środa, 26 kwietnia 2017

#Festyn opowiadań™, Nr 87.

Bajka o ambasadorach



Żeby być ambasadorem trzeba być bardzo dobrze wychowanym i znać języki. To ważne, ale to nie wystarcza żeby być ambasadorem, bo każdy ambasador zna wiele tajemnic swojego państwa. Dlatego musi być bardzo ostrożny z tym co mówi. Ambasador nie może na jakimś obiedzie, albo podczas jakiejś uroczystości powiedzieć po francusku, czy po angielsku, drugiemu ambasadorowi, albo ministrowi, albo nawet prezydentowi:
- Znam taką ciekawą tajemnicę. Chce pan posłuchać?
Czyli ambasador musi być dyskretnym.

Trzeba żeby ambasador znał trudne słowa, takie jak dystynkcja.
Ale o najważniejszym mówi się wtedy, kiedy prezydent mianuje ambasadora. Wtedy prezydent mówi ambasadorowi:
- Żeby tylko mi pan nie wypowiedział żadnej wojny. Rozumie pan?
I ambasador musi odpowiedzieć:
_ Rozumiem, żadnej wojny. Będę pamiętał. I zapiszę sobie.
A wiecie jak się wypowiada wojnę?

To robi się tak. Wojnę wypowiada ambasador. Ubiera się w swój frak – bo strojem ambasadora jest frak. Na pewno wiecie co to jest frak – frak ma z tyłu takie ogony. Już we fraku ambasador zakłada taki dziwny kapelusz i jedzie albo karetą w cztery albo sześć koni (jak te na zdjęciu) albo eleganckim samochodem do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tam przyjmuje go minister i ambasador czyta z takiego pisma, co się nazywa nota, że jego państwo wypowiada państwu ministra wojnę. I wtedy tę notę doręcza ministrowi. I jak już minister ją przeczyta to wojna jest ważna i nie można jej odwołać. Jedyne co można zrobić, to zawrzeć rozejm, a potem zwołać konferencję pokojową i zawrzeć pokój. Ale zanim ogłosi się rozejm, a takie ogłoszenie nie jest takie łatwe, to wojna trwa. A to jest niedobrze.

Wojny nie można wypowiedzieć przez internet – przez mejla. Wojna wypowiedziana SMSem jest też nieważna. Musi być nota. I nie może w nocie być błędów. Na przykład jak się ambasador pomyli i napisze: „wojna od jótra w połódnie”, to minister wyciągnie słownik ortograficzny, sprawdzi dla pewności jak się pisze „jutro” i „południe” i  takiej noty nie przyjmie. I wtedy też wojna jest nieważna. A już żeby wypowiedzieć wojnę przez telefon to w ogóle nie ma mowy, bo telefony do ministra przyjmuje sekretarka, i jak tylko usłyszy, że chodzi o wojnę, to odkłada słuchawkę.

No więc wojnę wypowiada się tylko notą. Jak już ambasador ministrowi tę notę przeczyta, to jeżeli chce, może zdjąć swój kapelusz. I prawie zawsze ambasador ten kapelusz zdejmuje. Bo kapelusz jest bardzo niewygodny, tak niewygodny, że jak ktoś zostaje ambasadorem, to uczy się przed lustrem jak ten kapelusz nosić.
No ale mówiliśmy o wypowiadaniu wojny. Więc jak już ambasador wojnę wypowiedział, to wychodzi, wraca do ambasady i stamtąd dzwoni na lotnisko, żeby mu przygotowali samolot i zaczyna pakować swoje rzeczy.

Ale to, że ambasador musi być we fraku, i to że kapelusz jest niewygodny, to nie jest ważne. Ważne jest, że wojna jest zła, bardzo zła. Dla wszystkich. Właśnie dlatego każdy dobry prezydent martwi się, żeby ambasador nie zrobił mu z tą wojną figla. A jak prezydent nie jest pewien, że ambasador go posłucha, to go w ogóle nie zamianuje ambasadorem.
 O ambasadorze można też mówić poseł pełnomocny. Ten ambasador, o którego nam chodzi nazywał się Rajmund Nagły. Będziemy o nim mówili poseł Nagły, albo po prostu poseł. Bo to jest krócej.

Poseł Nagły był dobrym ambasadorem. Kiedy prezydent Baratarii go mianował, to powiedział prezydentowi, że bardzo się cieszy, że nie będzie musiał wypowiadać jakiejś wojny. Poprosił pana prezydenta, żeby mu powiedział w jakim kraju będzie ambasadorem, bo musi sobie kupić bilet do samolotu. I czy tam gorąco, czy zimno. Bo jak zimno, to trzeba kapelusz ambasadora zrobić z polaru, a jak ciepło to z jakiegoś lekkiego materiału.
Prezydent odpowiedział, że tam gdzie poseł jedzie, jest klimat umiarkowany – trochę zimno, a trochę ciepło. Więc może lepiej będzie jak pan Nagły kupi dwa kapelusze.

Poseł Nagły miał hobby – hobby to jest jak się ma ulubione zajęcie – na przykład filmowanie nosorożców w Afryce. Ale to nie może być zawód – jak ktoś pracuje podglądając nosorożce, to już nie jest hobby, tylko praca. Hobby posła Nagłego to było łowienie ryb – takich ryb co nazywają się marliny. Marliny są duże – bywają tak duże jak samochód. Do takich ryb trzeba mieć specjalną wędkę. Taka wędka kosztuje bardzo dużo. Ale poseł akurat dostał pierwszą dużą pensję ambasadorską, więc kupił sobie taką wędkę. I wszędzie tę wędkę ze sobą zabierał.

Tak więc poseł Nagły przyleciał do tego kraju, gdzie miał być ambasadorem – ten kraj nazywał się Antylia. I dopiero kiedy przyleciał, to dowiedział się, że to jest królestwo. Dobrze, że się dowiedział przed składaniem listów uwierzytelniających, bo jeszcze przed odlotem przygotował sobie mowę, która zaczynała się od słów: Panie Prezydencie. I król by się bardzo obraził. Więc prędko zmienił mowę, tak że zaczynała się od słów: Wasza Królewska Mość. I wydawało mu się, że wszystko będzie w porządku. Niestety, aż się boję tego powiedzieć, ale bardzo się pomylił.

Uroczystość wręczania listów uwierzytelniających na dworze królewskim Antylii była duża, bo było aż trzech ambasadorów z różnych państw naraz. I poseł bardzo się zdziwił, bo jego dwóch kolegów było bardzo ponurych. Nie uśmiechali się, wcale a wcale. Poseł Nagły postanowił trochę ich rozweselić, przynajmniej jednego z nich. Kiedy stali tak w szeregu, poseł Nagły był z lewego brzegu. Więc trącił sąsiada, ambasadora łokciem i powiedział:
- Życie jest piękne, prawda proszę pana.
A na to ten ponury ambasador warknął:
- Do mnie się mówi: Ekscelencjo. I proszę mi nie mówić żadnych bzdur. Ale też z pana ambasador.
Ten ponury ambasador nazywał się Smutny. Bardzo to nazwisko do niego pasowało.

Poseł Nagły zastanowił się. Może rzeczywiście kiepski z niego ambasador. Wiedział, że jak idzie o łowienie dużych ryb na swoją wędkę, to wszyscy uważają, że sie na tym zna. Ale może nie nadaje się na ambasadora. No ale właśnie podszedł do niego król, a za królem dwóch szambelanów trzymających na wysadzanej diamentami tacy szczerozłoty laptop. Laptop miał 10 terabajtów pamięci i był okropnie szybki. Oczywiście, że w środku laptop nie mógł mieć samego złota, bo by nie miał tyle pamięci, ale gazety pisały, że było w nim pięć kilo złota, a może więcej. Dlatego do niesienia laptopa trzeba było aż dwóch szambelanów.  Król powiedział:
- Teraz pan może wygłosić swoją mowę.

Akurat kiedy król to powiedział, to słońce odbiło się w złotym laptopie i blask uderzył w oczy posła. Trochę go to speszyło, ale wziął się w garść i wygłosił swoją mowę. Nawet pamiętał, żeby zacząć od słów: Wasza Królewska Mość. Kiedy poseł Nagły skończył, ten jego sąsiad, ambasador Smutny mruknął pod nosem:
- Mowa do niczego. Też mi ambasador.

I wtedy poseł Nagły zrobił coś, czego ambasador nigdy, ale to nigdy nie powinien zrobić – nadepnął temu ponuremu ambasadorowi na palce w lśniących lakierkach. I tak się stało, że trafił na odcisk. Wiecie jak to boli, jak się nadepnie na odcisk. A ambasadorowie często mają odciski, bo chodzą w eleganckich butach – nawet kiedy są one niewygodne. Bo trzeba ładnie wyglądać. Więc tego ambasadora strasznie zabolało. A w dodatku, co było jeszcze gorsze, to król zauważył, że poseł nadepnął ambasadorowi na nogę i zaczął się śmiać. Oczywiście każdy król umie udać, że się nie śmieje, tylko że się zakrztusił, ale wszyscy i tak się domyślili. A w dodatku jak udawał, że się zakrztusił, to spadła mu z głowy korona i gdyby poseł Nagły jej szybko nie złapał, to by zleciała na podłogę. I wtedy mogłyby z korony wylecieć dwadzieścia cztery brylanty, każdy z czubka jednego z dwudziestu czterech rogów korony. I może któryś z brylantów by się zapodział, na przykład mógłby wpaść pod szafę. I co? Czy król by szukał diamentów na czworakach? Ale byłby wtedy wstyd.

Ale to jeszcze nie koniec. Bo tych dwóch szambelanów co trzymali laptop też nie mogło się powstrzymać od śmiechu. I z tacy upadła im zewnętrzna pamięć laptopa – a też była oprawiona w złoto i była bardzo ciężka. I ta pamięć upadła na drugą stopę ambasadora – a on też miał tam odcisk i wtedy bolało go jeszcze bardziej. Trzeba było aż dwóch lokajów i jednego szambelana żeby wynieść krzyczącego ambasadora z sali. A jak go lokaje wynosili, to ambasador krzyczał:
- Ja się bardzo zemszczę. Bardzo, ale to bardzo.

I ponieważ ambasador Smutny nie powiedział swojej mowy, to nie został ambasadorem i musiał wrócić do swojego kraju, który nazywał się Purmancja. Ale słuchajcie co się wtedy stało: Ponieważ jego wujek był prezydentem Purmancji, to mianował go ministrem spraw zagranicznych. I teraz muszę wam powiedzieć coś co jest bardzo ważne: Minister spraw zagranicznych też może wypowiedzieć wojnę. Ale to też musi być zrobione tak jak trzeba – musi być doręczona nota. Więc ten nowo mianowany minister od razu pomyślał, ze teraz może się zemścić – wypowiedzieć wojnę.
Jeszcze jedno. Po tym jak zewnętrzna pamięć spadła na odcisk ambasadora, to król  Antylii powiedział, że zamiast laptopa kupi sobie tablet – bo będzie lżejszy i wystarczy do niego tylko jeden szambelan. 

Ten ponury minister Smutny był bardzo sprytny. Żeby nikt mu nie przeszkodził w wypowiedzeniu wojny przebrał się  w dżinsy i w koszulę w kratkę i pojechał pociągiem, drugą klasą, do Antylii (chciał wypowiedzieć wojnę obu państwom – i Baratarii i Antylii, ale zaczął od Antylii, bo  była na A – była pierwsza alfabetycznie). W walizce miał zapakowaną notę, ubranie dyplomaty – to znaczy frak - i ambasadorski kapelusz.

I powiem Wam, już wydawało się, że wojna zacznie się tego wieczora, ale ministra spotkał pech – on się tym bardzo zdenerwował, ale ja się z tego pecha ucieszyłem. Na dworcu, jak już dojechał do Antylii i wysiadał z pociągu otworzyła mu się walizka. Mnie też się to kiedyś zdarzyło – kiedy pojechałem do Londynu, to z walizki, która mi się otworzyła, wypadła mi pasta do zębów i nie mogłem jej znaleźć. I tego dnia wieczorem i następnego dnia rano nie miałem czym umyć zębów – uch, jak to nieprzyjemnie. A minister tak się zagapił – bo musiał znaleźć kapelusz, co mu wypadł z walizki, że nie zauważył, że nota w takiej specjalnej tubie potoczyła się pod ławkę.

No i tę notę znalazł zawiadowca stacji – w Antylii zawiadowca stacji nosi czerwoną czapkę. Kiedy notę przeczytał, i zrozumiał że to jest wypowiedzenie wojny, tak się przejął, że jego twarz zrobiła się tak samo czerwona jak jego czapka. Żeby nie tracić czasu szybko wziął taksówkę i pojechał do króla.

Kiedy król zobaczył notę, to też się bardzo zdenerwował. Ale przypomniał sobie o pośle Nagłym, zadzwonił do niego i wszystko mu opowiedział. I poseł razem z królem zmienili w nocie podpis ministra. Zamiast Smutny napisali Wesolutki i dali tę notę zawiadowcy, temu z czerwoną czapką, żeby ją zaniósł do ambasady Purmancji, gdzie był minister. I żeby zawiadowca powiedział ministrowi, że on nie wie co to jest – to wtedy minister noty nie obejrzy i jeśli ją nawet doręczy to i tak będzie nieważna. Król ogłosil w telewizji, że o północy udaje się na urlop i że za dwie godziny nikogo już przyjmować nie będzie. A poseł Nagły na wszelki wypadek wynajął helikopter i latał nim nad ambasadą ministra. No bo też był bardzo niespokojny – wiedział jak niedobra jest wojna.

Niestety, znów zaczynam się denerwować, jak dalej o tym opowiadam. Bo minister notę przyniesioną przez zawiadowcę obejrzał, zobaczył że podpis był zmieniony i powiedział:
- Aha. Na takie sztuczki jestem przygotowany. I jeszcze zdążę do króla – i wyciągnął z walizki drugą, taką samą notę.

Na szczęście król powiedział jeszcze temu zawiadowcy z czerwoną czapką, że jak odda notę, to powinien spróbować wejść do garażu ambasady i spuścić powietrze z kół wszystkich samochodów jakie tam były. Zawiadowcy było trudno, bo w kołach pociągów, na których się znał, nie ma powietrza, a z kołami samochodów nie miał doświadczenia, ale jakoś mu się to udało. A jeszcze król rozkazał policji, żeby nie pozwoliła żadnym taksówkom dojechać do ambasady. I już się wydawało, że minister spóźni się z notą i wojny nie będzie.

Ale niestety. Minister nie mógł pojechać samochodem, ale miał prawo jazdy na motocykl. A w garażu był motocykl – taki duży, Harley Davidson. Więc minister wsiadł na motocykl i ruszył z tą drugą notą do pałacu królewskiego.
Było niedobrze, bardzo niedobrze. I wtedy już tylko od posła Nagłego w helikopterze zależało czy będzie wojna, czy nie. No ale co on może zrobić? Leci się nad motocyklem i co się wtedy robi?

I poseł myślał, myślał, aż przypomniał sobie o odciskach ministra – pamiętacie o tym jak to było, kiedy poseł wręczał listy uwierzytelniające i minister był jeszcze ambasadorem. Złapał książkę obsługi helikoptera (w każdym helikopterze musi być taka książka, jest bardzo gruba, bo latać helikopterem jest trudno, i ma twarde okładki), wycelował w palce w lewym bucie ministra, rzucił... i trafił. Oh, jak to zabolało. Minister raptownie zahamował (o mało nie wpadł na słup latarni), zeskoczył z motocykla, złapał się za bolącą nogę. I zaczął podskakiwać na drugiej nodze. Wyglądało to bardzo śmiesznie, ale poseł Nagły miał co innego do roboty niż śmiać się z ministra Smutnego. Zaczepił swoją wędkę do do helikoptera, założył na wędkę bardzo gruby haczyk i wędką wciągnął motocykl do helikoptera. A na ulicy został tylko spóźniony i podskakujący na jednej nodze minister. I było dla niego jeszcze gorzej, bo ktoś sfilmował jego podskoki i można je było obejrzeć na Youtube.

I tak wojny nie było. Poseł Nagły dostał w prezencie od króla Antylii dużą motorówkę żeby mógł łowić marliny. Dziób motorówki zrobiony był z platyny. A zawiadowcy, temu co znalazł notę i potem spuścił powietrze w samochodach ambasadora, król podarował swój złoty laptop, żeby łatwiej mu było kierować ruchem pociągów. Król już go nie potrzebował, bo miał tablet, cały udekorowany brylantami.

Aha, pytacie co się stało z notą? Trafiła do składu makulatury i stamtąd do recyklingu. I już.


KONIEC


Jeśli opowiadanie podoba Ci się i chcesz mi o tym powiedzieć - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu. Sprawisz mi tym przyjemność.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też użyć tych maleńkich kwadracików na dole bloga do udostępnienia na Facebooku, Twitterze czy G+.


Za tydzień nastepny odcinek ksiązki "Jakże pieknie oni nami rządzili".

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

 

sobota, 15 kwietnia 2017

#Festyn opowiadań™, Nr 85.

Późne Życzenia Wielkanocne

W lany poniedziałek zeszłego roku do późnej nocy czytałem o polskich obyczajach wielkanocnych. 

Toteż kiedy wczesnym rankiem obudził mnie wielkanocny królik, niełatwo przyszło mi otrzeźwieć, tym bardziej, że czytając, mam zwyczaj, ze względu na podeszły wiek, zażyć kilka kieliszków słodkiego wermutu. Zwróciłem jednak uwagę, że królik był olbrzymi – tego samego wzrostu a nawet wyższy ode mnie. Nie przejąłem się tym, bo nie takie rzeczy w życiu widziałem.

- Wstawaj dziadku – powiedział – idziemy do banku.
- Toż to Wielkanoc – banki nieczynne – powiedziałem.
- Już wtorek. Pospałeś sobie. Wstawaj.
- A pocóż mi do banku?
- Jak to po co? Dziś rękawka. Na Krakowskim Przedmieściu mieszkasz, więc rękawkę obejść trzeba. Wstawaj.

Ogromne uszy wyglądały groźnie, długie wąsy drgały złowieszczo. Trzeba było wstać. Naciągając koszulę przypominałem sobie co wiem o rękawce. Święto rękawki przypada na wtorek po Wielkiej Nocy, obchodzą je krakusy a najlepiej obchodzić je na kopcu Krakusa. Ci co są zamożni stoją na szczycie kopca i zrzucają w dół biednym i dzieciom owoce, słodycze i pieniądze. Ale i innym, słabiej z Krakowem powiązanym, nikt obchodzenia tego święta nie zabrania.

Bank miałem tuż pod bokiem. Wciąż zaspany zastanawiałem się ile wziąć.
- Bierz wszystko – powiedział królik.
Popakowałem pieniądze po kieszeniach:
- Teraz na kopiec - powiedziałem.
- Gdzie tam na kopiec. Za daleko. Z powrotem do domu.

W domu królik wyciągnął ze schowka moją domową drabinkę.
- Siadaj – tam na górze – powiedział.
Siadłem, było trochę niewygodnie, ale dało się.
- Teraz rzucaj.
- Co rzucaj?
- Jak to co – pieniądze. Ja jestem na dole.
Zacząłem rzucać. Ale banknoty jak to banknoty – lecą gdzie chcą. Biedny królik nie nadążał ze zbieraniem, musiał kicać po całym pokoju, tupał ze złości.
- Więcej nie ma. Ale... jeszcze tam w rogu leży dwusetka – powiedziałem po paru minutach.
- No dobrze – powiedział królik chowając do torby ostatni banknot – to ja idę. Tylko jeszcze zdejmę głowę bo mi niewygodnie.

W ten wtorek przyjdę do Was, kochani, na rękawkę, tylko że tym razem stanę na dole.

A na razie jeszcze raz:

WESOŁYCH ŚWIĄT WIELKANOCNYCH


środa, 5 kwietnia 2017

#Festyn opowiadań™, Nr 84.

Wielkanoc




© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com



Jak to przystoi staruszkowi siedziałem sobie na przyzbie, patrząc na ten świat wprost przed siebie, bo mi przez tę moją kataraktę patrzenie w bok nijak nie wychodziło.Lewą nogę położyłem sobie na takim kamulku co go sobie tydzień temu przydźwigałem z potoczku żeby siedzieć mi łatwiej było, żeby to moje biodro, co doktor mówi, że wymienić trzeba, mi nie przeszkadzało,a prawą lekko przyciągnąłem bliżej, żeby pod ręką była jak kostkę od bólu będzie mi się potrzeć chciało.Ten paluch prawej ręki, com go sobie przedwczoraj drzwiami przyciął wciąż bolał, choć spuchnięcie już jakby mniejsze było, i dobrze bo te pęcherze com sobie wczoraj na drugiej ręce wrzątkiem zafundował jeszcze wciąż pieką. Patrzę więc przed siebie na ten piękny świat i wcale mnie do telewizji nie ciągnie. I to też dobrze, bo mój aparat słuchowy baterie sobie rozładował a NFZ za baterie nie zwraca.


Tak sobie siedzę i rozmyślam, czy by tej wizyty u laryngologa co za dwa lata na nią zapisany jestem nie przenieść dalej na jeszcze jeden roczek, bo tak jakby z nosa mi mniej kapało. A też myślę czy by się nie dało ten mój rozrusznik serca  na biegi przerobić, tak jak w tej mojej WFMce sprzed pięćdziesięciu lat co to trzy biegi miała. To bym sobie zamiast chodzić do kardiologa te biegi do góry i do dołu włączał.

A tu patrzę – stoi przede mną zajączek, a w łapinkach przed sobą pisaneczkę trzyma. I mówi:

- Wesołego Alleluja dziadku.

Jak się nie porwę na nogi, jak hołubca zawinę, jak w przysiady wokół tej jabłonki co koło płotu stoi pójdę, jak do warzywnika, żeby zajączkowi ze dwie marcheweczki w podziękowaniu dać nie pobiegnę... jak do komputera nie siądę, żeby prezydentowi, premierowi, opozycji, prymasowi, wszystkim ważnym i wszystkim przyjaciołom i czytelnikom bloga Wielkanocne życzenia wysłać – boć to:

WIELKANOC


więc i młodemu i staremu radować się trzeba.


KONIEC


Za tydzień: Następny odcinek bloga.





sobota, 21 stycznia 2017

#Festyn opowiadań™, Nr 74.

Spotkajmy się na Nowej Gwinei




© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)



1. Opowiadam od początku. Z Markiem poznaliśmy się na studiach, nie była to przyjaźń, ot zwykłe koleżeństwo, a kilka lat po studiach nasze drogi rozeszły się – ja pozostałem na uczelni, a on przekwalifikował się na dziennikarza naukowego. 


Teraz, prawie ćwierć wieku później przysiedliśmy przy stoliku w kawiarnianym ogródku, niewiele więcej niż dziesięć metrów od przystanku autobusowego na rogu ulic Nowy Świat i Foksal. Miałem opowiedzieć o swoich losach - Markowi wydawało się, że może wyjdzie z tego jakiś reportaż. Na blacie naszego stolika leżał wykonany z brązu medal. Napis „Joseph Louis Lagrange” na obrzeżu medalu okalał popiersie mężczyzny z wyróżniającym się wydatnym nosem.
- Jeśli ktokolwiek zasłużył na ten medal[1], to właśnie ja – powiedziałem.
- Ejże, nie przesadzasz?
- Nie patrz na to tylko z wąskiej perspektywy odkryć naukowych dokonanych przez geniuszy, przez wielkich ludzi. Przyjmij do wiadomości, że nikt inny nie wpłynął na moje życie bardziej niż Joseph Louis Lagrange. A ten medal jest dla mnie tylko potwierdzeniem…


Przerwałem bo Marek sprawdzał swoją aparaturę:
 –Zawsze nagrywam na dwóch kanałach – na komórce i na archaicznym, ale spisującym się dobrze,  dziennikarskim minimagnetofonie – powiedział – jest w porządku. Nagrywa się. No to mów.
- Najlepiej zaczynać zawsze od początku – powiedziałem - a to wszystko co mi się zdarzyło, zaczęło się właśnie tutaj, na Nowym Świecie niedługo po wprowadzeniu przez generała stanu wojennego. Stałem wtedy na tym przystanku – jechałem wtedy do Pałacu Staszica na seminarium o formalizmie Lagrange’a…
- Aha. Lagrange’a – Marek chrząknął znacząco.
- A po seminarium miałem zająć się czarną księgą docenta K. – przełknąłem łyk kawy, odstawiłem na stolik filiżankę i ciągnąłem dalej - autobusu 116 długo nie było, przystanek był zatłoczony, a poranny deszcz pozostawił na nierównym chodniku brudnawe kałuże. Gapiłem się na południe, na wyłaniający się zza skrzyżowania Nowego Światu z Alejami Jerozolimskimi zarys budynku Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i zastanawiałem się czy tego kolejnego dnia stanu wojennego pojawił się już przy swoim biurku towarzysz generał Jaruzelski i czy spędzi kolejny dzień pracując nad podniesieniem stopy życiowej naszego narodu, bo na przykład moja stopa – stopa doktoranta - bardzo takiego podniesienia potrzebowała.
- Takich opowieści wysłuchałem setki – zauważył Marek – Jaruzelski ze swoją przodująca rolą partii przewija się wszędzie. Nawiasem mówiąc koncept przodującej roli znów stał się u nas modny. Ale mów dalej.

- Nie zastanawiałem się zbyt długo – kontynuowałem - bo po chwili na przystanku zatrzymał się autobus 116. Jedna z tych ładnych dziewczyn, które jeżdżą tą linią na uniwersytet, wysiadając z autobusu i omijając kałużę wpadła wprost na mnie; papierowa torba, którą trzymała w ręku pękła i wypadło z niej ze trzydzieści numerów Tygodnika Mazowsze. Nie wsiadłem do tego autobusu, resztę dnia spędziliśmy z Basią kolportując Tygodnik. Przemieszczaliśmy się od adresu do adresu, ja w każdym tramwaju czy autobusie wypatrywałem tajniaków, a za kolejnym ulicznym rogiem spodziewałem się milicjantów. A w tydzień po spotkaniu Basi zaliczyłem pierwsze zatrzymanie: czterdzieści osiem godzin w pałacu Mostowskich.
- To wtedy jakiś tajniak-intelektualista zacytował ci ten siedemnastowieczny tekst? – Zapytał Marek.
- Tak. Tekst pamiętam do dzisiaj. Powiedział: Nigdy umysłu pańskiego złą wiadomością nie zasmucać, bo dobremu słudze przede wszystkim winno być miłe pańskie zdrowie. A wreszcie i cóż pomoże?”. A po chwili dodał: „Państwa nie zasmucaj. A nie, to państwo zamknie cię, kto wie może na kilka lat”.

2. O docencie K. i więcej o formalizmie Lagrange’a. Do przystanku podjeżdżał kolejny autobus 116.
- A w trzy dni po zwolnieniu z pałacu Mostowskich znów umysł pański złą wiadomością zasmuciłem – powiedziałem.
- I znów cię zamknęli?
- Nie, to nie to. Poszło o pański umysł docenta K. mojego promotora a zarazem człowieka o silnych stanach emocjonalnych. Zasmuciłem go, a może lepiej powiedzieć zirytowałem go niewinną uwagą o jego czarnej księdze – czarnej, bo maszynopis przyszłej książki obłożony był eleganckimi, pochodzącymi z zachodu, czarnymi okładkami. Książkę miał ocenić wielki autorytet naukowy, dyrektor naszego Instytutu. Zasugerowałem wyrzucenie jednego z jej rozdziałów, według mnie zupełnie  niepotrzebnego. Docent K. spojrzał na mnie i powiedział, że coś za chętny jestem do wyrzucania i że jakby mi pozwolić, to bym bez ceregieli wyrzucił Einsteinowi masę m ze wzoru E = mc2.
- Oczekuję, że docent K. postanowił cię usadzić – powiedział ze zrozumieniem Marek.
- Tak właśnie postąpił: „Właśnie opuścił pan seminarium o formalizmie Lagrange’a. W sąsiedniej sali są cztery tablice i jest spory zasób kredy. Proszę wyprowadzić równania Lagrange’a drugiego rodzaju. Ma pan na to półtorej godziny.”

Marek spojrzał na mnie pytająco.
- Równania wyprowadziłem. Zrobiłem to na tyle elegancko, że docent K. mnie pochwalił i postawił innym za wzór. Ale nie miałem wtedy poczucia, że poznając Basię i wyprowadzając te równania…
- Lagrange’a – wtrącił Marek.
- … nadaję mojemu życiu całkowicie nowy kierunek. Zaraz potem czarna księga została wydrukowana, miała w środowisku naukowym powodzenie, docent został zaproszony na wykłady do Stanów. Już do kraju nie wrócił, a po paru latach został dziekanem na jednym z amerykańskich uniwersytetów. A tu u nas generał padł, zaczęły się przemiany, a ja z nędzy komunistycznej popadłem w nędzę koniecznych przemian ustrojowych.
- To wtedy spotkałem ciebie pod szczęką pod Pałacem Kultury. Sprzedawałeś wietnamskie chusty i szale.
- Robiłem za pomocnika pana Janka. Otwierałem szczękę, rozkładałem towar i przygotowywałem kawę dla pana Janka, żeby była gotowa jak już przyjdzie. Pan Janek gniewał się, kiedy koło naszej szczęki nie było obmiecione.
- Obmiatanie nikogo nie hańbi – zauważył Marek.
- To prawda, ale jak ktoś się przy obmiataniu głęboko zamyśli, na przykład rozważając punkty Lagrange’a albo konsekwencje splątania kwantowego, to może to obmiatanie wypaść całkiem niedbale. Jak się jest w nędzy, to o takich rzeczach lepiej nie myśleć.

Opowiadałem dalej:
 - Tymczasem tam w Ameryce docentowi K., który awansował i był już dziekanem, zabrakło profesorów – z tych co byli, kilku albo przeszło na emeryturę, albo poszli do przemysłu.
- Rdzenni Amerykanie wolą robić biznes niż zajmować się nauką. Posada profesora nie jest atrakcyjna, dlatego od robienia nauki są imigranci. Czytałem o tym – wtrącił Marek.
- Docent K. postanowił spróbować z uczonymi z Polski – ale tylko z tymi, o których wiedział coś dobrego. Nie chciał za bardzo ryzykować.
- A o tobie wiedział. Dzięki równaniom Lagrange’a. Więc pakowałeś się do Stanów – a co na to pan Janek?
- Pan Janek był OK. Postawił „fifth”- butelkę amerykańskiej whisky i zaopatrzył mnie w adres kuzyna na nowojorskim Green Point: „Jakby co, to tylko do niego – wiesz, tam nie każdemu można ufać, ale jemu musisz”. Paszport dostałem łatwo, bo już było po okrągłym stole.

3. Poprawiłem się na ogrodowym krzesełku. Jestem w Stanach, uczę, prowadzę badania, stabilizuję się - studentów mam złych, średnich i dobrych, należy to do codziennego doświadczenia profesora, wiemy przecież że rozkładem zdolności rządzi…
- Krzywa Gaussa – powiedział Marek – wiemy, wiemy.
- Ten rozkład obowiązuje prawie wszędzie, tak jak pech zdarza się nie wszędzie, ale prawie wszędzie. Kiedy prowadzę seminarium doktoranckie zatytułowane „formalizm Lagrange’a”….
- Lagrange’a. Kolejny raz – znacząco powiedział Marek.
- … jednym  z moich gorszych studentów jest niejaki Pierre, a jego pełne nazwisko to Pierre Lagrange. Pierre nigdy o słynnym Lagrange’u nie słyszał. Ale… Ale na drzwiach mojego biura wisi zawiadomienie o seminarium z wybitym tłustym drukiem nazwiskiem Lagrange. Pierre przypadkiem trafia na to zawiadomienie, następne kilka dni spędza guglując i staje się coraz bardziej pewien, że jest potomkiem sławnego matematyka. Obwieszcza to na Facebooku i Twitterze. Przekonany, że doc Tom, bo tak mnie studenci zwali, powie mu o Lagrange’u coś więcej, wpada podczas office hours do mojego biura. Żeby się go pozbyć wręczam mu poniewierającą się w moim biurze broszurkę o metryzacji; jest tam sporo o Lagrange’u, bo to on w czasie rewolucji francuskiej szefował komisji, która obdarowała nas metrem i kilogramem.
Zauważyłem, że Marek niecierpliwi się, bawił się pustą filiżanką po kawie. Pomyślałem, że w reportażu Marek całej mojej relacji nie zmieści. Trudno, to jego problem, niech słucha.

4. O tym czym jest fifth. - Teraz musimy trochę zboczyć w stronę alkoholi, w stronę whisky – powiedziałem - to co w Polsce jest zwyczajowym pół litra, w Ameryce nazywa się  „fifth” – standardowa butelka whisky.
- To ta fifth, którą postawił pan Janek?
- Tak. „Fifth”, bo tak się mówi, choć właściwie to „one fifth”, znaczy jedna piąta, i przez długie lata fifth zawierała objętość jednej piątej amerykańskiego galona. Ale  czterdzieści lat temu fifth została  w Ameryce zmetryzowana – zamiast siedmiuset pięćdziesięciu siedmiu mililitrów, bo tyle ma jedna piąta galona, rozporządzeniem federalnym zmniejszono jej objętość do siedmiuset pięćdziesięciu mililitrów – trzech czwartych litra. Odtąd whisky rozlewa się do takich butelek.

Wypiłem łyk kawy i ciągnąłem dalej:
- Pewnego wieczoru rozlewając przyjaciołom whisky Pierre opowiada czego dowiedział się od doktora Toma o swoim przodku i o metryzacji. I wtedy ma znakomity pomysł: Podnosi do góry butelkę whisky – tę fifth - i mówi, że odtąd będzie ją nazywał „doc Tom’s special”.
 – Chyba po polsku najlepiej byłoby to oddać jako „specjał doktora Toma” – wtrąca Marek -chyba nie uda mi się zmieścić tego w reportażu. Szkoda, bo „specjał” brzmi dobrze.
Zastanawiam się chwilę i mówię:
- Znaczeniowo chyba lepiej byłoby powiedzieć „miarka doktora Toma”. Tak czy inaczej nazwa przyjmuje się na uczelni, studenci ją lubią, o specjale wzmiankuje lokalna gazeta. Ale kiedy siedzę w biurze dziekana L. (docent K. już wyfrunął do lepszego uniwersytetu) słyszę: „Dlaczego zachęcasz do picia alkoholu? Rodzice naszych studentów się niepokoją. Wycofał się największy darczyńca naszego Uniwersytetu”. Tłumaczę dziekanowi nieporozumienie z żywym i zmarłym Lagrange’m. Kiedy zauważam, że nie powinniśmy mówić o pieniądzach, bo misją uniwersytetu jest nauka, dziekan L. spogląda na mnie jak na idiotę i pyta:
- A skąd ci coś takiego przyszło do głowy?

W tym momencie już wiem, że mój czas na tym uniwersytecie skończył się. Miesiąc później w trakcie potwornej awantury z dziekanem L. dowiaduję się, że rodzice Pierre Lagrange’a, zarzucając uniwersytetowi rozpijanie studentów rozważają pozew do sądu, że na mój etat zabrakło pieniędzy i że to koniec mojej pracy na tej uczelni.
- Czy Joseph Louis Lagrange też był tak zapalczywy jak ty? – Pyta Marek.
- Nie, Lagrange był cierpiącym melancholikiem. Trochę tego usposobienia przeszło w tym czasie na mnie, bo przez dłuższy czas nie udawało mi się znaleźć pracy. A kiedy w końcu znalazłem, to bardzo daleko - na Nowej Gwinei, w egzotycznym państwie Papua Nowa Gwinea. Pierwsze zdanie pełnego uczuć listu, jaki wysłałem do Warszawy, do Basi brzmiało: „Spotkajmy się na Nowej Gwinei”.

5.Łyknąłem pozostały w filiżance zimny już ostatek kawy i mówiłem dalej:
– W tydzień po przylocie na Nową Gwineę, kiedy szedłem centralną ulicą miasta Port Moresby zastąpił mi drogę czarniawy człowiek z twarzą pomalowaną na żółto i czerwono. Na głowie niósł coś w rodzaju kapelusza udekorowanego piórami i kolorowymi trawami, poza tym był prawie nagi - jedynym elementem czegoś, co było ubraniem, był duży, rurowaty, spiczasty na końcu futerał okrywający penisa. Jednak tym co przyciągnęło moją uwagę nie był ani niewidoczny penis, ani fantazyjny futerał, lecz trzymana przez nagusa dwumetrowa dzida. W terminologii kapitana Drozda ze Studium Wojskowego byłaby to dzida bojowa.
- Odczułeś zrozumiały niepokój – podpowiedział Marek.

- Tak. Dzida wyglądała groźnie. Nagus powiedział coś czego nie zrozumiałem, uderzył dzidą w chodnik między moimi stopami i odszedł. Uświadomiłem sobie, że biali nie są na Nowej Gwinei powszechnie lubiani.
– Penisa w futerale, dzidę i poglądy Papuasów w reportażu pominiemy. Tak samo jak nie wspomnimy o poglądach tych naszych białych, krzyczących na ulicach: „Je..ć czarnuchów”. Skoncentrujmy się na Lagrange’u  - powiedział Marek.
- Przyjeżdżając na Nową Gwineę byłem bliski bankructwa, więc pierwszą rzeczą były pieniądze. Dopiero po  roku poczułem się pewniej i zająłem się…
- Lagrange’m – dopowiedział Marek.
- Tak. Od dawna ciekawiły mnie punkty Lagrange’a[2] – miejsca w układzie ziemia-słońce gdzie równoważą się siły  grawitacji i bezwładności oddziaływujące na znajdujący się tam obiekt. Napisałem na ten temat niewielką książeczkę.
- I to za nią dostałeś medal? Nie mogła być taka niewielka, musiała być ważna, skoro warta była aż medalu.

Uśmiechnąłem się:
- Medal dostałem dzięki protekcji Lagrange’a. Sam mi to powiedział, kiedy przyśnił mi się w przeddzień posiedzenia Komitetu Nagród Akademii Lincei. Poznałem go po tym jego długim nosie.
- Bredzisz. A na serio? Bez żartów?
- Przypomnij sobie co powiedział mi dziekan L. kiedy wyrzucał mnie z pracy. Poszło o pieniądze, te którymi napędza się nauka. Tym razem poszło o pieniądze przeznaczone na kolonizację Marsa. W przypadku kolonizacji bezpośrednia łączność Marsa z ziemią może zostać zablokowana na około 2 tygodnie w ciągu każdego tak zwanego okresu synodycznego. Satelita komunikacyjny znajdujący się w jednym z dwóch punktów Lagrange’a – tych które ja badałem - może służyć jako pośrednik – przekaźnik w takiej sytuacji. O kontrakt na takie satelity zabiegał jeden z międzynarodowych koncernów - oczywiście zabiegał  o pieniądze państwowe – ze Stanów, Unii, Japonii. A jaki dla takiego kontraktu może być lepszy PR niż udekorowanie medalem samotnego naukowca w egzotycznym i, jak to się określa - rozwijającym się państwie. Jest to czyn bardzo humanitarny, a jeśli się jeszcze dyskretnie wspomni, że niedawno, tylko kilkadziesiąt lat temu panowało tam ludożerstwo, to jakiż, ach jakiż jest to kolosalny postęp dla całej ludzkości! Nic tylko paluszki lizać, bo pieniążki będą płynąć, oj będą!




[1]Matematyk i astronom Joseph Louis Lagrange (1736 – 1813) jest twórcą mechaniki analitycznej, autor szeregu ważnych rezultatów w dziedzinach analizy matematycznej i teorii liczb.

KONIEC


Jeśli opowiadanie podoba Ci się i chcesz mi o tym powiedzieć - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu. Sprawisz mi tym przyjemność.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też użyć tych maleńkich kwadracików na dole bloga do udostepnienia na Facebooku, Twitterze czy G+.

Za tydzień dwudziesty pierwszy (sorry, miał być w tym tygodniu, ale zaszła zmiana) odcinek książki "Jakże pięknie oni nami rządzili".

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

 Sympatycy Komitetu Obrony Demokracji w sobotę 21 stycznia 2017 (grupa na facebooku) mieli 66917 członków.

czwartek, 22 grudnia 2016

#Festyn opowiadań™, Nr 71.

Przyszedł do mnie Święty Mikołaj


    

© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

            (obejrzyj video i przeczytaj tekst (troszeczkę jedno od drugiego się różni)


Ze Świętymi Mikołajami jest tak jak z warszawską komunikacją. Chodzi mi o to, że komunikacja najlepiej działa w centrum i tak samo właśnie w centrum najłatwiej spotkać Mikołaja.

Tak się składa, że właśnie tam, w centrum, mieszkam, dlatego też kiedy w Wigilię usłyszałem dzwonek u drzwi pomyślałem że to może być Święty Mikołaj. I rzeczywiście był. Pamiętając jego zeszłoroczną wizytę[1] spojrzałem w głąb korytarza – powinna tam stać, tupając kopytkami szóstka zaprzężonych do sań reniferów. Nie było nic, ani sań, ani reniferów, a i twarz mojego tegorocznego gościa nie była mi znajoma, broda nie była tak elegancko wystrzyżona jak broda tego z zeszłego roku i w ogóle tegoroczny Mikołaj wyglądał tak jakoś mizernie. Ale Święty Mikołaj to Święty Mikołaj, otworzyłem więc szeroko drzwi.
- Proszę bardzo.
- Zmarzłem – powiedział Mikołaj – wygasili koksowniki.

Chciałem podejść do okna spojrzeć w niebo, ale otrzeźwiałem – na pewno nie chodziło mu o koksowniki gdzieś na Andromedzie czy Perseuszu. Pytająco uniosłem brwi do góry, tak jak to robią detektywi w kryminalnych serialach.
- Pod Sejmem – powiedział Mikołaj – pod Sejmem wygasili.
Co może Święty Mikołaj robić pod Sejmem? – Pomyślałem – czyżby Mikołaj w polityce?
- Tak synu, do tego, do polityki nam przyszło.

Uświadomiłem sobie, że tak jak przed rokiem Mikołaj czyta w moich myślach.
 - Zaraz zrobię herbaty – powiedziałem – proszę się rozgościć.
Spojrzałem na stojący na stole kieliszek z niedopitym koniakiem. Trzeba go zabrać, nie przystoi pić przy Mikołaju.
- Nie zabieraj, lepiej podaj drugi kieliszek – powiedział Mikołaj. W jego ręku pojawił się niewielki tablet:
- Czy ogląda TVN24? Tak. Czy Olejnik też? Czasami. A TVP? Nie. Wiadomości? Nie, tych to nie ogląda – mruczał pod nosem Mikołaj stukając w klawiaturę tabletu.

- No jak tak, to mogę wypić koniaczku - powiedział.
- Jak to mogę?
- Widzisz, tak się narobiło, że teraz są oddzielni Mikołaje. Są ci od rządu i ci od opozycji. Trzeba było tak zrobić, bo bywają awantury, już kilka razy elfy musiały ratować Mikołaja; teraz ci od rządu chodzą w asyście policji. A ja jestem od opozycji i dlatego rozdawałem prezenty pod sejmem – na ulicy. Ci rządowi mieli mieć łatwiej – mieli mieć drony, ale zamówienie jakoś nie wychodzi.
- Te francuskie – te karakany?
- Myli ci się synu. Myślisz o helikopterach, no prawda, ich też nie ma. A jeszcze całą obronę terytorialną muszą obsłużyć.
- W okopach?
- No nie, oni w biurach siedzą. Dopiero jak się coś zacznie, to oni z tych biur hop i do lasu kopać okopy. W ogóle rząd roboty ma mnóstwo – co noc to ze dwadzieścia uchwał uchwalają. A to emerytury skrócą, a to gimnazja zamkną. W ministerstwach też huk roboty – tego zwolnią, trzeba mu emeryturę naliczyć, a innego mianują.  A jeszcze sporo trzeba napożyczać – jak się tyle obraduje, to to kosztuje. A pomyśl ile trzeba ludzi, żeby listę zdrajców skompletować. Człowiek rano się budzi, nic nie wie, a tu patrz – już jest domniemanym zdrajcą. Albo w nocy coś domniemanego ukradł. Wyborcom też trzeba powiedzieć, żeby sobie nie myśleli że sąd to sąd, bo kupa sądów, tych z góry, tych najwyższych, to też tylko domniemanie. Trudno jest, na przykład ci Mikołaje co lotnictwo obsługują, to cały czas w sztucznej mgle się poruszają, a za prezenty to mają tylko popękane puszki Coca Coli i parówki.

- No to rzeczywiście – ci rządowi Mikołaje mają nielekko – powiedziałem.
- Nielekko synu, nielekko. Ale za to morale mają wysokie. Wczoraj jeden powiedział mi, że w przyszłym roku Mikołajów od opozycji nie powinno być, bo calutką opozycje przekonają. Kiedy zapytałem jak to zrobią, to powiedział, że oni już wiedzą jak.
- Wiedzą, czy domniemują – pomyślałem.
- A z prezentem w tym roku krucho, wiesz trzy procent deficytu, a ile też będzie za rok - ciągnął Mikołaj - musi ci wystarczyć dobre słowo:

WESOŁYCH ŚWIĄT

Czego i ja wszystkim moim czytelnikom życzę.

KONIEC

Ze względu na nadchodzącą Wigilię zamieszczam relację ze spotkania ze Świętym Mikołajem - zapowiadany poniżej odcinek książki ukarze się za tydzień.

Jeśli opowiadanie podoba Ci się i chcesz mi o tym powiedzieć - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu. Sprawisz mi tym przyjemność.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Jeśli chcesz zadać mi pytanie o USA - pytaj.

Za tydzień osiemnasty odcinek książki "Jakże pięknie oni nami rządzili".

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

 Sympatycy Komitetu Obrony Demokracji w sobote 17 grudnia (grupa na facebooku) mieli 65779 członków.
                          

wtorek, 29 listopada 2016

#Festyn opowiadań™, Nr 68.

Co się mi wydarzyło w Andrzejki


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Ze względu na Andrzejki zaplanowany na ten tydzień odcinek "Jakże pięknie oni nami rządzili" ukaże się w następnym tygodniu. W zamian proponuję poniższą, andrzejkową historyjkę.

- Czy masz może komórkę? – Zapytał. Był to malutki człowieczek ubrany w nędzny, zielony płaszczyk z czerwonymi wypustkami i rzędem błyszczących guzików, właściwie były to dwa rzędy, tylko nie można było tego zobaczyć, bo tę połę płaszcza, na której mógł być ten drugi rząd, przykrywała druga poła z widocznymi, też czerwonymi pętelkami.
- Nie zapiął guzików, otulił się ciaśniej, żeby mu było cieplej – pomyślałem.
Na głowie miał zieloną czapeczką zakończoną żółtym pomponem, spod czapeczki wyglądała wyraźnie przestraszona twarz, pomyślałem że wytrzasnął taki ubiór ze śmietnika jakiegoś teatru, a że wyrzucili, to nic dziwnego, bo teraz nawet Hamleta grają albo pod krawatem, albo nago. Wszystko jedno, jakiś przegrany życiowo, jakaś szlaja.

 Miałem komórkę i to nie byle jaką, nowiusieńkiego iPhona. I co, dać iPhona włóczędze? Uciec nie ucieknie, na szybkiego nie wygląda, ale popsuje, rzuci gdzieś. Ale… ale  jak nie dam to naubliża, będzie rzucał chujami, a na to, to ja jestem wrażliwy, to niszczy mój, tak starannie podtrzymywany, zawsze optymistyczny nastrój, jak w tramwaju klną chłopcy, czy dziewczyny (a z dziewczynami to zdarza się coraz częściej) to zaraz, na najbliższym przystanku, wysiadam. Nawet jak są ubrani patriotycznie, a teraz czesto tak sie ubierają.
Musiałem coś zrobić, odmówić, ale przyjaźnie, z zatroskaniem, załagodzić odmowę.
- A gdzie chcesz dzwonić?
- Na Oriona. Do bazy.

Jakiś pomylony, dobrze go oceniłem. Jest filia Coca Coli, są różne banki, Złote Tarasy, Reduta, Arkadia, ale Oriona tu w Warszawie nie ma. Chodzi mu o konstelację, o gwiazdy – widział kiedyś w telewizji coś o UFO, jakiegoś zielonego ludzika (no tak, pewnie dlatego tak się ubrał) i teraz bredzi:
- Nie naładowana - skłamałem.
Rozejrzałem się, byliśmy na Placu Narutowicza. Nad placem królował olbrzymi gmach Domu Akademickiego:
- A tu i tak pewnie nie ma zasięgu. Idź tam – wskazałem na Akademik – tam mają telefon na portierni.

Uśmiechnąłem się do niego, chciałem wyglądać przekonywująco, zdobyć jego zaufanie, chyba nie bardzo mi się to udało, bo twarz łajzy stwardniała. Zauważyłem, że wargi łajzy poruszają się bezdźwięcznie, po chwili zatrzymały się i dopiero wtedy usłyszałem:
- Nie gadaj tyle. Dawaj komórkę. Już.
Pomyślałem że to coś dziwnego, to chyba więcej niż pół sekundy opóźnienia, no tak, łajza ma pewnie chore struny głosowe i wszczepili mu jakiś generator sztucznej mowy, w końcu czego to ludziom nie wszczepiają, sztuczne penisy to codzienność, a lada dzień będą seryjnie wszczepiać mózgi.

Nagle poczułem jakieś mrowienie w kieszeni gdzie zwykle chowam starannie włożonego w firmowy futerał mojego iPhona i po chwili, już bez futerału, aparat pojawił się w ręku łajzy.
- To jest niewytłumaczalne – pomyślałem – i już otworzyłem usta żeby zaprotestować, kiedy łajza powiedział:
- Przepłacasz za komórkę. Twoje apki są nieaktualne. Jesteś niechluj.
- O przepraszam. Ubieram się nieskazitelnie. Nie tak jak ty. Ten pompon na czapce wisi na jednej nitce – powiedziałem. 
Porządne ubranie (raczej w stylu włoskim niż brytyjskim) to coś, co jest dla mnie ważne. Miesiąc temu rzucając mnie, pewna niedobra dziewczyna powiedziała mi że jestem pieprzony esteta.
- A cóż ty wiesz o ciężko pracujących elfach?  – Powiedział włóczęga.
- O elfach? To ty jesteś elf?
 - Nie przeszkadzaj. Muszę się wytłumaczyć w bazie. Za dużo było ambrozji i za wcześnie wyruszyłem z bazy. Pomyliłem andrzejki z mikołajkami.
- A, to masz kaca? – powiedziałem z zadowoleniem – no tak, wyglądasz na takiego. Pijus, łajza, po prostu łajza. Ostrożnie z moim iPhonem.
- Cicho. Wbijam apki[1]. Już. Teraz jeszcze SMS na Oriona.
- Ciężka praca? Dla elfa? Robienie zabawek. Pewnie jakieś szmacianki, jakieś samochodziki bez czwartego koła – powiedziałem, bo czytałem parę lat temu o tym co robią elfy.
- Zabawki? To było, ale minęło. Sprywatyzowali nas. Jesteśmy na śmieciówkach. Trochę zabawek jeszcze robimy – dla niepoznaki. Ale to co naprawdę, to bitcoiny[2].

Słyszałem trochę o tej cyfrowej walucie, a niedawno przeczytałem, że banki słabo płacą; oczywiście jak idzie o prezesa, to ten wypłaca sobie miliony. Trochę mi się zrobiło elfa żal.
Po chwili patrząc na ekran iPhona elf powiedział:
- No dobrze, mogę już wracać. A właśnie, zobaczyłem, że ty jesteś Andrzej – no to na twoje imieniny dodałem ci apkę – będziesz mógł sobie co jakiś czas ściągnąć trochę bitcoinów. Byle nie za często i nie za dużo; z niewielkimi wypłatami w tej walucie nasz warszawski bank nie umie się połapać.
Poczułem w kieszeni znajomy dotyk iPhona.
- Trzymaj się – powiedziałem. Źle ubrany, to prawda, ale nie on jeden. Nie wielu jest takich jak ja - rozumiejących co jest w życiu ważne.
* * *
Okazało się, że nie za dużo, to nie jest wcale tak mało. Wystarcza na powłóczenie się po szerokim świecie, a i ubrać porządnie też się można. Elfy to jednak bardzo porządne chłopaki.





[1] 
https://www.google.com/search?site=&source=hp&q=apka&oq=apka&gs_l=hp.1.0.35i39k1j0l3j0i10k1j0l2j0i10k1j0l2.3289.4578.0.7047.5.5.0.0.0.0.91.296.4.4.0....0...1c.1.64.hp..1.3.225.0.y-eW-ZELXbg
[2] 


KONIEC


Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Jeśli chcesz zadać mi pytanie o USA - pytaj.

  Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu.

Za tydzień siedemnasty odcinek książki "Jakże pięknie oni nami rządzili".

 Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.



  Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

Sympatycy Komitetu Obrony Demokracji w niedzielę 27 listopada (grupa na facebooku) mieli 61814 członków.