sobota, 17 października 2015

#Festyn opowiadań™, Nr 12.

Pani Waleria naprawia świat


© Andrzej Olas ( andrzej.olas@gmail.com )





Wszystko zaczęło się trzy lata temu od banalnego, często zdarzającego się w Warszawie, wypadku rowerowego. Wtedy nie wolno było jeszcze jeździć na rowerze chodnikiem i pan Gnych, od kilku lat uprawiający rekreację rowerową, jechał sobie jak zwykle ulicą Puławską. Trasę miał niezmienną, dojeżdżał do wyścigów, tam zawracał i z powrotem do domu na Bałuckiego na południową kawę. Tyle, że poprzedniej nocy gdzieś na wysokości Domaniewskiej pękła rura wodociągowa, chłopcy z Wodociągów zwęzili jezdnię stawiając barierkę i teraz pracowicie wkopywali się w asfalt w domniemanym miejscu awarii. Mimo, że pan Gnych sygnalizował lewą ręką ominięcie barierki, jadący za nim wóz marki Skoda nie zahamował na czas i uderzył w rower pana Gnycha przewracając go i łamiąc mu nogę w kostce. W dwadzieścia minut po odwiezieniu pana Gmycha do szpitala barierka zniknęła, bo awaria okazała się być cztery metry dalej, już pod chodnikiem. O tym czasoprzestrzennym figlu opatrzności pan Gnych nie dowiedział się nigdy.
W wieku lat siedemdziesięciu tego typu złamania nie leczy się łatwo, po leczeniu przychodzi długa rehabilitacja, a szok psychiczny czasami może w ogóle nie minąć. To właśnie zdarzyło się panu Gnychowi. Pozbawiony ulubionej rekreacji, przez dłuższy czas pozbawiony też swobody poruszania się, popadł w depresję, zaraz przyplątały się inne choroby i pan Gnych zmarł po niecałym roku.
Wdowa po panu Gnychu, pani Waleria była wiotką, ale inteligentną i pełną energii starszą panią. Lubiła karmić wiewiórki w Łazienkach, oglądać serial M jak miłość i wypiekać domowe ciasta. Była też obdarzoną chęcią robienia rzeczy dobrych.
Jedyny syn pani Walerii, pan Włodzimierz, dawno już wyrobił sobie niezłą karierę w przemyśle Public Relations, był żonaty i spłodził dwoje wnuków. Mimo swoich najlepszych chęci i produkcji znakomitych makowców pani Waleria nie spędzała z wnukami dużo czasu – przykro, ale trzeba powiedzieć, że synowa nie odnosiła się do pani Walerii nazbyt przyjaźnie. W ostatnich latach sąsiedzi pani Walerii zauważyli, że ta miła i ogólnie lubiana wdowa zaczęła mówić sama do siebie. Uznali, że pewnie jest jej z tym mniej nudno.
Pierwotną przyczyną nienajlepszego kontaktu synowej z panią Walerią było nazwisko pana Gnycha, a co za tym idzie i pani Walerii; w prymitywnych czasach wczesnej komuny bowiem, kiedy państwo Gnych brali ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego rzadko kiedy panna młoda pozostawała przy swoim nazwisku panieńskim. Rzecz była w tym, że poza Urzędem Stanu Cywilnego nazwisko Gnych można było znaleźć w aktach zalegających półki Instytutu Pamięci Narodowej – dziad pana Włodzimierza był w latach czterdziestych i pięćdziesiątych jednym z wielu funkcjonariuszy Urzędów Bezpieczeństwa. Wielkiej kariery tam nie zrobił, wysokich stanowisk nie zajmował, ale był i były ślady jego działalności, na pewno umacniającej komunizm, i na pewno ciemiężącej ludność Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Ubek Gnych do końca swego życia pozostał przekonany, że ciemiężył uciemiężonych dla ich własnego dobra. Zresztą świadczyła o tym jego wysoka emerytura.
Ślub syna pani Walerii odbywał się już w innym ustroju. Miał miejsce w roku powszechnego entuzjazmu naszego społeczeństwa, w roku w którym nasz biały orzeł odzyskał swą koronę i w roku, w którym syn pani Walerii zmienił nazwisko. Tę zmianę wymogła kilka miesięcy przed ślubem przyszła żona, a wówczas narzeczona pana Włodzimierza. Zmianę nazwiska można uważać za ważny dla nauk filozoficznych eksperyment, bowiem stanowiła ona próbę wykazania wyższości idei, pojęcia przecież abstrakcyjnego, nad pospolitą materią, próbę zmiany przeszłości i próbę transformacji pana Włodzimierza z całkowitego w takiego niezupełnego, niekompletnego, wnuka swojego dziadka.
Pani Waleria nie podzielała idealistycznego sposobu w jaki jej synowa rozprawiała się z przeszłością, zresztą filozofia nie była jej mocną stroną. Jej zadawanie się z przeszłością poszło innym torem. Było dla niej oczywiste, że teść był człowiekiem złym i że wyrządził wielu ludziom wiele złego. Kiedy ponad pięćdziesiąt lat temu wychodziła za mąż niewiele o tym wiedziała i nie próbowała o tym myśleć. Do śmierci męża nie zrobiła nic, w rok później usunęła z albumów rodzinnych wszystkie zdjęcia teścia. Co mogła zrobić więcej? Miała przecież czas, miała tak jak prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej, bardzo wiele czasu. Czy mogła coś z tym złem zrobić? Jak odkupić zło?
Zidentyfikowanie ofiar teścia, czy też ich potomków uznała za niemożliwe. Ale wiedza o tym, że zło zostało wyrządzone i poczucie, że ludzie zostali skrzywdzeni drążyły jej świadomość; Pani Waleria zastanawiała się co może zrobić. A że właśnie zbliżały się wybory i o układzie, czwartej Rzeczypospolitej i łże-elitach w telewizji było pełno, to i pani Waleria polityką historyczną się zainteresowała. Ale w inny sposób niż politycy, bo pani Waleria o naprawie krzywd myślała, a nie o własnej karierze czy występie w telewizji.
Studiując w miejscowej wypożyczalni książek tygodniki ogólnopolskie, zetknęła się z szeregiem nowych terminów i politycznych prognoz; niestety w żadnym piśmie żaden z artykułów nie dawał recepty na prywatną naprawę krzywd. Zato w tym czy innym tygodniku często natykała się z odmienianym w różnych przypadkach rzeczownikiem “blog”. Pewna była, że nie jest to osoba, ani prezydent, ani premier, ani prezes. Jakiś czas zastanawiała się też, czy czasownik “blogować” nie ma czegoś wspólnego z nieprzyzwoitym stosunkiem płciowym. Było jeszcze wykręcające język słowo “twitter”, ale to to na pewno było z obcego języka, a interesować się obcym językiem, tak jak i filozofią, pani Waleria nie miała najmniejszego zamiaru.  
Tygodniki wieściły różne rzeczy, takie jak ta, że ustawiczna pogoń za zyskiem zabija społeczeństwo, że państwo upadnie, że kościół upadnie, że opozycja upadnie, że szkoły upadną, że służba zdrowia upadnie. Zwróciło jej uwagę, że upadki te przepowiadane były selektywnie, rzadko wszystkie naraz; to zgadzało się z jej poczuciem zdrowego rozsądku. Kiedy w telewizji zobaczyła mapę Europy na niej zieloną wyspę Rzeczypospolitej, a resztę Europy na czerwono, uznała to za potwierdzenie, że skończył się czas komuny; za komuny na mapie było odwrotnie; to wyspa PRLu była razem z bliskim sąsiedztwem cała czerwona, a jaka była reszta Europy, ta na dalszy zachód, trudno było powiedzieć, bo jej raczej nie pokazywali. Utwierdzona przez obraz zielonej wyspy pani Waleria niezbyt ufnie przyjmowała twierdzenia tych z czwartej rzeczypospolitej, że trzecia jest prawie całkowicie komunistyczna. Ale te konstatacje wykonywała tak jakby na marginesie właściwego myślenia, bo w żaden sposób nie posuwały one problemu naprawy krzywd do przodu.
Że rzeczy mają się ku gorszemu uważali też urzędujący na pobliskim skwerku miejscowi ludzie pijący. Ale z ich opinią się pani Waleria nie liczyła, bo już dawno zdecydowała, że sikającym w miejscu publicznym powinno się zabronić wypowiedzi w sprawach politycznych. Uznała, że do kościoła też nie ma co się zwracać – tyle teraz budują nowych świątyń, że jakby co to moja pomoc też na budowę by poszła, a mnie nie o to chodzi.  Rozwiązania problemu wciąż nie było.
W końcu pani Waleria postanowiła zwrócić się do szkolnego kolegi Włodzimierza – profesora historii Jacka Długosza, w tych dawnych czasach sąsiada państwa Gnychów. Jacek Długosz przemknął tylko incydentalnie przez młodość Włodzimierza - kolegował się z Włodzimierzem krótko, może z miesiąc. Kiedy spytała była wówczas Włodzimierza dlaczego Jacek nie pokazuje się więcej u nich w domu, Włodzimierz spłoszył się i dopiero po dłuższym przesłuchaniu powiedział, że chodzi o dziadkowy Urząd Bezpieczeństwa.
Decyzja kontaktu, i to po tylu latach, była całkiem śmiała; podejmując ją pani Waleria kierowała się także własną emocją: wiedziała, że żoną Jacka jest aktorka Kalina Długoszowa. Zanim zaczęła interesować się polityką pani Waleria oglądała ją niekiedy na ekranie telewizyjnym i lubiła ją. Pamiętała też, że jeden z krytyków powiedział kiedyś, że pani Kalina jest osobą przystępną.
Trzeba przyznać, że w rozmowie z Jackiem (bo udało jej się z nim skontaktować) starsza pani była szczera. Powiedziała, że czuje się winna tego, że weszła do rodziny funkcjonariusza. Powiedziała, że teraz na starość uważa, że jeśli kochała aż tak, że nie mogła odejść, to lepiej było zostać kochanką pana Gnycha, dać tej miłości czas na wygaszenie i spokojnie wyjść, odejść do własnego życia. Powiedziała, że jest winna, że tak nie zrobiła, że stała po stronie mocy zła. I poprosiła o radę jak może to odpokutować, jak może coś tutaj naprawić. I jeszcze powiedziała, że co do etycznej strony jej przeszłych decyzji poddaje się pod osąd Jacka i nie oczekuje jego sympatii.
Co było robić - Jacek najchętniej przerwałby rozmowę aby zastanowić się nad pani Walerii interesującą teorią spraw miłosnych, ale błagalny uśmiech pani Walerii spowodował, że zgodził się odłożyć na bok zarówno teorię uczuć miłosnych jak i sprawy etyczne. Po wysłuchaniu pani Walerii stało się jednak jasne, że ani Jacek, ani biorąca udział w rozmowie Kalina, żadnej rozsądnej rady udzielić nie potrafią; Kalinie nie pomogła nawet znajomość ciemnych stron ludzkiego umysłu, ludzkich namiętności i ludzkich wyborów, znajomość nabyta w czasie teatralnych prób do roli Medei w przerobionej na współczesność sztuki Eurypidesa. Jacka wiedza historyczna też nie dostarczała jakiegoś rozwiązania, przeciwnie sugerowała, że każda decyzja może okazać się błędna i szkodliwa. Pani Waleria odeszła z niczym. A na Jacka wygłoszoną później tego wieczoru uwagę, że “odejść do własnego życia” jest bardzo pięknym wyrażeniem Kalina odpowiedziała, że odejść jak odejść, ale odchodząc łatwo jest z ręki odchodzonej czy odchodzonego to własne życie stracić.
Następne spotkanie pani Walerii z Jackiem miało miejsce dwa miesiące później, zaraz po nieudanym telefonie pani Walerii do syna, kiedy to natknąwszy się na synową, pani Waleria została znów potraktowana ozięble a propozycja wizyty u wnuków została odrzucona. W konsekwencji upieczony na wizytę makowiec trafił do zamrażalnika, a pani Waleria wykonała następny telefon – właśnie do Jacka, oznajmiając mu, że podjęła decyzję co ma zrobić i chciałaby poprosić Jacka i Kalinę o opinię.  
Znalazłszy się u Jacków pani Waleria oznajmiła, że przestała czytać zarówno gazety codzienne jak i tygodniki; to znaczy przestała czytać ich wersję drukowaną. Została studentką Uniwersytetu Trzeciego Wieku, dwa tygodnie wcześniej skończyła kurs komputerowy dla seniorów i teraz w najbliższej wypożyczalni książek czyta gazety w internecie. Już wie co to są blogi, ale ich nie czyta, bo wiele z nich jest ordynarnych i niecenzuralnych. A ostatnio przeczytała o zapisie windykacyjnym. Że można coś co się posiada zapisać w całości albo w określonej części jakiemuś spadkobiercy i że taki zapis już nie idzie przed sąd. A zaznaczyła, że przedtem, kiedy nie było tego zapisu, to trzeba było postępowania sądu, który dzielił taką część temu a taką tamtemu, a jak się spadkobiercy pokłócili, to nic z tego nie wychodziło.
No dobrze, zapytał Jacek, ale co to ma za związek z teściem. Pani Waleria powiedziała, że ma, bo postanowiła zrobić coś dla seniorów – bo to oni, a nie ich dzieci, czy ich wnuki siedzieli całymi dziesięcioleciami nękani i uciemiężeni przez komunizm.
Pomysł pani Walerii zrobienia czegoś dla seniorów szczególnie spodobał się Kalinie, która trzy lata temu grała Reganę, niedobrą córkę starca, w szekspirowskim królu Learze. Tylko co chce pani Waleria zrobić? Pani Waleria odpowiedziała, że to co pozostało jej po teściu to mieszkanie, obszerne eleganckie, przedwojenne jeszcze mieszkanie w centrum Warszawy. To mieszkanie chce pani Waleria po śmierci podzielić równo: połowę dla jej wnuków, a drugą połowę dla Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Pozwala na to ten zapis windykacyjny, a przeczytała dużo o prawie pierwokupu, tak że załatwi to tak, że interesy wnuków i Uniwersytetu nie będą w kolizji. Syn z synową mieszkania nie potrzebują, mają swoje. A jest to decyzja słuszna, bo to mieszkanie było przecież czyjeś, teść to mieszkanie jakby ukradł, bo dostał je w następstwie dekretu Bieruta i tylko dlatego, że był funkcjonariuszem. Tu pani Waleria wdała się w zawiłe tłumaczenie skutków dekretu, czego ani Jacek, ani Kalina nie zrozumieli, choć o samym Bierucie wiedzieli, a Jacek nawet wiedział bardzo dużo. Ale zrozumieli, że już rozmawiała z notariuszem i wszystko jest przygotowane, pani Waleria chce żeby Jacek i Kalina byli świadkami, to nie jest potrzebne, ale ona by chciała. A sympatii do niej dalej nie muszą czuć. Termin spotkania u notariusza jest za dwa tygodnie.
No, jeśli pani Waleria tak chce, to niech tak będzie, Jacek z Kaliną zgodzili się. Jacek zapisał datę na kalendarzu. Będzie to tuż po wyborach.
Na wybory Jacek Długosz zdążał samochodem z Wrocławia, z wizyty na tamtejszym Uniwersytecie. Zdążył ledwie ledwie, bo krajowa ósemka blokowała się tam gdzie zwykle - w Bełchatowie i w Wieluniu. Ale zdążył. Kiedy pani z komisji zauważyła, że chyba będzie ostatnim tego dnia wyborcą, Jacek pomyślał, że w dodatku dosyć głupim, bo przy takich drogach tylko głupiec może głosować na Platformę. Ale tego jej nie powiedział, a nuż byłoby to złamanie jakiegoś paragrafu ordynacji wyborczej, albo czegoś tam. A w dodatku takich głupców jak on było dużo. Przez chwilę zastanawiał się jak też zagłosuje pani Waleria, ale ponieważ nie należało okazywać jej sympatii to tematu nie drążył.
O północy nie było niczego telewizyjnie pewnego. Jacek nie zupełnie zadowolony, nalał sobie kieliszek bułgarskiego koniaku i zapuścił laptopa. I zdziwił się – czekał na niego mejl od pani Walerii. Pomyślał, że pani Waleria coś o wyborach pisze – może wbrew swojemu postanowieniu jakiegoś bloga przeczytała, co ją zdenerwował. Ale nie, chodziło o zupełnie inne nieszczęście.
Do pani Walerii przyszedł pan o bardzo szlachetnym nazwisku i powiedział, że od miesiąca on jest właścicielem kamienicy w której mieszka pani Waleria i że pani Waleria ma się wyprowadzić w ciągu trzech miesięcy, a na razie podwyższa jej czynsz, tak żeby koszt eksploatacji a i wartość zamieszkiwania w luksusowym mieszkaniu w centrum Warszawy była tym czynszem odzwierciedlona.  Ten pan wszystko o pani Walerii wiedział, powiedział, że teść pani Walerii był stalinowskim katem i że tak naprawdę to on, ten pan, człowiek, który latami walczył w Solidarności, dopełnia tylko tego co sprawiedliwe. Pani Waleria pisała o tym panu per pan X, a określenia “stalinowski kat” nie komentowała; brak komentarza uznał Jacek za właściwy, bo jeśli tak trudno jest tych katów ukarać, to przynajmniej trzeba mówić głośno kim byli.
No i teraz nie dość, pisała pani Waleria, że o zapisie windykacyjnym nie ma mowy, to jeszcze ona sama, okazuje się, może się znaleźć na bruku. Poradził jej ten pan, żeby do miasta poszła o lokal zastępczy, choć podkreślił, że nadziei na to, to by jej nie robił. No i jeszcze zwrócił uwagę, żeby lepiej o lokal dbała, bo w rogu łazienki grzyb się zapowiada, a w takim mieszkaniu to tak przecież nie można. Pani Waleria określiła zachowanie tego pana jako aroganckie i lekceważące, szczególnie, że żadnego zapowiadania się grzyba nie było, a o mieszkanie dba jak mało kto, i malowanie zrobiła pół roku temu. Zapytała go o jego tak ładnie brzmiące nazwisko, to powiedział, że tak, że on jest z tego rodu, rodu, który od wieków za sprawiedliwością wotował. Pani Waleria dodała, że po wyjściu tego pana przeczytała w encyklopedii, że to nieprawda, że to w szlacheckim warcholstwie ród jego przed innymi rodami przodował. A Jacek zgadywał, że nazwała tego pana pan X – bo X jest jak Xiążę.
Jackowi, historykowi przecież, nietrudno było przywołać z pamięci, bez sięgania do źródeł, kilka niechlubnych wystąpień antenatów tego anioła sprawiedliwości. Zresztą czy jest ród magnacki który może być przez historyka, ot tak sobie, polubiony? Nie, takiego nie ma. A w dodatku, Jacek wiedział, że w ostatnich wiekach nazwisko przestało być rzeczą dziedziczoną, a stało się rzeczą nabytą. Po każdej większej katastrofie narodowej, grzebiąc w jej zgliszczach, każdy mógł sobie prawie że dowolne z nazwisk przybrać, jakby chciał to może nawet X, a czasem jeśli przy pieniądzach, to i sygnet szlachecki kupić. Czasem z tych pieniędzy, co właśnie ukradzione.
Pani Waleria kończyła mejla stwierdzeniem, że i tym razem wcale o sympatię nie prosi, ale po prostu nie wie co robić.
Narada z Kaliną nie przyniosła żadnych rezultatów poza stwierdzeniem, że wpakowali się oboje w sytuację bardzo dwuznaczną. Pan Gnych był funkcjonariuszem, niezaprzeczalnie, mieszkanie było jak skradzione, synowa pani Walerii niesympatyczna, pani Walerii sympatia się nie należała, syn pani Walerii był znakiem zapytania, i było duże prawdopodobieństwo, że ten pan X o pięknym nazwisku był ścierwnikiem – takim, co odgrzebuje padlinę - żer z ostatniej wojny i pochłania rozrywając ją na strzępy.
I tu moglibyśmy zakończyć tę story, informując czytelnika, że autor chciał przypomnieć odwieczny morał, morał tej i każdej innej historii: poczucie sprawiedliwości jest zakodowane gdzieś w ludzkim kodzie genetycznym, gdzieś w naszym DNA jakaś chemia wymusza na nas dążenie do reguł, przepisów mówiących, że słabszym należy się ochrona, że wiemy, że są czyny na które naszej zgody nie ma. Tylko że zdarza się, że w naszej rzeczywistości pojawi się ktoś z jakimś popsutym DNA, taki jakiś Bierut, zwerbuje jakiegoś Gnycha i innych, z którymi będzie świadomie łamał reguły, organizował mordy i tłumaczył nam, że to wszystko jest normalne. Albo pojawi się jakiś pan X. Oczywiście ten Bierut, czy jego miniaturowa kopia - pan X są tu symbolami, możesz czytelniku użyć własnego doświadczenia do podstawienia na jego miejsce całego gabinetu zbrodni.
- Zaraz, zaraz - pytasz czytelniku - a gdzież jest finał tej całej historii? Przecież życie toczy się dalej.
Proszę bardzo, oto jest:
Następnego dnia, po mejlu pani Walerii Jacek wziął się za swoją komórkę. Warszawa nie jest aż taka duża, żeby dla uzyskania podstawowych wiadomości o człowieku trzeba było zatrudniać prywatnego detektywa. Wczesnym popołudniem Jacek wiedział co powinien wiedzieć: Ten pan X o pięknym nazwisku był człowiekiem niebezpiecznym. Po nieskończonych studiach prawniczych robił różne rzeczy a ostatnio zajął się odzyskiwaniem nieruchomości z dekretu Bieruta i z innych roszczeń, prywatnych i instytucjonalnych. W Solidarności nie działał, w ogóle nie był. Za to był skuteczny, bo już tego dnia wieczorem Wiesław, dziennikarz i przyjaciel Jacka powiadomił go, że jego śledztwo zostało zauważone. Powiedział, że pan X montuje kontratak – Jacek będzie ogłoszony opiekunem stalinowców, sympatykiem Stowarzyszenia Polskich Marksistów i zawodowym plagiatorem, który wyłudził tytuł profesorski. Pomimo że Jacek nie miał pojęcia, że Stowarzyszenie Marksistów Polskich istnieje, to tą informacją się przejął.
Jak już wspomniałem story kończy się tutaj. Bo następnego dnia poranne gazety doniosły, że pan X o pięknym nazwisku został zatrzymany pod szeregiem zarzutów. Głównie chodziło o fałszerstwa testamentów, przekupywanie urzędników sądowych z wydziałów Ksiąg Wieczystych i nielegalne działania w różnych komisjach. Jacek miał szczęście, bo zarzuty stawiane panu X były poważne, wyglądało na to, że chemia ludzkiego DNA i aparat sprawiedliwości, pewnie ten taki trzyliterowy, zadziałały wspólnie i skutecznie. Jacek mógł odetchnąć, bo zapowiadało się długie śledztwo i długi wyrok.
A pani Waleria? Na pewno też odetchnęła. Ale Jacek Długosz wciąż nie wie czy należy jej się sympatia jego i czytelników tej story.


KONIEC

Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na "Lubię to".

Następne opowiadanie: "Najważniejszy dzień życia" za tydzień. 

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań.

W tym tygodniu niezależnie od Festynu Opowiadań publikuję też angielskie tłumaczenie opowiadania "Król Szczurów", część 2, w poprzednim opublikowałem cz. 1.

Moje książki ( http://www.atut.ig.pl/?wyniki-wyszukiwania,19&sPhrase=olas ), wydawnictwo ATUT, są do nabycia w większości księgarni w Polsce, w Europie i w USA. 
Zapytaj w księgarni, sprawdź na przykład w Empiku, bądź też wygoogluj na internecie autora (Andrzej Olas) lub tytuł:
1. Dom nad jeziorem Ontario (nakład jest bliski wyczerpania, ale gdzie nie gdzie książka jest jeszcze dostępna).
2. Jakże pięknie oni nami rządzili.

W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.

Recenzję mojej książki znajdziesz pod:
http://uwagirecenzje.blogspot.com/2015/02/jak-to-sie-ksiazke-pisao.html 




piątek, 16 października 2015

Rat King (part 2/2)


© Andrzej Olas (andrzej.olas@gmail.com)

Translated by Krystyna Olas

In Mokotow the uprising ended earlier than in the downtown district, which was still held at that time by the Polish fighters. The Germans came in the evening and said that they knew that there were resistance fighters hiding among us and that they were to immediately surrender. No one spoke up. The Germans forbid us to leave the basement, and throughout the entire night we were shut up in there. In the morning they led us out onto Madalinski Street. On the opposite side of the street stood commandeered horse carriages filled with items stolen by the Germans.
They led us down Madalinski Street to Independence Avenue. The street was burning, fire billowing from the windows of houses along the sides. For a second I thought that I heard someone playing the xylophone. It was window panes dropping from burning frames onto the cobbles below. At one moment my mother said that our house too was already burning.
At the defunct Polish Airplane factory in the Okecie district the Germans said through megaphones that nothing would happen to us. Later they told us we were to give up all valuables - watches, jewelry, and money - to help fund the war effort of the German Third Reich. Those who did not cooperate would be punished. That was how my mother lost her watch. We spent the night on the concrete floor of the factory. I was scared and hungry. This feeling stayed with me during the next long months of wandering in the midst of German-Russian battles.
* * *
We returned to Warsaw in April 1945. The front half of our building was charred, but our apartment was spared. We, kids, had a lot of places to play because half of the surrounding buildings were either burned or in ruins. We had all the toys we needed: from the wrecked armor on Wisniowa Street to dud mortar shells to different types of explosive powders and cartridges.
They were exhuming a body very near the fence where I had seen the slim, elegant man the first day of the uprising. Two men were digging up the corpse while a woman with a Polish Red Cross armband was checking over some papers. Nearby, a horse carriage was waiting to transport the body to the cemetery. The woman from the Red Cross was saying,
“Listen, papers are most important. We have many people about which families are still asking. Please be careful.”
I decided that the Red Cross woman wouldn’t be interested in the bomb shelter the Germans had built near our home. The shelter, which was dug into the earth so that from the outside looked only like a small mound, was a place where we children often played. It had two entrances and was so low-ceiling that one couldn’t stand up straight. When my mother had brought us back to Warsaw in April 1945, the entrances had been covered with dirt. The unearthing of the entrances took us about two months, mainly because in the beginning my brother and I were the only children in the house. Later Bulek returned, and also Jacek and Piotrek. The inside of the shelter stunk; it was mildewed and dirty. When we found a human skull, we stayed away for a week. But it turned out the shelter was an excellent hiding place for hide-and-seek, and we later moved the skull into a blind corner of the shelter so as it wouldn’t bother us. A little while later we found a second skull and moved it to the same place. It was against our rules to hide near the skulls. The skull with fewer teeth we named a German, and the other one we dubbed a Pole.
I went to school on Narbutta Street. I had nightmares; the worst one was where I was being chased by SS men and I had to escape by roof hopping. Most of the time I fell, but occasionally I was caught. At school I was a favorite of our teacher, Mrs. Siwczynska. This helped me when I accidentally lit my bench on fire while playing with artillery powder during a Polish lesson. The janitor, Mr. Grzelak, put out the fire with a few of pails of water. It so happened that one bucket accidentally hit me. What was worse, the entire carry-with-me portion of my arsenal was confiscated. Most painful was the loss of two small rocket cartridges and a large buckshot cartridge. Wet and robbed, I was sent to the principal’s office, where, in the presence of Mrs. Siwczynska, he told me there was no room in his school for bandits like me and that I was expelled. Mrs. Siwczynska told me to go into the anteroom and wait. Through the slightly ajar door I heard the principle shout fearfully at my teacher when she mentioned that my father had been murdered at Katyn by the Communists.
“Madam, for such talk one can go to jail! I didn’t hear you say that!”
“Mr. Principal, the child is underfed and neglected. Only God knows the trauma he underwent during the uprising. We must nurture him, not expel him!”
I didn’t consider myself neglected. Starved I wasn’t either; a number of times during the war I had seen sausage, and at least twice I had actually tasted it. Besides this, I was rich: only a few days before I had found among some rumble a disassembled Parabellum handgun. It was worth at least a hundred cartridges or even two grenades.
Jacek and Piotrek’s mother, Mrs. Patycka, was the head of the Syrena theater’s literary department, so she knew a lot of actors. Later on, thanks to her, I got to be backstage number of times. My first theatrical experience was also because of her. The play was The Nutcracker. I was awed. I had never before seen such rich and vivid colors, actions, and sounds. It was a special performance for children, and the actors involved the audience by asking questions and occasionally asking our advice. When the Rat King first came on stage, on of the actors asked us:
“Do you like him?”
The answer was an unanimous “noooo!” Surprisingly, even to myself, I shouted “yes!” Even when all the rest of the audience had quieted, I was still shouting, “Yes! I like the Rat King!” I didn’t know what the actor expected when he invited me up to the stage and asked me why I felt so. I answered, crying,
“The rat was the bravest! He was braver than the fighters!”
And then I remembered what had happened during the uprising. The SS men had come one afternoon. I was near the entrance when they stormed the basement. First there was the terrifying order,
Hände hoch!”
Two black silhouettes with the blinding white opening of the door behind them, loaded with weapons. One was shouting, “Weg!” He set himself in the corner of the basement, pushing Mr. Grusze out of the way, and stood there, prodding the room with the barrel of his sub-machine gun. The other one was howling, “Schnell!” and was herding Mr. Grusza and someone else, a short man, whom I didn’t know, up the stairs, kicking and pushing them. I knew that one of them would kill me at any moment. I didn’t try to escape, instead I started screaming with all my might.When Mr. Grusza and the short man were already at the exit from the basement, the SS man with the submachine gun came out of his corner and went towards the stairs. In the sudden silence Mrs. Pojawska said,
“Mrs. Olas, will you calm your child, or they will shoot all of us.”
The SS man, already at the bottom of the stairs, turned in her direction, the barrel of his gun scanning the room so that at one point it was pointing directly at me. My screams changed into howls; no one in the room moved. The SS man left. I heard two series of shots. In the basement there was silence. Then Mrs. Grusza started to scream,
“ Please! Give me back my husband!”
The corpses lay for several days in the courtyard, by the entrance to the basement. Then we learned that the Germans had finally allowed the interring of the dead, and a few men dug a grave in the courtyard’s lawn. Mr. Kowal, returning from the courtyard, said,
“If this uprising doesn’t end soon, then they will have killed us all.”
* * *
Luckily for the unfortunate actor, Mrs. Patycka was backstage. After I had started crying hard and stomping around repeating that the rat was brave, the actor didn’t know how to get me off the stage. Mrs. Patycka simply came out from behind the curtains and said “Come here,” and took me home. My mother told me o get something to eat and go to bed. I fell asleep quickly, but after a little while talking woke me up. My mother was just then scolding Mr. Kowal.
“Mr. Kowal, you are drunk, and I hate drunks. Why don’t you go home.”
“Mrs. Olas, I went home, but my wife wasn’t home. I immediately knew that she must be with you. And anyway, I only drank because I met Mr. Smolinski. Remember him? He was in the basement next door during the uprising. And you know what? This world is so stupid. Now those SOB communists are saying exactly what we’ve been saying all along, that the whole uprising was just one big blunder.“
That night I dreamed of the uprising. The Rat King, wearing a royal purple cape, sat on a throne in the middle of our basement. On the left of the King sat Mr. Grusza, and on the right the short man whose name I didn’t know. The herald, also standing on the right side of the throne, was reading from a huge parchment:
“Let it be known to all, that all past blunders invalidated.”
In the crowd, I recognized my mother and Mr. Kowal with his wife. In the back, I saw groups of people, under a red flag, all wearing red shirts. I moved toward Mr. Kowal and asked,
“Sir, what about the SS men?”
Mr. Kowal shouted, interrupting the herald, “Exactly! What about the SS men?”
The Rat King answered seriously, “The SS men are bad people.”
I asked, “Will there be another uprising? I’ve already been through one. I don’t want an another uprising.”
“In Poland bad things are happening, but there will not be a second uprising,” replied the King.
My mother then asked, “Rat King, is there somewhere a Great Order Among Everything? Is there somewhere Justice?”
The Rat King hesitated, “It is difficult to talk about order in a place filled with graves and corpses. Every fourth person in this country is dead. We are led by barbarians.” Now the Rat King pointed at me. He continued, “ Maybe he will live to see the Great Order Among Everything of which you speak.”
I fell into a deep sleep. That was my last dream about the uprising.
The city changed. The burnt half of our apartment building was rebuilt, the air raid shelter torn down. I grew quickly. I became interested in books and sports. Jacek, Bulek, and I formed a soccer club, and I got to play the centre. Everything was going great. I hadn’t quite realized then that, more and more, I was seing portraits of a Great Leader with a mustache, and that more and more people mumbled the name Stalin.

THE END

piątek, 9 października 2015

Rat King (part 1/2)

A child’s recollection of the Warsaw Uprising 1944


© Andrzej Olas (andrzej.olas@gmail.com)
Translated by Krystyna Olas

On the first of August, 1944, I was eight years old. It was during the World War II. I lived in German-occupied Warsaw, till 1939 Poland’s capital. It was a sunny afternoon. Crouching, I played in a puddle left by a brief rain. I heard a sound not unlike that of nails being hammered and got up. I saw an elegant man fire his rifle. The end of the barrel was odd looking, like a funnel, and from it, flames shot out. He stood next to the neighboring house fence, slender and tall. He wore khaki plus fours, and on his arm, his right one I think, was a white and red armband. I didn’t have a chance to see anything more, for right there my mother ran up and took me into the cellar of the condominium in which we lived. In the basement stood primitive benches saved by the janitor from the siege of Warsaw at the beginning of the war in 1939, upon which our neighbors already sat. They were saying that the Uprising was beginning, that Warsaw would be freed by the resistance fighters, that the Germans would flee, and that then the Bolsheviks would come, bringing the Red Army.
About the Red Army I had heard half a year earlier, in the winter, while I was playing with my lead soldiers. Andy, who was two year older, told me then, that it was thus called because all the soldiers wore red uniforms. I didn’t believe him: the lead soldiers I had wore green uniforms and brown boots. The SS men in nearby barracks wore black. Soldiers in red had to also have red boots, and no respecting soldier would wear such boots. Therefore, Andy was trying to trick me. When I told him so, he pinched my nose painfully. But now, adults were talking of the Red Army. They said that when it came, “what’s yours will be mine.” What’s more, they reasoned that the Red Army marched without shoes. This solved my problem. In red uniforms, but barefoot - that was believable.
My mother was very upset: she murmured to herself under her breath. At that time, this wasn’t common for her. I heard, “ It’s crazy, they are stupid; they’ll destroy the city, everyone will die...”
I wasn’t sure just what was “stupid,” but I didn’t feel it safe to ask. I had imprinted in my memory the vision of the tall man, and I was sure I’d never forget him. I knew that every shot from his rifle was purposeful, and I wanted to go see him triumphant, but with my mother I wasn’t going to have that chance. She was in a bad mood, and one could easily get it.
I never saw that elegant man again. The next day, another man, also a resistance fighter, came to the basement, wearing the tell-tale white-red band on his arm. He was shorter, and not as stately.He brought two carrots per each child and told us that Warsaw was almost free, and that walking on the streets was unsafe, for the time being. He said that because of this, we should dig a passage from our basement to the basement of our neighbors. I thought this was a great idea.
A day or two later, my mother decided that since she felt there was less shooting, we could move back into our house, but only into the kitchen, since it was hidden from view. Once, when we were sitting in the kitchen , an old friend, Romek Hartman, came by, and it turned out that he, too, was a resistance fighter. He wore a thick, wide belt, and pinned to that belt was a grenade. My mother was very puzzled by the fact that Romek was a resistance fighter, because he was barely three years older than my elder brother Maciek, and he was only twelve. I asked him if he had a revolver, because I wanted him to show it to me, but he told me that the only way to get a gun was off a dead enemy. He added that in a matter of days he was to get a second grenade, but that he couldn’t let me hold the one he had , because regulations forbid it. My mother got upset again. At that point, it was very easy to upset my mother, so it was worthwhile to watch out.
Now I knew what the elegant man had been doing the first day of the uprising. Not more than 50 meters from our home there were SS barracks. The elegant man and other resistance fighters were trying to overrun the barracks. The barracks were not captured, and many of the fighters were killed. I could not imagine that the man had died.
Those barracks had interested me long before. I had seen the SS men, (we never called them soldiers), while they were practicing throwing grenades in front of the building. The entrance to the barracks was blocked off by a crossbar. A guard sat in a booth painted with black and white chevrons. I avoided walking on the sidewalk in front of the barracks; I was afraid of the SS men on the streets as well. However, shortly before the uprising, curiosity had became stronger than fear. In each corner of the barracks there had been bunkers being built. I had picked the corner farthest from the gate, and for hours I had watched the masons. The constructing of a bunker is easy, as long as the building has a basement. One moves the bricks in the corner of the building - one meter up and one meter over from each edge. A new, extended corner is built, under which there is room for the soldiers to stand while they shoot from the slits cut in the sides of the fortification. This was the type of bunkers built for the SS men. After the masons had finished, I no longer went near the barracks - I was afraid that SS men were watching me from the bunkers.
At some time during the uprising, we moved permanently into the basement, or until the Germans fled, at any rate. It seemed to me that all the residents of our building had moved into the cellar - at least all of our acquaintance’s children were down there. My brother, mother and I had a place in the middle of the basement’s hallway. Sitting on our cot, I could see the large gas pipe coming out of a hole in the wall on my left, going along the basement’s ceiling, and entering the wall through another hole on my right. Almost every evening, a giant gray rat would come out of the hole on the left, slink along the entire length of pipe and disappear in the hole on the right. The way he moved was very stern and determined. The rat quiclky became a big attraction for us, one for which we waited every evening. Moreover, the rat was a challenge: we wanted to stop him. For this, Jacek Patycki thought to set soldiers in the rat’s way. We started with a lone infantryman in a green uniform and brown boots. The rat didn’t even notice. Without breaking stride, he knocked our soldier to the ground and marched onward.
Every day in the evening a Mass was held. The manager’s office, which was on the first floor, only a few feet from the basement entrance, served as the chapel. We sang pious hymns, mostly sad ones. Evenings were therefore full: first the rat, and then the sermon. Occasionally, though, the rat would be late, and we’d have to go to mass without seeing him.
One day the SS men herded us onto a neighboring courtyard, where, already, on the dead grass, the people from the building between us and the barracks sat. From a speaker hung on a pole boomed Hitler’s orders, in German, and after that some man spoke Polish with an odd accent. The edict stated that Warsaw was to be destroyed, so that not one stone remained on top of another.During the speech the neighboring apartment house, the one between us and the barracks, started to burn People started to cry and shout. My mother said that soon they would ignite our home.Mr. Grusza said no, because the Germans had forced us out without anything, while the neighbors had been allowed to gather up their things and take all that they could carry into the courtyard.He was sure they would not burn our house. He was right, and in a little while we were allowed to return to our home.
The rat still won over our army. Even three officers could not overcome him. One became missing in action during a battle - he fell from the pipe into the hole in the wall. A few days later a second soldier was killed in a skirmish - his base stand broke off.
The adults said that there would be starvation, and continuously spoke only of food and sustenance. One day Mr. Winter came upon the idea to gather the tomatoes in the main courtyard, which had been planted before the uprising. The problem with this was that the courtyard was within range of SS fire from the barracks. Mr. Grusza said that even Germans would not fire on children. I don’t know why it turned out to be me, but in any case Mr. Winter gave me a white flag and told me to go gather tomatoes on that little plot of land. I didn’t argue then, but as I readied to go out, I began to be afraid. Some said it was best that I crawl, others that I should go out waving the white flag. I don’t remember what was decided, but it didn’t really matter, because I got about three steps out the door and immediately escaped back inside. I told Mr. Winter that there were no tomatoes there anymore. Mr. Winter looked at me, and then at the plot, and said,
“You’re right, there really aren’t any.”
To this Mrs. Niczman cried, “What are you talking about? It is completely red over there with tomatoes!”
Mr. Winter repeated, “There are no tomatoes on that p;ot,” louder this time.
Mrs. Niczman backed off quickly, saying, “You’re right, there aren’t any.”
I was surprised that the adults agreed with me so readily.
The rat continued winning the war. Our flank of grenadiers was decimated. The commanding officer was crushed after falling from the pipe under the heel of one of the adults.
The basement was lighted by carbide lamps. Before the uprising, the Germans had turned on the electricity for a few hours a day. Now the electric lighting had stopped completely, ever since the beginning of the uprising. Normally, for thrift, only one lamp was burning, flickering and hissing, and the height of the fire was dependent on the current production of gas. That night two lamps were burning, and, also, Mr. Winter had put in more carbide than normally, so they would light the basement longer. The reason for this was Mr. Zurman, who having recently sneaked over to our building from the downtown district of Warsaw, had tidings from that other part of city to tell, and everyone wanted to hear everything without interruption. The streets of that area were covered with barricades, so as to hinder the attacks of German tanks. The barricades consisted of overturned trams, cars, pieces of walls, street curbs, bricks, and even furniture. I couldn’t imagine knocking over a tram, but I was sure the resistance fighters knew how to do it.
A barricade: exactly what we needed to beat the rat. If our army was behind a barricade, the rat would have no chance whatsoever. My attention got divided: with one ear hearing Jacek telling me that for the rat barricade he would give me his wooden toy tram, with the other ear listening to Mr. Zurman saying that German bombs went right through the roofs and floors of buildings and exploded in the basement. At that very moment a carbide lamp on my left side exploded. In an enclosed space like that basement an actually small explosion gave the impression of a huge detonation. The top half of the lamp had leaped up into the air, turned upside-down and imbedded itself in the ceiling so that it looked like a duck’s bill pecking through to the basement. Then things started happening fast and semingly simultaneously. Mrs. Dobiecka, pointing with her right hand at the duck’s bill, shrieked,
“A bomb, ahhhhhh!”
At the same time her left hand tried to plug both her ears in preparation for the bomb’s explosion. Mr. Zurman straightened up and commanded,
“Don’t panic, just everyone get down!”
With his head held high and his mind concentrated, Mr. Zurman gave the impression that he could control every situation. Mrs. Smolinska didn’t notice this impression, because she had covered her head with a blanket that before now had always laid in her lap. From under the blanket a muffled,
“Hail Mary, full of grace...” could be heard.
The shadow of Mr. Zurman on the basement wall told me, “Trust and obey your leader.”
I yelled, “Yes Sir!” and dropped to the floor, never taking my eyes of the bomb. Piotrek said,
“Sir! Sir! I’m not allowed to drop to the floor in these clothes!”
Jacek, still holding the wooden tram in his hand, started to make his way toward the lamp saying,
“I have to see the bomb!”
By chance, Mr. Kowal, who had, on Mr. Zurman’s word dived beneath a bunk, was in his path. Jacek tripped over Mr. Kowal outstretched leg, and dropped the wooden tram. The tram arched through the air and landed in the small of Mrs. Smolinska’s back. Mrs. Smolinska threw the blanket back and stood up screamed,
“I’m hurt! The shrapnel got me!”
Mr. Zurman shouted,
“Medics! The injured must go to the infirmary!”
“Sir, we don’t have an infirmary,” I volunteered.
Mr. Kowal rose from under the bunk and, shaking off the dust, said coldly,
“Mr. Zurman, not only is there no infirmary, there is also no bomb. Perhaps you’re hallucinating.”
Mrs. Smolinska, rubbing her offended back, glared at Mr. Zurman and said,
“This place is crawling with subversives waiting for a chance to hit someone in the back.” After a moments thought, she added, “Some of them are easy to spot: they are always instigating panic.”
From then on the kids thought carbide lamps were better than electricity any way.
The next day we built an anti-rat barricade. The main body of Jacek’s tram construed the center of the barricade, while the undercarriage and the wheels blocked the rest of the pipe. The rat came up to the barricade, climbed up onto it, and found only the ceiling. Without hurrying, he turned around, climbed down, and returned to the hole from which he had appeared. We had won.
The next morning we saw that the barricade was destroyed. The rat had returned during the night and chewed through the tram’s side by widening its windows.


Continued next week.

#Festyn opowiadań™, Nr. 11.

Apteka pod Opatrznością, cz. 2/2



      ©Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)            

Rozdział V. O wyprawie po iksa.

Tego letniego wieczoru wszystko szło po mojej myśli. Mama z panią Ostrowską były w kuchni, pani Ostrowska mówiła, że pan Piotr przyjdzie się pożegnać, bo nie ma co u komunistów szukać i ucieka z powrotem na zachód przez Czechosłowację. Mówiła mamie, że dostała dobre schabowe, a i ma trochę bimbru. Normalnie podsłuchiwałbym dalej, ale tym razem musiałem iść na poszukiwanie.

Wślizgnąć się do gmachu koszar nie było trudno – szeroka brama frontowa stała otworem. Było kilka klatek schodowych – wybrałem tę najdalszą od frontu. Zejście do piwnic było zakratowane, krata była zamknięta na kłódkę, ale byłem chudy i bez trudu zmieściłem się między pionowymi prętami. Bałem się trochę, tak jak kiedy na wietrze zaklepywałem napis, ale to było to co powinienem zrobić.
- Obejrzę dwie piwnice – zdecydowałem – jedna to byłoby tchórzostwo, a trzy to już za dużo.
W pierwszej piwinicy nie było nic ciekawego poza połamanymi szkolnymi ławkami. W drugiej, też zamkniętej kratą, połowę bocznej ściany zajmowały rury kanalizacyjne. Tym razem krata była bardziej gęsta i przejść między prętami nie mogłem. Może jest jakiś inny sposób? Rozejrzałem się. Obok kraty, przy ścianie, były jakieś drzwiczki – była jakby szafka z cieńszymi rurami i kranami tak jakby do wody czy czegoś. A w bocznej ścianie szafki był otwór prowadzący do piwnicy. Dorosły by się tam nie prześlizgnął, ale mnie się udało.
Koło rur kanalizacyjnych leżała płaska drewniana skrzynia. Uniosłem wieko. Wnętrze podzielone było na cztery przedziały. Trzy były puste, w czwartym leżała metalowa rura zakończona z jednej strony pękatą, metalową bańką. To chyba był  ... panzerfaust – rura podobna była do tej, jaką widziałem półtora roku wcześniej obok trupa niemieckiego żołnierza i spalonego rosyjskiego czołgu pod Radomiem. Przeciągnąłem skrzynię pod piwniczne okienko i rzeczywiście – udało mi się odcyfrować w półmroku przyklejoną po wewnętrznej stronie wieka kartkę z napisem „Panzerfaust Klein, 4 Stücken”. A więc to był zapomniany, ostatni z czterech pocisków w skrzyni. Nie był zbyt ciężki, lżejszy niż kilka kilo ziemniaków, jakie co parę dni nosiłem mamie z targu.
Kuśtykałem z panzerfaustem przez wejście do piwnic, przez bramę, aż wydostałem się na Kazimierzowską i doszedłem do rogu Madalińskiego. Nikt mnie nie zobaczył. Przed willą ubeka znów stał czarny Citroën, koło samochodu stało dwóch oficerów, napewno UB, jeden z nich trzymał w rękach paczkę UNRRA. A więc byłem odcięty od Kazimierzowskiej. Zdecydowałem przejść tyłem willi ubeka do Różanej. Zanim doszedłem do Różanej usłyszałem od strony koszar krzyki i tupot żołnierskich butów. Z bijącym sercem przekuśtykałem przez Różaną i schowałem się w tej samej ruinie z tapetą, w której skręciłem kostkę.
Żołnierze rozwinęli się w linię wzdłuż Kazimierzowskiej od koszar aż do Szustra i przeszukując ruiny i podwórka posuwali się w moją stronę – w stronę Puławskiej. Nie mogłem zostać na parterze ruiny - musiałem wspiąć się na pierwsze piętro. Jeżeli uda mi się wciągnąć balustradę na górę, to nie będą wiedzieli, że można wejść wyżej.
I właśnie kiedy mocno spocony już byłem na górze, kiedy ostrożnie oparłem panzerfaust o ścianę, usłyszałem hałas – ktoś potknął się o leżące dookoła ruiny cegły. Ostrożnie wychyliłem głowę  w dół. W ruinę wszedł ktoś w mundurze i zatrzymał się próbując zorientować się w ciemności. Dopiero po chwili rozpoznałem niewysoką sylwetkę pana Ostrowskiego. Wyglądał inaczej - był w mundurze kolejarza, przepasany raportówką i z kolejarską rogatywką na głowie.
- Proszę pana – powiedziałem – musi pan wejść na piętro.
Na dźwięk mojego głosu pan Piotr spojrzał w górę.
- A to ty – powiedział.
- Trzeba po tej balustradzie – wskazałem na balustradę.
Panu Piotrowi poszło łatwo, za chwilę był na górze.
- Trzeba jeszcze wciągnąć tę balustradę w górę – powiedziałem.

Rozdział VI. O panu Ostrowskim i ministrze.

Przez otwór okienny wpadało do pokoju światło księżyca. Leżeliśmy płasko wzdłuż najdalszej od schodów ściany, czekając, aż linia żołnierzy minie naszą ruinę. Serce biło mi mocno. Żołnierze poświęcili ze dwie minuty na obejrzenie parteru, spojrzeli w górę, ale tak jak sądziłem, żaden nie próbował sforsować balustrady. Kiedy znów spojrzałem na ulicę minęli już prawym skrzydłem naszą willę i poszli dalej w stronę Puławskiej.
- A teraz posłuchaj – powiedział szeptem pan Piotr – Ja muszę przedostać się do stacji kolejki na Puławskiej. A tobie czas do domu.
Kiwnąłem głową. Pomyślałem, że będę musiał zostawić tu panzerfaust. Ale gdzie i jak go ukryć?
- Rozpoznał mnie jakiś ubek i zaalarmował koszary. Dobrze, że zdążyłem się pożegnać – ciągnął dalej pan Piotr.
-– Ale jak pan ominie tych żołnierzy? - zapytałem.
- Wymyślę coś.
Pomyślałem, że gdyby pan Piotr miał tu swój czołg, to w minutę byłby na Puławskiej. Pokuśtykałem do kąta, i podniosłem oparty o ścianę panzerfaust:
- A może ja pana osłonię? – powiedziałem. Na filmie „O szóstej wieczorem po wojnie” lejtnant Grisza osłonił cały pluton i wszystkich uratował. Z pierwszego piętra byłoby bardzo łatwo osłaniać.
- No, no Tomaszku – powiedział pan Piotr szeptem i sięgnął po pocisk.
Po chwili, patrząc mi prosto w oczy, pan Piotr powiedział – widzisz jestem tu jak na wojnie – a na stacji czekają na mnie. Muszę otworzyć sobie drogę. Do tego potrzebny mi twój panzerfaust. Czy mi go oddasz?
- Znów będę z pustymi rękami, bez iksa – pomyślałem – nie będę kapitanem, będę dalej rezerwowym. Przełknąłem i kiwnąłem głową:
- Dobrze.
- Dziękuję Tomaszku – pan Piotr wyciągnął do mnie rękę - ty masz już wolną drogę do domu. Biegnij, spiesz się. Spiesz się – powtórzył z naciskiem.
Dziesięć minut później, nie odpowiadając na niespokojne pytania mamy, stanąłem przy oknie naszej willi i patrzałem w kierunku ruiny pod opatrznością i dalej w stronę Puławskiej. Przed willą ubeka wciąż stał Citroën. W oświetlonym garażu kręcił się układający paczki oficer, drugi stał w drzwiach do willi. Na prawo niewyraźnie widziałem sylwetki żołnierzy przeszukujących ruiny i posuwających się w kierunku Puławskiej.
Były dwa wybuchy – ten pierwszy usłyszałem zanim jeszcze zobaczyłem ognistą kulę lecącą w stronę Citroëna. Drugi, kiedy to pocisk uderzył w ministerialny samochód, był znacznie potężniejszy i wstrząsnął całą ulicą. Samochód eksplodował, coś, chyba to było koło samochodu, uderzyło w stojącą po przeciwnej stronie fasadę. Oświetlona przez płomienie palącego się samochodu fasada jakby wygięła się u dołu, a potem zachwiała się i runęła na ulicę. Na koniec z blaszanym hałasem spadł do ogrodu willi ubeka szybujący dotąd w powietrzu teraz ledwie rozpoznawalny szyld apteki pod Opatrznością.
Ten układający paczki oficer wypadł z garażu i krzyczał do przeszukujących żołnierzy:
- Napad na towarzysza ministra. Biegiem do mnie.
Żołnierze ruszyli z powrotem w stronę Kazimierzowskiej. Drugi oficer z pistoletem w ręku tkwił w drzwiach wejściowych willi ubeka.
- A więc pan Piotr ma wolną drogę – pomyślałem – a ja będę miał co opowiadać chłopakom.
Ogień przygasał. Ostatnie co zobaczyłem, zanim mama odciągnęła mnie od okna, to truchtający w stronę koszar, ciasno otoczony przez żołnierzy i trzymany pod ręce przez dwóch oficerów, gruby cywil w garniturze. To chyba był ten towarzysz minister.

Rozdział VII. O czym Tomaszek znowuż rozmawiał z mamą. 

Najpierw były dwie poważne rozmowy z mamą. W pierwszej powiedziałem mamie, że spotkałem pana Piotra w ruinie. Udało mi się nie wspomnieć o panzerfauście, bo mama odrazu zaczęła myśleć analitycznie. Nie spytała się, dlaczego byłem w ruinie, tylko powiedziała, że grozi nam wielkie niebezpieczeństwo – możemy zostać aresztowani i wsadzeni do więzienia:
- Musisz to zrozumieć – mówiła – teraz musisz zachowywać się jak dorosły, musisz się mną opiekować. Teraz po tym wybuchu będą nas wszystkich podejrzewali. I zapytała:
- Co masz zadane do domu?
Powiedziałem, że mam się nauczyć wiersza Mickiewicza o lisie i niedźwiedziu. Mama kazała mi go wyrecytować. I kazała mi mówić, że jak usłyszałem wybuch, to siedziałem w kuchni i uczyłem się wiersza. A jeszcze powiedziała, że jak ja się uczyłem, to ona gotowała zupę pomidorową i przesłuchiwała mnie z wiersza.
- Bo mogą ciebie pytać co ja robiłam, a mnie o to co ty – powiedziała. A teraz powtórz wiersz jeszcze raz.
Drugą rozmowę mieliśmy następnego dnia. Tym razem powiedziałem o panzerfauście. Przyrzekłem, że  nigdy więcej takich rzeczy jak szukanie panzerfausta robić nie będę. A kilkanaście dni później, jak już mama się uspokoiła, miałem trzecią rozmowę, tym razem z mamą Janusza i moją. Mama Janusza już wszystko wiedziała od mojej mamy, ale chciała to jeszcze raz usłyszeć. Opowiedziałem wszystko co się działo tamtego wieczoru. Janusz też słuchał, a potem obie mamy długo tłumaczyły nam o Mikołajczyku i że musimy się nimi opiekować i być jak dorośli.
Mówiły nam o Mikołajczyku, bo akurat tego dnia ogłosili wyniki referendum. Wszędzie wygrali komuniści, tylko nie w Krakowie, bo tam wygrał Mikołajczyk. Mama powiedziała że to dziwne, że akurat w tym jednym mieście nie sfałszowali referendum – w gazetach było czarno na białym, że tam prawie każdy głosował za Mikołajczykiem. Ale to dobrze - świat będzie wiedział, że komuniści oszukali.
A tydzień później zniknął ubek. Przyjechał samochód ciężarowy, załadowali meble, zaplombowali drzwi i ubeka więcej nie było. Porucznik też zniknął ze szkoły.
- Poszłam do nich na Cyryla i Metodego, żeby mi zwrócili willę – mówiła mama Janusza – to powiedzieli, że willa jest upaństwowiona.
Pomyślałem, że w willi nikogo teraz nie ma, a obaj z Januszem wiemy jak się do niej dostać. A że, z Januszem byłem teraz, po mojej opowieści, za pan brat – miałem zastępować go na treningach drużyny - to następnego dnia obaj wybraliśmy się do willi.  Właśnie oglądałem w ogrodzie szyld apteki pod Opatrznością kiedy Janusz wyszedł z garażu z pokreślonym czerwonym ołówkiem skrawkiem strony papieru podaniowego:
„Samokrytyka w sprawie niedostatecznej czójności.
Z powodu braku czójności w mojej bezpieczniackiej pracy doszło do napadu reakcji na towarzysza ministra Radkiewicza.
Samochód towarzysza ministra został zniszczony. W samochodzie spaliły się zaplanowane wyniki referendum w Krakowie. Dlatego nie otrzymał ich Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie. Wskutek tego przez wroga klasowego podane zostały mylne wyniki referendum.
Proszę o ukaranie  ...
Tutaj strona urywała się.
- Czujność pisze się przez u zwykłe – powiedziałem – i czy to jego ukarzą?
- Trzeba pokazać to naszym mamom – powiedział Janusz. Kiedy szliśmy do domu myślałem, czy dowiem się kogo ukarzą.
Pierwsza czytała mama Janusza. Przerwała w połowie:
- Muszę zapalić – powiedziała sięgając po papierosy.
- Czujność pisze się przez u zwykłe – powiedziałem.
Mama spojrzała na mnie i powiedziała do mamy Janusza:
- Daj i mnie.
Kiedy z ubeckiego skrawka papieru został już tylko popiół w słoiku służącym za popielniczkę mama powiedziała:
- Tomaszku, dzięki Tobie prawda o sfałszowanym referendum wyszła na jaw. Ale nigdy nie przejdziesz do historii, bo do końca życia nie wolno ci nikomu o tym powiedzieć.
- Nie przejąłem się wtedy tym zbytnio, bo zastanawiałem się, gdzie będę trzymał granat, który obiecał mi Janusz.

Rozdział VIII. Po sześćdziesięciu latach.

Żebym ja stary tylko wiedział co jeszcze w życiu mogę sobie i innym narobić. Kiedy po sześćdziesięciu latach przypadek zaprowadził mnie na ulicę Kazimierzowską i zaskoczony ujrzałem tam szyld apteki pod Opatrznością coś we mnie drgnęło. Szyld był prawie taki sam, jak ten który zapamiętałem w roku 1946. a wisiał nie tam co wtedy – był na willi pana Ostrowskiego – czyli willi ubeka. Wiedziałem o losach willi w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych - i kiedyś o tym opowiem osobno, bo nie miejsce tu na dalsze opowieści - ale nie miałem pojęcia, co działo się z willą później, a to, że teraz mieści się tam właśnie apteka pod Opatrznością zaskoczyło mnie. Zaskoczyło mnie do tego stopnia, że przypomniałem sobie, gdzie schowałem granat. Tak, czytelniku, zgadłeś. Sześćdziesiąt lat temu schowałem granat za ruchomą cegłą na poddaszu willi ubeka. Dlaczego? Przypomnij sobie czytelniku co przyrzekałem mamie po historii z towarzyszem ministrem UB. Nie chciałem się wtedy granatu wyrzec, a więc, skoro przyrzekałem mamie, musiałem go schować tam, gdzie w razie znalezienia nie padłoby na nas żadne podejrzenie. 
_ Czy to możliwe, że granat jest wciąż tam – za ruchomą cegłą? – głowiłem się – co należy zrobić?
W końcu zrobiłem to co powinienem – powiedziałem o granacie sympatycznej pani – właścicielce apteki. I zaczęło się. Wiecie kto wlazł na poddasze? A raczej co? Pancerny robot, z linkiem video i audio, łapami jak sześciopalcy golem i napędem kołowym i gąsienicowym. Brakowało mu tylko skrzydeł; Operator robota – sierżant (oni teraz mają inne stopnie, więc coś podobnego) policji w dżinsach - mówił, że i takiego już zamówił na przyszły rok. A kto towarzyszył policji? – oczywiście prasa, telewizja i radio. A co się działo na ulicy Kazimierzowskiej? – ano ewakuacja dwudziestu mieszkańców, zamknięcie poczty i trzech sklepów spożywczych. Nie polubili mnie ci ludzie – oj nie, pytali:
- Co jeszcze pan tam schował – niech pan sobie przypomni?
Przyglądali mi się, patrzyli mi w oczy próbując zgadnąć stan mojego umysłu i powtarzali:
- Czy na pewno nic – czy pan dobrze pamięta?
Trzymałem się dzielnie, o ubeckim ministrze nie powiedziałem ani im ani policji ani słowa. Całą historię opowiedziałem dopiero mojemu synowi Jackowi Długoszowi. W końcu jest on historykiem. A na końcu powtórzyłem mu to co powiedziała mama, że nigdy nie przejdę do historii. Jacek pokiwał głową i powiedział, że jeszcze nie wiadomo, bo to historycy decydują o tym czy ktoś przejdzie do historii.[1]





[1] Notka historyczna: Refendum przeprowadzone było 30 czerwca 1946 roku. Reżim komunistyczny ogłosił sfałszowane wyniki referendum 12 lipca 1946 roku. Jedynie w kilku miastach, w tym w Krakowie nie udało się reżimowi sfałszować wyników referendum. Niesfałszowane wyniki dały podstawę do protestów opozycji antykomunistycznej.


KONIEC


Jeśli opowiadanie podoba Ci się - kliknij na "Lubię to".

Następne opowiadanie: "Pani Waleria naprawia świat" za tydzień. 

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań.

W tym tygodniu niezależnie od Festynu Opowiadań publikuję też angielskie tłumaczenie opowiadania "Król Szczurów", część 1, w następnym opublikuję cz. 2.

Moje książki ( http://www.atut.ig.pl/?wyniki-wyszukiwania,19&sPhrase=olas ), wydawnictwo ATUT, są do nabycia w większości księgarni w Polsce, w Europie i w USA. 
Zapytaj w księgarni, sprawdź na przykład w Empiku, bądź też wygoogluj na internecie autora (Andrzej Olas) lub tytuł:
1. Dom nad jeziorem Ontario (nakład jest bliski wyczerpania, ale gdzie nie gdzie książka jest jeszcze dostępna).
2. Jakże pięknie oni nami rządzili.

W USA książki prowadzi księgarnia Nowego Dziennika +1 201 355 7496 albo http://www.dziennik.com/store.

Recenzję mojej książki znajdziesz pod:
http://uwagirecenzje.blogspot.com/2015/02/jak-to-sie-ksiazke-pisao.html