piątek, 7 lipca 2017

#Festyn opowiadań™, Nr 96.

Jakże pięknie oni nami rządzili, odc. 39



                         CZĘŚĆ PIĄTA

      PO WOJNIE, ODBUDOWA I KOMUNIZM

                          ROZDZIAŁ XVII

            Towarzysze sekretarze odchodzą


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

Linki do poprzednich odcinków:

Odcinek 1   tutaj       Odcinek  2 tutaj           Odcinek 3 tutaj                 Odcinek 10 tutaj
Odcinek 4   tutaj       Odcinek  5 tutaj           Odcinek 6 tutaj                 Odcinek 11 tutaj
Odcinek 7   tutaj       Odcinek  8 tutaj           Odcinek 9 tutaj                 Odcinek 12 tutaj 
  Odcinek 13 tutaj      Odcinek 14 tutaj           Odcinek 15 tutaj              Odcinek 16 tutaj
  Odcinek 17 tutaj      Odcinek 18 tutaj         Odcinek 19 tutaj           Odcinek 20 tutaj
  Odcinek 21 tutaj     Odcinek 22 tutaj        Odcinek 23 tutaj            Odcinek 24  tutaj
  Odcinek 25 tutaj     Odcinek 26 tutaj        Odcinek 27 tutaj            Odcinek 28  tutaj
  Odcinek 29 tutaj     Odcinek 30 tutaj        Odcinek 31 tutaj             Odcinek 32 tutaj
  Odcinek 33 tutaj     Odcinek 34 tutaj        Odcinek 35 tutaj             Odcinek 36 tutaj
                                           Odcinek 37 tutaj     Odcinek 38 tutaj



Ile pan ma lat, panie Barnabo. W piątek, 13 stycznia 1984 roku czterdziestoośmioletni Barnaba znajdował się na warszawskim lotnisku Okęcie, skąd miał odlecieć do Montrealu. Wizyta Barnaby w Warszawie trwała 10 dni. Były to dni pracowite. Przede wszystkim Barnaba odbywał regularny cykl wizyt u rodziny i przyjaciół. Ponadto każdego dnia Barnaba spędzał godziny od drugiej do piątej przy stoliku w kawiarni Nowy Świat, funkcjonując według określenia szwagierki Ninki jako „listonosz z Ameryki”. Spotykał się tam z nieznanymi mu dotąd ludźmi, doręczał listy i relacjonował, co nowego u Zbyszka w Montgomery, Alabama, Jolki w Las Vegas, Nevada, Janusza w Anchorage, Alaska, i u innych emigrantów w różnych takich miejscach.
– Proszę pana, Jola nie powinna więcej spotykać się z tym człowiekiem – przekonywała Barnabę zaczerwieniona z emocji matka Jolki. – Czy nie mógłby pan zobaczyć się z Jolą i jej to osobiście przekazać?
– To może być trudne, proszę pani – bronił się Barnaba. – Ameryka jest duża, musiałbym przebyć odległość jak stąd do Uralu.
Matka Jolki wyszła ze spotkania obrażona na geografię.

Rola Barnaby jako „tego, co może załatwić pracę w Ameryce”, była niezamierzona i trudniejsza.
– Najlepiej byłoby, żeby pan znalazł mi coś w Hollywood. Zbyszek tyle lat siedzi w Stanach i wciąż nie umie takich rzeczy załatwiać. Tu trzeba kogoś z biglem, tak jak pan – przekonywał Barnabę pan Adaś, z wyglądu czarna owca rodziny.
– A jak u pana z angielskim, panie Adasiu?
– Język? Proszę pana, język to dla mnie jak splunąć. Ja jestem zdolny.
– A ile zna pan języków?
– No, na razie nie pracowałem nad tym. Jak tylko będę w Hollywood, natychmiast zacznę. Mój dziadek nauczył się niemieckiego w Hamburgu.
– Sądzi więc pan, że języków najlepiej uczyć się w miastach, które zaczynają się na literę H – zauważył Barnaba – to ciekawe spostrzeżenie. Ale teraz poważnie, panie Adasiu. Co pan by tam robił? Szczerze mówiąc, to jest trudne. Samotność, początkowa nędza, inne społeczeństwo – nie wszyscy to wytrzymują. Są samobójstwa, załamania.
– Panie Barnabo. Oni mnie jeszcze w Ameryce nie widzieli. Sądzę, że najpierw bym się zaczepił jako tłumacz, a potem zobaczymy. Proszę pani – tu pan Adaś zwrócił się do kelnerki – jeszcze po koniaczku.

Wieczorem, u szwagrów, Ninka rozważała możliwe analogie.
– Pomysły pana Adasia przypominają mi rok czterdziesty piąty, kiedy to analfabetę zrobili burmistrzem Garwolina. Oczywiście nie przyszło mu do głowy uczyć się czytać. Największy kłopot miał biedak z tajnymi pismami, bo zwykłą korespondencję czytała mu głośno sekretarka. Rozwiązał problem szybko. Tajne pisma sekretarka też czytała głośno, ale z zasłoniętymi uszami.
Barnaba zawsze cenił sobie komentarze Ninki. Nie zastanowił się jednak nad inną poczynioną przez nią uwagą, że używanie przez osobę prywatną kawiarni do regularnych codziennych spotkań jest praktyką w Polsce Ludowej niecodzienną. Przecież sprawy układały się dobrze. Po zeszłorocznej wizycie Papieża Jana Pawła II w Polsce zelżało i musiało zelżeć dalej.

Sam Barnaba miał dobry kontrakt – dwuletnie wykłady o zastosowaniu komputerów w konstrukcji maszyn. Dziekan wydziału był przyjacielski, uniwersytet wprawdzie nie w pierwszej dziesiątce, ale przyzwoity uniwersytet amerykański z dobrą podstawą finansową. Komputerów na świecie przybywało, więc zastosowanie ich w konstrukcji maszyn miało sens.
Bieżącym problemem był bagaż Barnaby. Kobiety polskie jakoś nie mogą pogodzić się z myślą, że ktoś może podróżować, nie wioząc co najmniej pełnego dozwolonego bagażu. Stąd na lotniskach całego świata, aby rozpoznać rodaków (przynajmniej tych żonatych), wystarczy ulokować punkt obserwacyjny przy odbiorze bagażu.

Jako skutek tej narodowej wady Polek, jadąc do Polski, Barnaba wiózł dwie ponadwymiarowe walizy oraz olbrzymią ręczną torbę wyładowaną Bóg wie, czym. Okazało się, że gdy będzie wracał, będzie tak samo, bo tym razem nadzór nad pakowaniem objęła Ninka. Dostarczyło to Barnabie uciechy intelektualnej, bo większość pakowanych rzeczy zaopatrywanych było przez Ninkę w komentarze. Uciecha Barnaby doszła do szczytu w połowie drugiej walizy. Seria skojarzeń Ninki wiodła od hasła „komputer” zamieszczonego w dziecinnej książeczce do jej znajomego profesora Politechniki, który twierdził, że Polacy są najlepszymi lekarzami i inżynierami na świecie.
– Co twój znajomy wie o jakości stomatologów w szwedzkim mieście Uppsala?
– O ile wiem, jego teza opiera się raczej na głębokim przekonaniu niż na nudnych danych statystycznych – odpowiedziała Ninka.

Jako samoobronę przed nudą podczas swoich podróży Barnaba wykształcił sobie umiejętność myślenia na tematy oderwane. Teraz zakonotował więc sobie w pamięci nowy temat do takich rozmyślań. Ten zysk intelektualny był jednak marną rekompensatą faktu, że na Okęciu znalazł się znów z za dużym i za ciężkim bagażem. Tu perfidny los zgotował mu nowy cios. Barnaba nie mógł przewidzieć, że pani Jadzia, była niania jego córeczki, żegnając go na lotnisku, doręczy mu pożegnalny podarunek dla byłej podopiecznej – pełnowymiarową lalę z zamykającymi się oczyma i płaczącą.

Zabranie lali było niemożliwe. Barnaba uznał, że powinny przemówić fakty. Pokazał pani Jadzi swoje bagaże, opisując torciki warszawskie, alkohole, kaszę gryczaną, chleb, ptasie mleczko i inne ważne artykuły, które był obowiązany przewieźć do Stanów. W końcu zapytał:
– Co mam zrobić, pani Jadziu?
Mężczyzna nigdy nie zrozumie kobiet. Barnaba nie przewidział, że pani Jadzia zareaguje płaczem, i załamał się, kiedy perfidnie manipulowana lala dołączyła do pani Jadzi. Płacz obu był nie do zniesienia.
Zagadka o kozie, wilku i kapuście była pierwszą rzeczą, jaka przyszła Barnabie do głowy, gdy stanął przed problemem zwiększonego bagażu. Nie znalazłszy jednak w zagadce dobrego odniesienia do jego sytuacji, poniechał jej i wprowadził sześcioelementową listę – dwie walizki, torba, lala, paszport, bilet. Z tych rzeczy mógł zatrzymać przy sobie tylko trzy, wśród nich paszport i bilet. Do kabiny mógł więc zabrać albo lalę, albo dotychczasową podręczną torbę. Potrzebował więc odpowiedzi na dwa pytania: Czy pozwolą mu oddać trzy rzeczy na bagaż? oraz Co ma oddać?
W tym momencie kolejka doprowadziła Barnabę do kontuaru, gdzie stewardesa rzekła niecierpliwie:
– Pana bilet proszę. – Skracając listę Barnaby do pięciu elementów, szybko uporała się z papierami i zapytała:
– Co pan oddaje?

Zarówno poprzednie, jak i obecne postępowanie Barnaby pozwala podejrzewać, że był oportunistą – człowiekiem biernym, popychanym do akcji przez toczące się wokół niego wydarzenia. Nie był liderem, kimś, kto organizuje rzeczywistość koło siebie. Lider zacząłby od wydania lali rozkazu:
– W tył zwrot, za mną marsz! – I byłoby dla niego zupełnie naturalne, że stewardesa też wykonałaby komendę, dołączając do pochodu. Speszony oportunista Barnaba mógł tylko wyjąkać:
– Chciałbym oddać lalkę.
– W porządku. A walizki? – Stewardesa wyciągnęła rękę po lalę.
– Nie, nie. Ja chcę oddać tam. – Tu Barnaba pokazał na grupę odprowadzających i zdrętwiał. Pani Jadzia patrzyła jak rozwścieczony szakal. Stewardesa poszła za jego wzrokiem, następnie spojrzała na bagaże Barnaby – i o dziwo – zrozumiała sytuację. Uśmiechnęła się porozumiewawczo.
– Proponuję, aby oddał pan walizki i tę dużą torbę, a lalę weźmie pan do kabiny.
– Dziękuję pani bardzo – powiedział Barnaba. Serce wypełniło mu uczucie gorącej miłości do wszystkich Polek, włączając panią Jadzię.

Kiedy Barnaba przekraczał barierkę kontroli paszportowej, zwróciła jego uwagę niecodzienna gestykulacja Ninki. Ona jednak bardzo emocjonalnie przeżywa mój odlot – zauważył – ciekawe, dlaczego?
Kontrola paszportowa trwała długo. Porucznik WOP-u coś tam sprawdzał, zaglądał pod swój kontuar, dzwonił, sapał, oglądał bilet. Jakiś niemrawy facet – myślał Barnaba. W końcu jednak porucznik przybił należne pieczęcie i Barnaba mógł przejść do kontroli celnej. Po długiej odprawie paszportowej Barnaba był jednym z ostatnich pasażerów. Nie zdziwiło go więc, że aż dwóch celników szperało w jego bagażu. Jeden z celników był rudy. Barnaba zauważył z rozbawieniem – to na szczęście, przyda się, bo dziś jest piątek, trzynastego. Był jak zawsze spokojny, nie miał nic, co można było nazwać przemytem, może lekką nadwyżkę alkoholu, spowodowaną likierem na wiśniach, który Ninka upolowała w przeddzień jego wyjazdu.

Celnik właśnie przeglądał listy. Po posiedzeniach w kawiarni było ich dużo.
– Panowie, nic nie znajdziecie, nie ma co szukać – powiedział Barnaba.
Drugi z celników, ten rudy, otworzył barierkę i powiedział:
– Pan pozwoli tutaj.
– Ależ oczywiście. – Barnaba przeszedł przez barierkę, celnik kiwnął na niego i zaczęli iść w stronę bocznej ściany hali. Przy ścianie stał wopista. Celnik otworzył jakieś drzwi i znaleźli się w małym pokoiku. Był intymny, ściany miał zielone, duży wieszak i stół.
– Pan podjął próbę wywozu druków, które nie mają debitu na terenie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Pańska próba została udaremniona – powiedział celnik z dumą. Ciągnął dalej: – Na podstawie artykułów prawa celnego powinien pan być poddany rewizji osobistej. Proszę się rozbierać.
– Panowie, co jest grane? Ja ani nie wwiozłem, ani nie wywiozłem żadnego debitu. Powiedzcie to po polsku.
– Pan wiózł nielegalne wydawnictwo ukryte w jednym z listów. – Tu celnik rzucił na stół kartkę powielanego papieru formatu maszynowego, złożoną we czworo. Rozłożył kartkę. Z kartki blado promieniowały niebieskie litery „SOLIDARNOŚĆ MAZOWSZE”. Poniżej był tytuł: „Urban, czyli Uszy Słonia Trąbalskiego”.

Zdumienie Barnaby nie miało granic. Nie to, że zawahałby się wieźć coś takiego – przeciwnie, z jego upodobaniem do słowa drukowanego wiózłby. Rzecz w tym, że Barnaba nie wiedział, że wiezie Biuletyn Mazowsza[1].
– Panowie, ja to muszę przemyśleć.
– Tu nie ma co myśleć, niech się pan rozbiera.
Barnaba zdjął marynarkę, krawat, koszulę, zaczął rozpinać pasek. I wtedy zrozumiał. Robił za dysydenta. Za późno, panowie, za późno. Trzy lata temu – o, to byście mieli połów, ale nie dzisiaj. Ściągając majtki, parsknął śmiechem. Rudy celnik spojrzał zdumiony, a drugi zaszedł go z tyłu.
– Proszę rozchylić pośladki. Szerzej proszę.

Rewizja była skończona. Wyszli do hali, była pusta, na środku stał rozgrzebany bagaż Barnaby. Trzech tragarzy stało obok.
– Panowie, czy ten pan leci? Co z bagażem – ładować czy nie? – zapytał tragarz.
– Proszę zaczekać, za chwilę się dowiemy – powiedział celnik, prowadząc Barnabę do swojego biurka. Z dolnej szuflady wyciąnął jakiś formularz i zaczął go pracowicie wypełniać, zaglądając do paszportu Barnaby. Za Barnabą stał wopista.
– Pan leci na paszporcie służbowym – powiedział celnik.
– Tak – grzecznie odpowiedział Barnaba.
Zadzwonił telefon.
– Tak, tak – powiedział celnik do słuchawki – wiezie około pięćdziesięciu listów. Tak, zgodnie z prawem. Rozumiem. – Położył słuchawkę i spojrzał na Barnabę. I w tym momencie wszystko w końcu dotarło do Barnaby. Przecież oni mogą go zatrzymać nawet za takie głupstwo. Rodzina tam, praca tam, a Barnaba tutaj. Głupio.

Celnik podał mu formularz, który tak pracowicie wypełniał.
– Zgodnie z tym dokumentem nielegalny druk, który usiłował pan wywieźć, zostaje skonfiskowany. Proszę podpisać na dole, że przyjął pan to do wiadomości.
Barnaba podpisał.
– Ile pan ma lat, panie Barnaba? – zapytał celnik.
– Czterdzieści osiem.
– I w tym wieku pan nawet nie wie, że na organizowanie zebrań w kawiarniach trzeba mieć zezwolenie, a jak się nie ma, to można za to posiedzieć. Życzę panu dobrej podróży. – Celnik podał Barnabie paszport. Barnaba obejrzał się do tyłu. Wopista zniknął, a na ten widok tragarz kiwnął na Barnabę i powiedział:
– Niech pan się pakuje, bo panu samolot odleci.
Rzeczywiście nikogo już w hali nie było. Tragarz wsadził walizki na wózek i powiedział:
– Niech pan idzie do autobusu.



[1] Wydawany w konspiracji tytuł Solidarności.


KONIEC ODCINKA 39

 Jeśli opowiadanie podoba Ci się i chcesz mi o tym powiedzieć - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu. Sprawisz mi tym przyjemność.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też użyć tych maleńkich kwadracików na dole bloga do udostępnienia na Facebooku, Twitterze czy G+.


Za tydzień ciąg dalszy książki "Jakże pięknie oni nami rządzili".

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .

piątek, 30 czerwca 2017

#Festyn opowiadań™, Nr 95.

Jakże pięknie oni nami rządzili, odc. 38


                         CZĘŚĆ PIĄTA

      PO WOJNIE, ODBUDOWA I KOMUNIZM

                          ROZDZIAŁ XVII

            Towarzysze sekretarze odchodzą


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

Linki do poprzednich odcinków:

Odcinek 1   tutaj       Odcinek  2 tutaj           Odcinek 3 tutaj                 Odcinek 10 tutaj
Odcinek 4   tutaj       Odcinek  5 tutaj           Odcinek 6 tutaj                 Odcinek 11 tutaj
Odcinek 7   tutaj       Odcinek  8 tutaj           Odcinek 9 tutaj                 Odcinek 12 tutaj 
  Odcinek 13 tutaj      Odcinek 14 tutaj           Odcinek 15 tutaj              Odcinek 16 tutaj
  Odcinek 17 tutaj      Odcinek 18 tutaj         Odcinek 19 tutaj           Odcinek 20 tutaj
  Odcinek 21 tutaj     Odcinek 22 tutaj        Odcinek 23 tutaj            Odcinek 24  tutaj
  Odcinek 25 tutaj     Odcinek 26 tutaj        Odcinek 27 tutaj            Odcinek 28  tutaj
  Odcinek 29 tutaj     Odcinek 30 tutaj        Odcinek 31 tutaj             Odcinek 32 tutaj
  Odcinek 33 tutaj     Odcinek 34 tutaj        Odcinek 35 tutaj             Odcinek 36 tutaj
  Odcinek 37 tutaj


– Wolałbym, żeby studentów szukających toalety nie kierował pan do mojej sekretarki – powiedział dziekan Okeke – tym bardziej że każdy początek roku akademickiego oznacza dla niej dużo pracy.

- A co mam robić? – chciałem odpowiedzieć. – Przyjdzie taki, zamamle coś tym swoim murzyńskim slangiem (to nie, że mam coś przeciw Murzynom, to tylko mój stres i ten cholerny slang), nie rozumiem, czego chce – a niech sobie idzie pomamlać sekretarce.

Milcząc, skinąłem głową. Dziekan uśmiechnął się:
– Jak pan znajduje naszą Alabamę? Zaraz, zaraz – zastanowił się – przecież to dopiero trzy tygodnie od pańskiego przyjazdu?
– Jestem zafascynowany – odpowiedziałem. – Ta bujna przyroda dookoła. Olśniewająca. To wysokie nocne niebo.
To nie jest to, co naprawdę myślę. Bo myślę tak: Choć ciebie, dziekanie, akurat lubię, to nie powiem ci, że mi tu źle, bardzo źle. Bo tęsknię – do Polski, do rodziny. Ale do tego, że mu źle, mężczyzna się nie przyznaje.

Jeszcze trzy tygodnie wcześniej, w lipcu roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego byłem adiunktem w Polskiej Akademii Nauk, zażywałem w rodzinnej Warszawie rodzinnego szczęścia z piękną i dzielną żoną – Elą – kobietą pracującą, i trójką uroczych dzieci. Pisałem pracę habilitacyjną, miałem niezachwiane przekonanie o własnych talentach i uważałem, że życie jest ciekawe, a pieniądze szczęścia nie dają.
Oj, nie dają szczęścia, nie dają, ale bywa, że kiedy pieniędzy zabraknie, jedzie się gdzieś tam, gdzie mogą być, do Abidżanu, Ułan Bator czy też do Alabamy. Szczególnie kiedy się ma troje dzieci.

A wyjeżdżać było przykro – akurat wtedy, kiedy w kraju ludzie zaczęli się do siebie uśmiechać. No, nie do wszystkich, nie do sekretarzy i członków egzekutywy. Ale do siebie. Wyobraźcie sobie, co to było – dziesięć milionów członków Solidarności uśmiechających się do siebie.
Nie, ja nie stawiałem czoła komunizmowi, ja jestem raczej z tych pokornych; przed Solidarnością łatwo wmówiłem sobie, że przecież nauka jest pierwsza, i dlatego ja mogę być neutralnym. Dopiero kiedy latem poprzedniego roku wybuchła Solidarność, to jednak troszeczkę ręki przyłożyłem do utworzenia Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Pracowników Nauki, Techniki i Oświaty[1]. Ale to by było na tyle. Mało – wstyd przyznać, ale mało.
Nie, jeszcze coś. W tym czasie odbyłem rozmowę z kuzynem Stasiem, wnukiem wybitnego działacza akowskiego z czasów okupacji – później pokutującego przez trzy lata w stalinowskich łagrach. Spytałem Stasia, dlaczego wśród głosów sugerujących reformy polityczne nie słychać głosu wciąż żyjącego starszego już pana.

– Nie licz na to. Dziadek powiedział mi, że gdyby wiedział, jaką cenę zapłaci jego żona i dzieci za jego pracę w konspiracji, to nigdy by się tego nie podjął. O polityce w ogóle nie chce rozmawiać.
Bo cena była. Dzieci bez studiów, byle jaka praca dla kształconego na najlepszych uczelniach agronoma i trzydzieści lat upokorzeń. Smutne, ale pozwala to dojść do sedna sprawy – jak należy być patriotą. Należy być mądrze. Walczyć, kiedy walka nie zagraża bliskim i kiedy są szanse na wygraną.

No ale wróćmy do pieniędzy. Jeszcze przed Solidarnością, na wiosnę roku 1980, powiesiłem na ścianie sypialni mapę świata i zaznaczyłem na niej kraje, gdzie miałem kontakty. Było ich trochę – cudzoziemcy i ci koledzy, co zostali za granicą. Rozesłałem pękate listy z CV w różnych językach na cztery strony świata.
I czekałem, dalej pisząc habilitację i zerkając na topniejące zasoby pieniężne. Aż pewnego lipcowego ranka roku 1981 otrzymałem list z Ameryki z rocznym kontraktem na stanowisko visiting professor. W ten to sposób, po drobnej utarczce o paszport, znalazłem się w Alabamie. Nareszcie poza zasięgiem pierwszego sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – wówczas towarzysza Stanisława Kani.

Tam, w Alabamie, zastał mnie wprowadzony przez towarzysza generała W. Jaruzelskiego stan
wojenny. Jedyne, co mogłem zrobić, to głośno powiedzieć, że się nie zgadzam. A także w dniu sławnego przemówienia prezydenta Reagana – pójść w olbrzymim nowojorskim pochodzie protestacyjnym i obrzucić jajkami konsulat PRL-u w Nowym Jorku. Tylko tyle mogłem.

A w następnych dwóch latach czekała mnie batalia o paszporty dla żony i dzieci. Wygrana, ta jedna mała, prywatna batalia, ale wygrana kosztem lat spędzonych samotnie, nerwów, załamań, ryzykownych pociągnięć. Jak zawsze, jak zdarzyło się w poprzednich pokoleniach – rządzący byli przeciwko mnie.
Wydaje mi się, że historię zmagań mojej rodziny z wielkimi tego świata mogę zakończyć opowiadaniem o perypetiach podróży Polska–Ameryka, co ukaże się w następnym odcinku.



[1] Patrz opowiadanie Dlaczego panowie chcą wszystko zniszczyć w moim zbiorze opowiadań Dom nad jeziorem Ontario, http://www.atut.ig.pl/?651,dom-nad-jeziorem-ontario.



KONIEC ODCINKA 38

 Jeśli opowiadanie podoba Ci się i chcesz mi o tym powiedzieć - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu. Sprawisz mi tym przyjemność.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też użyć tych maleńkich kwadracików na dole bloga do udostępnienia na Facebooku, Twitterze czy G+.


Za tydzień ciąg dalszy książki "Jakże pięknie oni nami rządzili".

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.


Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .

środa, 21 czerwca 2017

#Festyn opowiadań™, Nr 94.

Jakże pięknie oni nami rządzili, odc. 37


   

                        CZĘŚĆ PIĄTA

         PO WOJNIE, ODBUDOWA I KOMUNIZM

                          ROZDZIAŁ XVI

                         Szkoła i studia


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)


Linki do poprzednich odcinków:


Odcinek 1   tutaj       Odcinek  2 tutaj           Odcinek 3 tutaj                 Odcinek 10 tutaj
Odcinek 4   tutaj       Odcinek  5 tutaj           Odcinek 6 tutaj                 Odcinek 11 tutaj
Odcinek 7   tutaj       Odcinek  8 tutaj           Odcinek 9 tutaj                 Odcinek 12 tutaj 
  Odcinek 13 tutaj      Odcinek 14 tutaj           Odcinek 15 tutaj              Odcinek 16 tutaj
  Odcinek 17 tutaj      Odcinek 18 tutaj         Odcinek 19 tutaj           Odcinek 20 tutaj
  Odcinek 21 tutaj     Odcinek 22 tutaj        Odcinek 23 tutaj            Odcinek 24  tutaj
  Odcinek 25 tutaj     Odcinek 26 tutaj        Odcinek 27 tutaj            Odcinek 28  tutaj
  Odcinek 29 tutaj     Odcinek 30 tutaj        Odcinek 31 tutaj             Odcinek 32 tutaj
  Odcinek 33 tutaj     Odcinek 34 tutaj        Odcinek 35 tutaj             Odcinek 36 tutaj
  
Kolega Pajączek

Kolegi Pajączka nie lubiłem. Kolega Pajączek był starostą naszej trzydziestoosobowej grupy studentów pierwszego roku na wydziale mechanicznym, a także przewodniczyl naszemu kołu Związku Młodzieży Polskiej. Kolega Pajączek nigdy się nie uśmiechał, ponieważ swego czasu obejrzał radziecki film „Komisarz Rejkomu” (czyli Komitetu Rejonowego). Ten komisarz – bohater filmu – chodził w skórzanej kurtce i miał spojrzenie robociarskie – ostre, wymagające i bardzo ponure. Kolega Pajączek bardzo się starał takie właśnie spojrzenie mieć. Nie zawsze mu się to udawało; szczególnie kiedy spoglądał na koleżankę Elę, to spojrzenie jego robiło się jakieś takie mało socjalistyczne.

Kolega Pajączek lubił pochody pierwszomajowe i prasówki.
– Nic nie wspomnieliście, kolego Później, o rekordzie świata radzieckiej dyskobolki Niny Dumbadze – powiedział mi kolega Pajączek po zakończeniu kolejnej czwartkowej prasówki. – Na przyszły wtorek przygotujcie się lepiej.
Kim jest Nina Dumbadze, wiedziałem; widziałem jej zdjęcia w „Sportowcu” – wyglądała jak Związek Radziecki – była nieobjęta dla ludzkiego oka, a w dodatku jak szło o nazwisko, to bardziej idiotyczne trudno byłoby wymyśleć. Ale koledze Pajączkowi należało odpowiedzieć:
– Wstrzymałem się, bo radzieckie pismo „Ogoniok” przygotowuje komsomolski profil Niny Dumbadze. Będę o niej mówił we wtorek.
Kolega Pajączek, wciąż ze swoim surowym spojrzeniem komisarza, zdobył się na żart:
– U was wszystko jest później, kolego Później.

Stojąca obok mnie koleżanka Ela uśmiechnęła się i powiedziała, że sport kobiecy jest bardzo ważny i że w Związku Radzieckim jest on otoczony opieką państwa.
Czy ten uśmiech jest dla mnie za to, że tak ładnie łżę, czy dla tego głąba za idiotyczny żart – pomyślałem.

Następne dwa dni – piątek i sobota – okazały się dla mnie pechowe. Zawaliłem termin oddania rysunku technicznego i mimo że koleżanka Ela pożyczyła mi swoje notatki, nie udało mi się zaliczyć ćwiczenia z laboratorium metaloznawstwa – asystent oblał mnie, pytając o graniczne temperatury trwałości austenitu. Idąc spać w sobotę, pocieszałem się, że całą niedzielę spędzę na przystani. I chyba dlatego przyśnił mi się sen żeglarski. W sztormie, pod pełnymi żaglami, mój jacht otoczony przez radośnie igrające delfiny, z odpoczywającym na topie grotmasztu albatrosem, zbliżał się do Cieśniny Magellana. Obudziłem się, kiedy albatros sfrunął z masztu i przemieniwszy się w profesora mechaniki płynów, powiedział, że mam natychmiast opuścić wszystkie żagle, zdjąć kurtkę sztormową i że z dniem jutrzejszym, to jest z ostatnim dniem maja roku 1954, usuwa mnie z uczelni, co będzie ogłoszone podczas najbliższej prasówki. A pożyczone od koleżanki Eli notatki z metaloznawstwa mam zdeponować u kolegi Pajączka.

Był to sen całkowicie absurdalny, bo po pierwsze od paru lat żaden polski jacht nie wypłynął nie tylko do Cieśniny Magellana, ale nawet na Bałtyk, chyba że w celu ucieczki do Szwecji, a po drugie – kurtki sztormowej nie posiadałem. Kiedy już się całkiem obudziłem, przypomniałem sobie o koledze Pajączku, prasówce, rysunku, oblanym zaliczeniu i notatkach koleżanki Eli. Pomyślałem, że sny kolegi Pajączka na pewno są inne, na przykład może mu się przyśnić, że rektor uczelni wręcza mu, jako staroście i przewodniczącemu koła ZMP, w podziękowaniu za dobrą organizację prasówek skórzaną kurtkę, taką samą jak ta, którą miał komisarz Rejkomu, a przyglądająca się uroczystości koleżanka Ela uśmiecha się do niego.

Jedynym sensownym elementem mojego snu były żagle. Bo moim sportem było żeglarstwo – sport wychowujący twardych, odważnych mężczyzn. Bo chciałem być właśnie takim typem mężczyzny. I chciałem mieć sztormową kurtkę.
Niedzielę spędziłem na przystani, nie myśląc o uczelni, a przygotowując mój jacht do przyszłotygodniowych regat. Roboty było dużo, szlifowanie dna, listwy, zardzewiałe ściągacze. Ze śmierdzącym, ale konserwującym ksylamitem skończyłem już wcześniej i teraz największy kłopot miałem z prującymi się żaglami.

W poniedziałek w holu wydziału gazetkę ścienną „Błyskawica” otoczył przed wykładem tłumek studentów.
– Chyba się do ciebie dobierają – powiedziała przyjaźnie koleżanka Ela. W odprasowanej, zielonej organizacyjnej koszuli i czerwonym krawacie wyglądała świeżo i ponętnie. Potwierdziło się to, co myślałem już przedtem, to, że koleżanka Ela wygląda tak ponętnie zawsze – w każdym stroju. Dalej były już myśli niecenzuralne i dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że koleżanka Ela tak jakby przeczytała moje myśli, a po jeszcze dłuższej, że powinienem jednak zobaczyć, o co chodzi z „Błyskawicą”.

Połowę arkusza gazetki wypełniała karykatura lilipuciego osobnika w przykrótkich spodniach, patrzącego z przestrachem na stojącą nad nim potężną figurę kobiety z dyskiem w ręku. Z nogawek spodni wystawały prążkowane, różnobarwne skarpetki, z rodzaju tych, jakie rok temu widywało się na plakatach piętnujących zgniły ferment wielkich miast – bikiniarzy. Podpis: „Kolego Później, czemu tak uparcie milczycie o radzieckiej rekordzistce świata Ninie Dumbadze?”, wskazywał, że osobnikiem w bikiniarskich skarpetkach jestem ja. Nina Dumbadze na rysunku wyglądała jeszcze bardziej potwornie niż na zdjęciu w „Sportowcu”.
– Złośliwe – powiedziała Ela.

Widocznie kolega Pajączek uznał, że ten czwartkowy uśmiech Eli był dla mnie – pomyślałem.
We wtorek jakoś tak wyszło, że powinienem być w dwóch miejscach naraz – powinienem zaliczać rysunek u asystenta i prowadzić prasówkę. Wybrałem zaliczenie. Po południu, przed ostatnim wykładem kolega Pajączek zawiadomił mnie, że moja sprawa będzie jutro rozpatrzona na zebraniu koła ZMP.
– Lekceważycie prasówki, sabotujecie naszą robotę polityczną, kolego Później – powiedział.

A po wykładzie tak jakoś się złożyło, że szliśmy z Elą w tym samym kierunku. A że po drodze był park Ujazdowski, to weszliśmy do niego i usiedliśmy na ławce. Rozmawialiśmy o jutrzejszym zebraniu. Ela bardzo przejęła się moją sytuacją; ja byłem mniej przejęty, może dlatego, że dzięki sportowi żeglarskiemu nauczyłem się być optymistą. Kiedy tak patrzałem w jej gorące czarne oczy, po prostu musiałem coś zrobić. Powiedziałem:
– Masz taki ładny profil. Muszę cię pocałować.
– Ależ, kolego Później – powiedziała.
Potem wybuchnęła śmiechem:
– Później, kolego Później, później. – A po chwili dodała, zanosząc się od śmiechu: – Później, Później, później; przecież ja nawet nie wiem, jak masz na imię. Za to wiem, że jesteś łgarz i że specjalizujesz się w profilach: moim i Niny Dumbadze.

# # #

Zebranie koła Związku Młodzieży Polskiej zwołane specjalnie w celu rozpatrzenia mojej sprawy odbywało się następnego dnia.
Kolega Pajączek, bez cienia uśmiechu, wypunktował moją niepewność ideologiczną. Podkreślił mój brak zaangażowania w pracę społeczną na terenie wydziału. Mówił:
– Dwulicowość, kolega Później tylko symuluje swoje zainteresowanie sportem, nie wie nawet o rekordzistce świata – Ninie Dumbadze.
W końcu zaatakował moje wyniki w nauce:
– W poprzednim tygodniu kolega Później nie zaliczył ćwiczenia z metaloznawstwa. Czy możemy wierzyć, że jeżeli po studiach państwo postawi go przy piecu martenowskim w śląskiej hucie, to wystarczy mu wiedzy inżynierskiej, żeby zadbać o właściwą jakość wytopu stali? Ja wątpię. Koledzy, musimy coś postanowić. Proponuję usunięcie kolegi Późnieja ze Związku i zawiadomienie o tym władz uczelni. Władze podejmą wtedy odpowiednie kroki – zakończył kolega Pajączek.

Musiałem trzymać się obowiązującego schematu obrony:
– Koledzy, chcę złożyć samokrytykę – powiedziałem i ciągnąłem szybko dalej, aby nie dopuścić nikogo do głosu:
– Pomimo moich błędów doceniam rolę sportu, uważam, że jest niezbędny w każdej dziedzinie życia. Podnosi świadomość, podwyższa naszą sprawność. Jestem czynnym sportowcem – uprawiam żeglarstwo.
W tym miejscu usłyszałem kolegę Pajączka:
– Sport burżuazji.
– Ważne jest to, że państwo ten sport docenia i finansuje – odparowałem – tak jak finansuje nasze zajęcia z wychowania fizycznego. Teraz na przykład chodzimy na basen.
– Chcę coś dodać – wtrąciła się Ela. – Kolega Później zobowiązał się nauczyć mnie pływać. To dowodzi, że kolega Później traktuje sport poważnie.

Dla męskiej części zebrania – a było nas chyba 90% – dowodziło to czegoś zupełnie innego. Spojrzałem na kolegę Pajączka – brakowało mu uśmiechu znacznie więcej niż zwykle, widziałem, że zaraz otworzy usta. Musiałem szybko coś zełgać. Przerwałem Eli:
– Koledzy, mam ważną propozycję: proponuję, abyśmy podjęli zobowiązanie, że każdy z nas nauczy się pływać w ciągu dwóch tygodni.
I teraz przyszedł mi do głowy gwóźdź do trumny kolegi Pajączka:
– Koledzy, chcę się zrehabilitować za moje błędy. Kolega Pajączek nie umie pływać. Zobowiązuję się nauczyć kolegę Pajączka pływać. Najpierw strzałką, potem krawlem, żabką i na plecach. I to w ciągu jednego tygodnia. Koledzy, głosujmy.
– Głosujmy. Wszyscy głosujemy za. Ręce w górę! – wykrzyknęła Ela.

# # #

Na koniec tego rozdziału wypada donieść, że kiedy kolega Pajączek trenował strzałki (a szło mu trudno), ja myślałem o Eli profilu, jej ustach, a także o tym, co mi powiedziała, kiedy narzekałem, że aby pozostać na uczelni, muszę wciąż kłamać:

– Musisz się więcej zastanawiać. Na przykład zastanów się, dlaczego nasze Katowice nazwali Stalinogrodem, a Armię Krajową – faszystowską konspiracją.


KONIEC ODCINKA 37

 Jeśli opowiadanie podoba Ci się i chcesz mi o tym powiedzieć - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu. Sprawisz mi tym przyjemność.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też użyć tych maleńkich kwadracików na dole bloga do udostępnienia na Facebooku, Twitterze czy G+.

Za tydzień ciąg dalszy książki "Jakże pięknie oni nami rządzili".

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.