sobota, 21 stycznia 2017

#Festyn opowiadań™, Nr 74.

Spotkajmy się na Nowej Gwinei




© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)



1. Opowiadam od początku. Z Markiem poznaliśmy się na studiach, nie była to przyjaźń, ot zwykłe koleżeństwo, a kilka lat po studiach nasze drogi rozeszły się – ja pozostałem na uczelni, a on przekwalifikował się na dziennikarza naukowego. 


Teraz, prawie ćwierć wieku później przysiedliśmy przy stoliku w kawiarnianym ogródku, niewiele więcej niż dziesięć metrów od przystanku autobusowego na rogu ulic Nowy Świat i Foksal. Miałem opowiedzieć o swoich losach - Markowi wydawało się, że może wyjdzie z tego jakiś reportaż. Na blacie naszego stolika leżał wykonany z brązu medal. Napis „Joseph Louis Lagrange” na obrzeżu medalu okalał popiersie mężczyzny z wyróżniającym się wydatnym nosem.
- Jeśli ktokolwiek zasłużył na ten medal[1], to właśnie ja – powiedziałem.
- Ejże, nie przesadzasz?
- Nie patrz na to tylko z wąskiej perspektywy odkryć naukowych dokonanych przez geniuszy, przez wielkich ludzi. Przyjmij do wiadomości, że nikt inny nie wpłynął na moje życie bardziej niż Joseph Louis Lagrange. A ten medal jest dla mnie tylko potwierdzeniem…


Przerwałem bo Marek sprawdzał swoją aparaturę:
 –Zawsze nagrywam na dwóch kanałach – na komórce i na archaicznym, ale spisującym się dobrze,  dziennikarskim minimagnetofonie – powiedział – jest w porządku. Nagrywa się. No to mów.
- Najlepiej zaczynać zawsze od początku – powiedziałem - a to wszystko co mi się zdarzyło, zaczęło się właśnie tutaj, na Nowym Świecie niedługo po wprowadzeniu przez generała stanu wojennego. Stałem wtedy na tym przystanku – jechałem wtedy do Pałacu Staszica na seminarium o formalizmie Lagrange’a…
- Aha. Lagrange’a – Marek chrząknął znacząco.
- A po seminarium miałem zająć się czarną księgą docenta K. – przełknąłem łyk kawy, odstawiłem na stolik filiżankę i ciągnąłem dalej - autobusu 116 długo nie było, przystanek był zatłoczony, a poranny deszcz pozostawił na nierównym chodniku brudnawe kałuże. Gapiłem się na południe, na wyłaniający się zza skrzyżowania Nowego Światu z Alejami Jerozolimskimi zarys budynku Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i zastanawiałem się czy tego kolejnego dnia stanu wojennego pojawił się już przy swoim biurku towarzysz generał Jaruzelski i czy spędzi kolejny dzień pracując nad podniesieniem stopy życiowej naszego narodu, bo na przykład moja stopa – stopa doktoranta - bardzo takiego podniesienia potrzebowała.
- Takich opowieści wysłuchałem setki – zauważył Marek – Jaruzelski ze swoją przodująca rolą partii przewija się wszędzie. Nawiasem mówiąc koncept przodującej roli znów stał się u nas modny. Ale mów dalej.

- Nie zastanawiałem się zbyt długo – kontynuowałem - bo po chwili na przystanku zatrzymał się autobus 116. Jedna z tych ładnych dziewczyn, które jeżdżą tą linią na uniwersytet, wysiadając z autobusu i omijając kałużę wpadła wprost na mnie; papierowa torba, którą trzymała w ręku pękła i wypadło z niej ze trzydzieści numerów Tygodnika Mazowsze. Nie wsiadłem do tego autobusu, resztę dnia spędziliśmy z Basią kolportując Tygodnik. Przemieszczaliśmy się od adresu do adresu, ja w każdym tramwaju czy autobusie wypatrywałem tajniaków, a za kolejnym ulicznym rogiem spodziewałem się milicjantów. A w tydzień po spotkaniu Basi zaliczyłem pierwsze zatrzymanie: czterdzieści osiem godzin w pałacu Mostowskich.
- To wtedy jakiś tajniak-intelektualista zacytował ci ten siedemnastowieczny tekst? – Zapytał Marek.
- Tak. Tekst pamiętam do dzisiaj. Powiedział: Nigdy umysłu pańskiego złą wiadomością nie zasmucać, bo dobremu słudze przede wszystkim winno być miłe pańskie zdrowie. A wreszcie i cóż pomoże?”. A po chwili dodał: „Państwa nie zasmucaj. A nie, to państwo zamknie cię, kto wie może na kilka lat”.

2. O docencie K. i więcej o formalizmie Lagrange’a. Do przystanku podjeżdżał kolejny autobus 116.
- A w trzy dni po zwolnieniu z pałacu Mostowskich znów umysł pański złą wiadomością zasmuciłem – powiedziałem.
- I znów cię zamknęli?
- Nie, to nie to. Poszło o pański umysł docenta K. mojego promotora a zarazem człowieka o silnych stanach emocjonalnych. Zasmuciłem go, a może lepiej powiedzieć zirytowałem go niewinną uwagą o jego czarnej księdze – czarnej, bo maszynopis przyszłej książki obłożony był eleganckimi, pochodzącymi z zachodu, czarnymi okładkami. Książkę miał ocenić wielki autorytet naukowy, dyrektor naszego Instytutu. Zasugerowałem wyrzucenie jednego z jej rozdziałów, według mnie zupełnie  niepotrzebnego. Docent K. spojrzał na mnie i powiedział, że coś za chętny jestem do wyrzucania i że jakby mi pozwolić, to bym bez ceregieli wyrzucił Einsteinowi masę m ze wzoru E = mc2.
- Oczekuję, że docent K. postanowił cię usadzić – powiedział ze zrozumieniem Marek.
- Tak właśnie postąpił: „Właśnie opuścił pan seminarium o formalizmie Lagrange’a. W sąsiedniej sali są cztery tablice i jest spory zasób kredy. Proszę wyprowadzić równania Lagrange’a drugiego rodzaju. Ma pan na to półtorej godziny.”

Marek spojrzał na mnie pytająco.
- Równania wyprowadziłem. Zrobiłem to na tyle elegancko, że docent K. mnie pochwalił i postawił innym za wzór. Ale nie miałem wtedy poczucia, że poznając Basię i wyprowadzając te równania…
- Lagrange’a – wtrącił Marek.
- … nadaję mojemu życiu całkowicie nowy kierunek. Zaraz potem czarna księga została wydrukowana, miała w środowisku naukowym powodzenie, docent został zaproszony na wykłady do Stanów. Już do kraju nie wrócił, a po paru latach został dziekanem na jednym z amerykańskich uniwersytetów. A tu u nas generał padł, zaczęły się przemiany, a ja z nędzy komunistycznej popadłem w nędzę koniecznych przemian ustrojowych.
- To wtedy spotkałem ciebie pod szczęką pod Pałacem Kultury. Sprzedawałeś wietnamskie chusty i szale.
- Robiłem za pomocnika pana Janka. Otwierałem szczękę, rozkładałem towar i przygotowywałem kawę dla pana Janka, żeby była gotowa jak już przyjdzie. Pan Janek gniewał się, kiedy koło naszej szczęki nie było obmiecione.
- Obmiatanie nikogo nie hańbi – zauważył Marek.
- To prawda, ale jak ktoś się przy obmiataniu głęboko zamyśli, na przykład rozważając punkty Lagrange’a albo konsekwencje splątania kwantowego, to może to obmiatanie wypaść całkiem niedbale. Jak się jest w nędzy, to o takich rzeczach lepiej nie myśleć.

Opowiadałem dalej:
 - Tymczasem tam w Ameryce docentowi K., który awansował i był już dziekanem, zabrakło profesorów – z tych co byli, kilku albo przeszło na emeryturę, albo poszli do przemysłu.
- Rdzenni Amerykanie wolą robić biznes niż zajmować się nauką. Posada profesora nie jest atrakcyjna, dlatego od robienia nauki są imigranci. Czytałem o tym – wtrącił Marek.
- Docent K. postanowił spróbować z uczonymi z Polski – ale tylko z tymi, o których wiedział coś dobrego. Nie chciał za bardzo ryzykować.
- A o tobie wiedział. Dzięki równaniom Lagrange’a. Więc pakowałeś się do Stanów – a co na to pan Janek?
- Pan Janek był OK. Postawił „fifth”- butelkę amerykańskiej whisky i zaopatrzył mnie w adres kuzyna na nowojorskim Green Point: „Jakby co, to tylko do niego – wiesz, tam nie każdemu można ufać, ale jemu musisz”. Paszport dostałem łatwo, bo już było po okrągłym stole.

3. Poprawiłem się na ogrodowym krzesełku. Jestem w Stanach, uczę, prowadzę badania, stabilizuję się - studentów mam złych, średnich i dobrych, należy to do codziennego doświadczenia profesora, wiemy przecież że rozkładem zdolności rządzi…
- Krzywa Gaussa – powiedział Marek – wiemy, wiemy.
- Ten rozkład obowiązuje prawie wszędzie, tak jak pech zdarza się nie wszędzie, ale prawie wszędzie. Kiedy prowadzę seminarium doktoranckie zatytułowane „formalizm Lagrange’a”….
- Lagrange’a. Kolejny raz – znacząco powiedział Marek.
- … jednym  z moich gorszych studentów jest niejaki Pierre, a jego pełne nazwisko to Pierre Lagrange. Pierre nigdy o słynnym Lagrange’u nie słyszał. Ale… Ale na drzwiach mojego biura wisi zawiadomienie o seminarium z wybitym tłustym drukiem nazwiskiem Lagrange. Pierre przypadkiem trafia na to zawiadomienie, następne kilka dni spędza guglując i staje się coraz bardziej pewien, że jest potomkiem sławnego matematyka. Obwieszcza to na Facebooku i Twitterze. Przekonany, że doc Tom, bo tak mnie studenci zwali, powie mu o Lagrange’u coś więcej, wpada podczas office hours do mojego biura. Żeby się go pozbyć wręczam mu poniewierającą się w moim biurze broszurkę o metryzacji; jest tam sporo o Lagrange’u, bo to on w czasie rewolucji francuskiej szefował komisji, która obdarowała nas metrem i kilogramem.
Zauważyłem, że Marek niecierpliwi się, bawił się pustą filiżanką po kawie. Pomyślałem, że w reportażu Marek całej mojej relacji nie zmieści. Trudno, to jego problem, niech słucha.

4. O tym czym jest fifth. - Teraz musimy trochę zboczyć w stronę alkoholi, w stronę whisky – powiedziałem - to co w Polsce jest zwyczajowym pół litra, w Ameryce nazywa się  „fifth” – standardowa butelka whisky.
- To ta fifth, którą postawił pan Janek?
- Tak. „Fifth”, bo tak się mówi, choć właściwie to „one fifth”, znaczy jedna piąta, i przez długie lata fifth zawierała objętość jednej piątej amerykańskiego galona. Ale  czterdzieści lat temu fifth została  w Ameryce zmetryzowana – zamiast siedmiuset pięćdziesięciu siedmiu mililitrów, bo tyle ma jedna piąta galona, rozporządzeniem federalnym zmniejszono jej objętość do siedmiuset pięćdziesięciu mililitrów – trzech czwartych litra. Odtąd whisky rozlewa się do takich butelek.

Wypiłem łyk kawy i ciągnąłem dalej:
- Pewnego wieczoru rozlewając przyjaciołom whisky Pierre opowiada czego dowiedział się od doktora Toma o swoim przodku i o metryzacji. I wtedy ma znakomity pomysł: Podnosi do góry butelkę whisky – tę fifth - i mówi, że odtąd będzie ją nazywał „doc Tom’s special”.
 – Chyba po polsku najlepiej byłoby to oddać jako „specjał doktora Toma” – wtrąca Marek -chyba nie uda mi się zmieścić tego w reportażu. Szkoda, bo „specjał” brzmi dobrze.
Zastanawiam się chwilę i mówię:
- Znaczeniowo chyba lepiej byłoby powiedzieć „miarka doktora Toma”. Tak czy inaczej nazwa przyjmuje się na uczelni, studenci ją lubią, o specjale wzmiankuje lokalna gazeta. Ale kiedy siedzę w biurze dziekana L. (docent K. już wyfrunął do lepszego uniwersytetu) słyszę: „Dlaczego zachęcasz do picia alkoholu? Rodzice naszych studentów się niepokoją. Wycofał się największy darczyńca naszego Uniwersytetu”. Tłumaczę dziekanowi nieporozumienie z żywym i zmarłym Lagrange’m. Kiedy zauważam, że nie powinniśmy mówić o pieniądzach, bo misją uniwersytetu jest nauka, dziekan L. spogląda na mnie jak na idiotę i pyta:
- A skąd ci coś takiego przyszło do głowy?

W tym momencie już wiem, że mój czas na tym uniwersytecie skończył się. Miesiąc później w trakcie potwornej awantury z dziekanem L. dowiaduję się, że rodzice Pierre Lagrange’a, zarzucając uniwersytetowi rozpijanie studentów rozważają pozew do sądu, że na mój etat zabrakło pieniędzy i że to koniec mojej pracy na tej uczelni.
- Czy Joseph Louis Lagrange też był tak zapalczywy jak ty? – Pyta Marek.
- Nie, Lagrange był cierpiącym melancholikiem. Trochę tego usposobienia przeszło w tym czasie na mnie, bo przez dłuższy czas nie udawało mi się znaleźć pracy. A kiedy w końcu znalazłem, to bardzo daleko - na Nowej Gwinei, w egzotycznym państwie Papua Nowa Gwinea. Pierwsze zdanie pełnego uczuć listu, jaki wysłałem do Warszawy, do Basi brzmiało: „Spotkajmy się na Nowej Gwinei”.

5.Łyknąłem pozostały w filiżance zimny już ostatek kawy i mówiłem dalej:
– W tydzień po przylocie na Nową Gwineę, kiedy szedłem centralną ulicą miasta Port Moresby zastąpił mi drogę czarniawy człowiek z twarzą pomalowaną na żółto i czerwono. Na głowie niósł coś w rodzaju kapelusza udekorowanego piórami i kolorowymi trawami, poza tym był prawie nagi - jedynym elementem czegoś, co było ubraniem, był duży, rurowaty, spiczasty na końcu futerał okrywający penisa. Jednak tym co przyciągnęło moją uwagę nie był ani niewidoczny penis, ani fantazyjny futerał, lecz trzymana przez nagusa dwumetrowa dzida. W terminologii kapitana Drozda ze Studium Wojskowego byłaby to dzida bojowa.
- Odczułeś zrozumiały niepokój – podpowiedział Marek.

- Tak. Dzida wyglądała groźnie. Nagus powiedział coś czego nie zrozumiałem, uderzył dzidą w chodnik między moimi stopami i odszedł. Uświadomiłem sobie, że biali nie są na Nowej Gwinei powszechnie lubiani.
– Penisa w futerale, dzidę i poglądy Papuasów w reportażu pominiemy. Tak samo jak nie wspomnimy o poglądach tych naszych białych, krzyczących na ulicach: „Je..ć czarnuchów”. Skoncentrujmy się na Lagrange’u  - powiedział Marek.
- Przyjeżdżając na Nową Gwineę byłem bliski bankructwa, więc pierwszą rzeczą były pieniądze. Dopiero po  roku poczułem się pewniej i zająłem się…
- Lagrange’m – dopowiedział Marek.
- Tak. Od dawna ciekawiły mnie punkty Lagrange’a[2] – miejsca w układzie ziemia-słońce gdzie równoważą się siły  grawitacji i bezwładności oddziaływujące na znajdujący się tam obiekt. Napisałem na ten temat niewielką książeczkę.
- I to za nią dostałeś medal? Nie mogła być taka niewielka, musiała być ważna, skoro warta była aż medalu.

Uśmiechnąłem się:
- Medal dostałem dzięki protekcji Lagrange’a. Sam mi to powiedział, kiedy przyśnił mi się w przeddzień posiedzenia Komitetu Nagród Akademii Lincei. Poznałem go po tym jego długim nosie.
- Bredzisz. A na serio? Bez żartów?
- Przypomnij sobie co powiedział mi dziekan L. kiedy wyrzucał mnie z pracy. Poszło o pieniądze, te którymi napędza się nauka. Tym razem poszło o pieniądze przeznaczone na kolonizację Marsa. W przypadku kolonizacji bezpośrednia łączność Marsa z ziemią może zostać zablokowana na około 2 tygodnie w ciągu każdego tak zwanego okresu synodycznego. Satelita komunikacyjny znajdujący się w jednym z dwóch punktów Lagrange’a – tych które ja badałem - może służyć jako pośrednik – przekaźnik w takiej sytuacji. O kontrakt na takie satelity zabiegał jeden z międzynarodowych koncernów - oczywiście zabiegał  o pieniądze państwowe – ze Stanów, Unii, Japonii. A jaki dla takiego kontraktu może być lepszy PR niż udekorowanie medalem samotnego naukowca w egzotycznym i, jak to się określa - rozwijającym się państwie. Jest to czyn bardzo humanitarny, a jeśli się jeszcze dyskretnie wspomni, że niedawno, tylko kilkadziesiąt lat temu panowało tam ludożerstwo, to jakiż, ach jakiż jest to kolosalny postęp dla całej ludzkości! Nic tylko paluszki lizać, bo pieniążki będą płynąć, oj będą!




[1]Matematyk i astronom Joseph Louis Lagrange (1736 – 1813) jest twórcą mechaniki analitycznej, autor szeregu ważnych rezultatów w dziedzinach analizy matematycznej i teorii liczb.

KONIEC


Jeśli opowiadanie podoba Ci się i chcesz mi o tym powiedzieć - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu. Sprawisz mi tym przyjemność.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też użyć tych maleńkich kwadracików na dole bloga do udostepnienia na Facebooku, Twitterze czy G+.

Za tydzień dwudziesty pierwszy (sorry, miał być w tym tygodniu, ale zaszła zmiana) odcinek książki "Jakże pięknie oni nami rządzili".

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

 Sympatycy Komitetu Obrony Demokracji w sobotę 21 stycznia 2017 (grupa na facebooku) mieli 66917 członków.

czwartek, 22 grudnia 2016

#Festyn opowiadań™, Nr 71.

Przyszedł do mnie Święty Mikołaj


    

© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

            (obejrzyj video i przeczytaj tekst (troszeczkę jedno od drugiego się różni)


Ze Świętymi Mikołajami jest tak jak z warszawską komunikacją. Chodzi mi o to, że komunikacja najlepiej działa w centrum i tak samo właśnie w centrum najłatwiej spotkać Mikołaja.

Tak się składa, że właśnie tam, w centrum, mieszkam, dlatego też kiedy w Wigilię usłyszałem dzwonek u drzwi pomyślałem że to może być Święty Mikołaj. I rzeczywiście był. Pamiętając jego zeszłoroczną wizytę[1] spojrzałem w głąb korytarza – powinna tam stać, tupając kopytkami szóstka zaprzężonych do sań reniferów. Nie było nic, ani sań, ani reniferów, a i twarz mojego tegorocznego gościa nie była mi znajoma, broda nie była tak elegancko wystrzyżona jak broda tego z zeszłego roku i w ogóle tegoroczny Mikołaj wyglądał tak jakoś mizernie. Ale Święty Mikołaj to Święty Mikołaj, otworzyłem więc szeroko drzwi.
- Proszę bardzo.
- Zmarzłem – powiedział Mikołaj – wygasili koksowniki.

Chciałem podejść do okna spojrzeć w niebo, ale otrzeźwiałem – na pewno nie chodziło mu o koksowniki gdzieś na Andromedzie czy Perseuszu. Pytająco uniosłem brwi do góry, tak jak to robią detektywi w kryminalnych serialach.
- Pod Sejmem – powiedział Mikołaj – pod Sejmem wygasili.
Co może Święty Mikołaj robić pod Sejmem? – Pomyślałem – czyżby Mikołaj w polityce?
- Tak synu, do tego, do polityki nam przyszło.

Uświadomiłem sobie, że tak jak przed rokiem Mikołaj czyta w moich myślach.
 - Zaraz zrobię herbaty – powiedziałem – proszę się rozgościć.
Spojrzałem na stojący na stole kieliszek z niedopitym koniakiem. Trzeba go zabrać, nie przystoi pić przy Mikołaju.
- Nie zabieraj, lepiej podaj drugi kieliszek – powiedział Mikołaj. W jego ręku pojawił się niewielki tablet:
- Czy ogląda TVN24? Tak. Czy Olejnik też? Czasami. A TVP? Nie. Wiadomości? Nie, tych to nie ogląda – mruczał pod nosem Mikołaj stukając w klawiaturę tabletu.

- No jak tak, to mogę wypić koniaczku - powiedział.
- Jak to mogę?
- Widzisz, tak się narobiło, że teraz są oddzielni Mikołaje. Są ci od rządu i ci od opozycji. Trzeba było tak zrobić, bo bywają awantury, już kilka razy elfy musiały ratować Mikołaja; teraz ci od rządu chodzą w asyście policji. A ja jestem od opozycji i dlatego rozdawałem prezenty pod sejmem – na ulicy. Ci rządowi mieli mieć łatwiej – mieli mieć drony, ale zamówienie jakoś nie wychodzi.
- Te francuskie – te karakany?
- Myli ci się synu. Myślisz o helikopterach, no prawda, ich też nie ma. A jeszcze całą obronę terytorialną muszą obsłużyć.
- W okopach?
- No nie, oni w biurach siedzą. Dopiero jak się coś zacznie, to oni z tych biur hop i do lasu kopać okopy. W ogóle rząd roboty ma mnóstwo – co noc to ze dwadzieścia uchwał uchwalają. A to emerytury skrócą, a to gimnazja zamkną. W ministerstwach też huk roboty – tego zwolnią, trzeba mu emeryturę naliczyć, a innego mianują.  A jeszcze sporo trzeba napożyczać – jak się tyle obraduje, to to kosztuje. A pomyśl ile trzeba ludzi, żeby listę zdrajców skompletować. Człowiek rano się budzi, nic nie wie, a tu patrz – już jest domniemanym zdrajcą. Albo w nocy coś domniemanego ukradł. Wyborcom też trzeba powiedzieć, żeby sobie nie myśleli że sąd to sąd, bo kupa sądów, tych z góry, tych najwyższych, to też tylko domniemanie. Trudno jest, na przykład ci Mikołaje co lotnictwo obsługują, to cały czas w sztucznej mgle się poruszają, a za prezenty to mają tylko popękane puszki Coca Coli i parówki.

- No to rzeczywiście – ci rządowi Mikołaje mają nielekko – powiedziałem.
- Nielekko synu, nielekko. Ale za to morale mają wysokie. Wczoraj jeden powiedział mi, że w przyszłym roku Mikołajów od opozycji nie powinno być, bo calutką opozycje przekonają. Kiedy zapytałem jak to zrobią, to powiedział, że oni już wiedzą jak.
- Wiedzą, czy domniemują – pomyślałem.
- A z prezentem w tym roku krucho, wiesz trzy procent deficytu, a ile też będzie za rok - ciągnął Mikołaj - musi ci wystarczyć dobre słowo:

WESOŁYCH ŚWIĄT

Czego i ja wszystkim moim czytelnikom życzę.

KONIEC

Ze względu na nadchodzącą Wigilię zamieszczam relację ze spotkania ze Świętym Mikołajem - zapowiadany poniżej odcinek książki ukarze się za tydzień.

Jeśli opowiadanie podoba Ci się i chcesz mi o tym powiedzieć - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu. Sprawisz mi tym przyjemność.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Jeśli chcesz zadać mi pytanie o USA - pytaj.

Za tydzień osiemnasty odcinek książki "Jakże pięknie oni nami rządzili".

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

 Sympatycy Komitetu Obrony Demokracji w sobote 17 grudnia (grupa na facebooku) mieli 65779 członków.
                          

wtorek, 29 listopada 2016

#Festyn opowiadań™, Nr 68.

Co się mi wydarzyło w Andrzejki


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Ze względu na Andrzejki zaplanowany na ten tydzień odcinek "Jakże pięknie oni nami rządzili" ukaże się w następnym tygodniu. W zamian proponuję poniższą, andrzejkową historyjkę.

- Czy masz może komórkę? – Zapytał. Był to malutki człowieczek ubrany w nędzny, zielony płaszczyk z czerwonymi wypustkami i rzędem błyszczących guzików, właściwie były to dwa rzędy, tylko nie można było tego zobaczyć, bo tę połę płaszcza, na której mógł być ten drugi rząd, przykrywała druga poła z widocznymi, też czerwonymi pętelkami.
- Nie zapiął guzików, otulił się ciaśniej, żeby mu było cieplej – pomyślałem.
Na głowie miał zieloną czapeczką zakończoną żółtym pomponem, spod czapeczki wyglądała wyraźnie przestraszona twarz, pomyślałem że wytrzasnął taki ubiór ze śmietnika jakiegoś teatru, a że wyrzucili, to nic dziwnego, bo teraz nawet Hamleta grają albo pod krawatem, albo nago. Wszystko jedno, jakiś przegrany życiowo, jakaś szlaja.

 Miałem komórkę i to nie byle jaką, nowiusieńkiego iPhona. I co, dać iPhona włóczędze? Uciec nie ucieknie, na szybkiego nie wygląda, ale popsuje, rzuci gdzieś. Ale… ale  jak nie dam to naubliża, będzie rzucał chujami, a na to, to ja jestem wrażliwy, to niszczy mój, tak starannie podtrzymywany, zawsze optymistyczny nastrój, jak w tramwaju klną chłopcy, czy dziewczyny (a z dziewczynami to zdarza się coraz częściej) to zaraz, na najbliższym przystanku, wysiadam. Nawet jak są ubrani patriotycznie, a teraz czesto tak sie ubierają.
Musiałem coś zrobić, odmówić, ale przyjaźnie, z zatroskaniem, załagodzić odmowę.
- A gdzie chcesz dzwonić?
- Na Oriona. Do bazy.

Jakiś pomylony, dobrze go oceniłem. Jest filia Coca Coli, są różne banki, Złote Tarasy, Reduta, Arkadia, ale Oriona tu w Warszawie nie ma. Chodzi mu o konstelację, o gwiazdy – widział kiedyś w telewizji coś o UFO, jakiegoś zielonego ludzika (no tak, pewnie dlatego tak się ubrał) i teraz bredzi:
- Nie naładowana - skłamałem.
Rozejrzałem się, byliśmy na Placu Narutowicza. Nad placem królował olbrzymi gmach Domu Akademickiego:
- A tu i tak pewnie nie ma zasięgu. Idź tam – wskazałem na Akademik – tam mają telefon na portierni.

Uśmiechnąłem się do niego, chciałem wyglądać przekonywująco, zdobyć jego zaufanie, chyba nie bardzo mi się to udało, bo twarz łajzy stwardniała. Zauważyłem, że wargi łajzy poruszają się bezdźwięcznie, po chwili zatrzymały się i dopiero wtedy usłyszałem:
- Nie gadaj tyle. Dawaj komórkę. Już.
Pomyślałem że to coś dziwnego, to chyba więcej niż pół sekundy opóźnienia, no tak, łajza ma pewnie chore struny głosowe i wszczepili mu jakiś generator sztucznej mowy, w końcu czego to ludziom nie wszczepiają, sztuczne penisy to codzienność, a lada dzień będą seryjnie wszczepiać mózgi.

Nagle poczułem jakieś mrowienie w kieszeni gdzie zwykle chowam starannie włożonego w firmowy futerał mojego iPhona i po chwili, już bez futerału, aparat pojawił się w ręku łajzy.
- To jest niewytłumaczalne – pomyślałem – i już otworzyłem usta żeby zaprotestować, kiedy łajza powiedział:
- Przepłacasz za komórkę. Twoje apki są nieaktualne. Jesteś niechluj.
- O przepraszam. Ubieram się nieskazitelnie. Nie tak jak ty. Ten pompon na czapce wisi na jednej nitce – powiedziałem. 
Porządne ubranie (raczej w stylu włoskim niż brytyjskim) to coś, co jest dla mnie ważne. Miesiąc temu rzucając mnie, pewna niedobra dziewczyna powiedziała mi że jestem pieprzony esteta.
- A cóż ty wiesz o ciężko pracujących elfach?  – Powiedział włóczęga.
- O elfach? To ty jesteś elf?
 - Nie przeszkadzaj. Muszę się wytłumaczyć w bazie. Za dużo było ambrozji i za wcześnie wyruszyłem z bazy. Pomyliłem andrzejki z mikołajkami.
- A, to masz kaca? – powiedziałem z zadowoleniem – no tak, wyglądasz na takiego. Pijus, łajza, po prostu łajza. Ostrożnie z moim iPhonem.
- Cicho. Wbijam apki[1]. Już. Teraz jeszcze SMS na Oriona.
- Ciężka praca? Dla elfa? Robienie zabawek. Pewnie jakieś szmacianki, jakieś samochodziki bez czwartego koła – powiedziałem, bo czytałem parę lat temu o tym co robią elfy.
- Zabawki? To było, ale minęło. Sprywatyzowali nas. Jesteśmy na śmieciówkach. Trochę zabawek jeszcze robimy – dla niepoznaki. Ale to co naprawdę, to bitcoiny[2].

Słyszałem trochę o tej cyfrowej walucie, a niedawno przeczytałem, że banki słabo płacą; oczywiście jak idzie o prezesa, to ten wypłaca sobie miliony. Trochę mi się zrobiło elfa żal.
Po chwili patrząc na ekran iPhona elf powiedział:
- No dobrze, mogę już wracać. A właśnie, zobaczyłem, że ty jesteś Andrzej – no to na twoje imieniny dodałem ci apkę – będziesz mógł sobie co jakiś czas ściągnąć trochę bitcoinów. Byle nie za często i nie za dużo; z niewielkimi wypłatami w tej walucie nasz warszawski bank nie umie się połapać.
Poczułem w kieszeni znajomy dotyk iPhona.
- Trzymaj się – powiedziałem. Źle ubrany, to prawda, ale nie on jeden. Nie wielu jest takich jak ja - rozumiejących co jest w życiu ważne.
* * *
Okazało się, że nie za dużo, to nie jest wcale tak mało. Wystarcza na powłóczenie się po szerokim świecie, a i ubrać porządnie też się można. Elfy to jednak bardzo porządne chłopaki.





[1] 
https://www.google.com/search?site=&source=hp&q=apka&oq=apka&gs_l=hp.1.0.35i39k1j0l3j0i10k1j0l2j0i10k1j0l2.3289.4578.0.7047.5.5.0.0.0.0.91.296.4.4.0....0...1c.1.64.hp..1.3.225.0.y-eW-ZELXbg
[2] 


KONIEC


Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Jeśli chcesz zadać mi pytanie o USA - pytaj.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Za tydzień siedemnasty odcinek książki "Jakże pięknie oni nami rządzili".

 Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.



  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

Sympatycy Komitetu Obrony Demokracji w niedzielę 27 listopada (grupa na facebooku) mieli 61814 członków.

piątek, 9 września 2016

#Festyn opowiadań™, Nr 58.

Mój czeski przyjaciel z Vermontu


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com


Zacznijmy od błądzącego z zepsutym GPSem po bocznych drogach Vermontu nowojorczyka. Zdezorientowany i mocno zdesperowany, szukając jakiegokolwiek śladu człowieka mija stojące co kilometr lub dwa gospodarstwa, w końcu trafia mu się operujący jakimś tam rolniczym urządzeniem farmer na traktorze. Nowojorczyk wysiada z samochodu skacząc przez bruzdy dochodzi do traktora i przekrzykując hałaśliwą maszynę pyta:
- Słuchaj, jak ja stąd dojadę do Nowego Jorku?
Farmer drapie się w spalone słońcem czoło i odpowiada:
- Jakbym ja miał jechać do Nowego Jorku, to bym stąd nie zaczynał. 

W Vermoncie spędziłem w roku 1982. moje drugie w Ameryce Święto Dziękczynnienia (Thanksgiving Day) - najważniejsze święto narodowe, a i rodzinne Stanów Zjednoczonych. Na święto zaprosił mnie Stanislav - mój starszy kolega uniwersytecki. Był Czechem, pochodził z Pardubic, a na vermonckim uniwersytecie wykładał aerodynamikę i mechanikę lotu. Ciekawym zbiegiem okoliczności było to, że była to dziedzina w której kształciłem się dwadzieścia lat wcześniej. No ale skoro tych rzeczy uczył Stanislav, to mnie przypadła inna, choć niedaleka działka - przedmioty takie jak mechanika continuum, teoria sterowania, mechanika analityczna.


Czech był człowiekiem dla mnie wyjątkowo ciekawym. Podobało mi się to jego swojskie imię - Stanislav, a moja ciekawość wynikała z faktu, że to właśnie Stanislav stworzył nowe, dotąd nieznane na świecie zajęcie: porywanie samolotów. 

Ciekawość ciekawością ale był też ważniejszy powód, przynajmniej z mojej strony, dla którego nasza przyjaźń rozwinęła się szybko i mocno. Pierwsza praca Polaka za granicą jest czynnością przez pracodawcę wyraźnie określoną: Wybraliśmy właśnie ciebie, tu jest do wykonania przez ciebie zadanie, zadeklarowałeś, że masz kwalifikacje, dysponujesz wiedzą i niezbędnymi do pracy narzędziami (na przykład językiem) - no to bierz się za robotę, teraz, od dzisiaj. Jeszcze jedna rada - uważaj, żeby nie zapaść na depresję - to się czasem zdarza i jest nam wtedy bardzo przykro.

A czynnikiem sprzyjającym depresji jest brak dookoła swojaków. Każdy nowy przybysz, nawet taki, który już po pół roku od przyjazdu wyklina własnych rodaków (są, są tacy), na początku ich szuka. Albo półswojaków - na przykład Słowaka, Czecha, czy Ukraińca, a jak już jest zupełnie źle to jakiegokolwiek świeżego emigranta. A takich świeżych zdarza się multum, bo co chwila gdzieś tam na świecie jakaś kolejna szuja albo nawiedzony religiant (to jeszcze gorzej, bo taki to wierzy w cuda) przejmuje władzę i zaraz potem co poniektórzy obywatele tego gdzieś tam pojawiają się w Stanach w charakterze uchodźców. 


Stanislav przez jakiś czas pełnił wobec mnie taką rolę półswojaka - do chwili kiedy się zaprzyjaźniliśmy. Od Stanislava uczyłem się Vermontu. A było się czego uczyć, bo jak anegdotka z farmerem pokazuje Vermont jest inny niż reszta Stanów - nie tylko to że nie jest bogaty, ale też to, że jest uparcie niezależny. Pokazał to już ponad dwieście lat temu, kiedy zadeklarował się jako niepodległe państwo i o mało co nie wybrał się na wojnę z sąsiadem - stanem Nowy Jork. Dopiero po kilkunastu latach niepodległości Vermont wszedł w skład Stanów Zjednoczonych. I od tej pory Vermont produkuje najwięcej syropu klonowego w całych Stanach.

Więc teraz jak to było z porywaniem. Podczas drugiej wojny światowej Stan służył w angielskim lotnictwie – kojarzyło mi się to z pełną chwały historią polskiego dywizjonu 303 i innych polskich formacji lotniczych w Anglii. Z końcem wojny wrócił do ówczesnej Czechosłowacji i został jednym z dyrektorów czeskich linii lotniczych. Był nim niedługo, bo w trzy lata po zakończeniu wojny Czechosłowacja stała się komunistyczna. Wtedy właśnie, w roku 1948, Stan załadował samolot pasażerski linii której dyrektorował - Douglasa DC3 - pilotami, nawigatorami i mechanikami z tejże linii i poleciał do Londynu. W czasie lotu na pytanie praskiego lotniska: „Kiedy wracacie” odpowiedział: „Jeszcze nie wiem, ale to może potrwać”.

Nie pamiętam już brzmienia tego zdania, kiedy kończąc swoje opowiadanie Stan wypowiadał je po czesku. Pamiętam za to błysk w oku Stana kiedy puentował relację jednego, pojedyńczego człowieka pokonującego diabelski reżim.
- A ty do tego twojego generała czasem nie próbuj wracać - upewniał mnie -  zaczekaj aż spokornieje. Niech on ci życia nie dyktuje.
I tak zrobiłem - do kraju poleciałem dopiero wiosną roku 1983. kiedy Jaruzelski zniósł stan wojenny.
I dalej myślę, że nikt mi życia dyktować nie będzie. 

KONIEC



Ostatnio przybyło mi sporo czytelników w Niemczech. Cieszy mnie to - czytajcie proszę, oby się Wam dalej podobało. Ciekawi mnie powód - czy to jakiś kurs polskiego? Napiszcie do mnie - andrzej.f.olas@gmail.com. 

Uwaga biblioteki i placówki kultury. Między majem a październikiem 2016 jestem zaproszony na kilka spotkań (spotkania autorskie lub tematyka Stanów Zjednoczonych, gratis). Chętnie poszerzę mój kalendarz o zainteresowane placówki (Skype: andrzej.olas lub mejl: andrzej.f.olas@gmail.com).

  Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Jeśli chcesz zadać mi pytanie o USA - pytaj.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Za tydzień ósmy odcinek książki "Jakże pięknie oni nami rządzili".

 Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). W grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.


 Komitet Obrony Demokracji w poniedziałek, 12 września (grupa na facebooku) miał 59130 członków.