchy – może ta starucha miała rację nazywając mnie szwabskim bękartem. Może i teraz dobry prawnik dowiódłby, że nie należy mi się żadna narodowość. Przedtem jeszcze wnuk tej starej, jako dobry patriota, przyłożyłby mi kijem bejsbolowym.
- Jej chodziło o dom – przerwałem - a nuż pokażesz jakiś papier i powiesz wynocha, stara. Słucha pewnie radia Maryja, a wnuki wysyła na pielgrzymkę do Częstochowy. Mnie nazwała folksdojczem, a przecież nie wyglądam.  
- Mnie w ogóle nie powinno być. Zbrodnia towarzyszyła mojemu poczęciu. Nie znam ani Niemki, która mnie urodziła, ani ojca Kałmuka. Niemcy w Braunschweigu mówią o mnie  brudna Polka. Czuję się Polką, a w Polsce wyzywają mnie od hitlerówy. Ciekawe, jak by mnie nazwali u ojca w Kałmucji. Uprawiają tam słonecznik i kukurydzę, więc pewnie najłagodniej powiedzieliby: spierdalaj kurwo w kukurydzę gryźć pestki.

Milczałem. Nie miałem nic do zaproponowania, brakowało nawet marzeń, brakowało kozła i skórzanego siedzenia karety.  
- Patrzę na te ruiny dookoła i widzę, że lepiej by było nie wypędzać stąd Niemców, tylko brać od nich pieniądze. Po co ja tu przyjechałam? Gdzie ja mam się podziać ? Gdzie ja mam się podziać ? Napisz mi, proszę, list do premierów, prezydentów i kanclerzy tego świata z jednym, jedynym pytaniem - gdzie Magda ma się podziać ? Słyszysz ? Ja chcę tego listu.
- Napiszę. I wyślę go jako polecony.


KONIEC

Numerem 101 Festynu Opowiadań  rozpocząłem jego drugie wydanie - pierwsze wydanie Festynu uzyskało w ciągu niecałych dwóch lat ponad 26 tysięcy otwarć. Numery 99 i 100 nie ukażą się.

   Za tydzień następny odcinek Festynu Opowiadań.


Opowiadania Festynu możesz otrzymywać mejlowo przez subskrypcję kolejnych numerów Festynu Opowiadań. Poprostu w okienku w prawym górnym rogu postu wpisz swój e-mail i kliknij "subscribe". Jest to chyba najwygodniejszy, nie zajmujący czasu sposób. 

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też wyrazić swoją opinię klikając na jedno z trzech okienek w dole postu.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i
spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań. Jest też strona Festynu Opowiadań: @Festyn.Opowiadan. Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.
Książka "Dom nad jeziorem Ontario" jest zbiorem kilkunastu opowiadań. Jest trudno dostępna - nakład zostal wyczerpany, ale spróbuj ją wyguglować  i kupić przez internet.   

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU, a najłatwiej jest ją wyguglować i kupić na internecie.
W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .
Rozważam otwarcie Festynu Opowiadań dla podobnych w formacie utworów innych autorów - co o tym sądzicie? Skomentujcie.