piątek, 14 lipca 2017

#Festyn opowiadań™, Nr 97.

Jakże pięknie oni nami rządzili, odc. 40


                        CZĘŚĆ PIĄTA

      PO WOJNIE, ODBUDOWA I KOMUNIZM

                          ROZDZIAŁ XVII

            Towarzysze sekretarze odchodzą


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

Linki do poprzednich odcinków:

Odcinek 1   tutaj       Odcinek  2 tutaj           Odcinek 3 tutaj                 Odcinek 10 tutaj
Odcinek 4   tutaj       Odcinek  5 tutaj           Odcinek 6 tutaj                 Odcinek 11 tutaj
Odcinek 7   tutaj       Odcinek  8 tutaj           Odcinek 9 tutaj                 Odcinek 12 tutaj 
  Odcinek 13 tutaj      Odcinek 14 tutaj           Odcinek 15 tutaj              Odcinek 16 tutaj
  Odcinek 17 tutaj      Odcinek 18 tutaj         Odcinek 19 tutaj           Odcinek 20 tutaj
  Odcinek 21 tutaj     Odcinek 22 tutaj        Odcinek 23 tutaj            Odcinek 24  tutaj
  Odcinek 25 tutaj     Odcinek 26 tutaj        Odcinek 27 tutaj            Odcinek 28  tutaj
  Odcinek 29 tutaj     Odcinek 30 tutaj        Odcinek 31 tutaj             Odcinek 32 tutaj
  Odcinek 33 tutaj     Odcinek 34 tutaj        Odcinek 35 tutaj             Odcinek 36 tutaj
                                           Odcinek 37 tutaj     Odcinek 38 tutaj         Odcinek 39 tutaj


Barnaba wsiadł do autobusu, był sam. Autobus podjechał do samolotu, następny wopista stał przy wejściu. Obejrzał paszport Barnaby i wskazał na schody. Barnaba szedł do swojego miejsca, kiedy dziewczynka w wieku jego córki zawołała:
– Mamo, to tego pana nie aresztowali. I nie zabrali mu lali.

Wreszcie Barnaba mógł usiąść i zacząć porządkować swoje odczucia. Samolot był nad Bałtykiem, a Barnaba doszedł do momentu rewizji, gdy nachyliła się nad nim stewardesa z tacką, na której stał oblodzony kieliszek z przezroczystym płynem.
– Pozdrowienia od pana na lewo przy oknie.
Barnaba spojrzał w lewo. Uśmiechnięta twarz faceta była częściowo zasłonięta ręką z kieliszkiem. Druga ręka wykonywała znajomy znak Solidarności.
– Za Lecha – zawołał fundator.
– Za Lecha – powtórzył Barnaba, spełnił toast i pomyślał: Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Przemknęła mu przez głowę myśl, że od tej pory figuruje w aktach Służby Bezpieczeństwa jako „organizator nielegalnych zebrań”. Ninka słusznie kręciła nosem. Acha, jeszcze coś. Ta fotografia i pytanie celnika podczas rewizji:
- Dlaczego tu jest amerykańska flaga?
- Bo zdjęcie zrobiłem w Ameryce.
- Nie za dużo tam żółtków?
- Tego nie zgadniesz, a ja ci nie powiem – pomyślał wtedy Barnaba – że to wietnamscy wojskowi demonstrujący w Waszyngtonie po utracie swojego państwa – Wietnamu Południowego. Bo od razu byś powiedział, że to nielegalne.

Samolot doleciał do Montrealu. Barnaba wyjątkowo szybko przeszedł przez kontrolę kanadyjską. Celnik pociągał nosem i krzywił się na jakiś nieznany, a doskwierający mu zapach. Barnaba nie miał trudności z ustaleniem przyczyny – był to rozbity likier na wiśniach w gigantycznej torbie podręcznej.

Furgonetki biura podróży Polonez, kursujące między Montrealem a Nowym Jorkiem, były według jednego z przyjaciół Barnaby bezpośrednim wynikiem działalności Jerzego Urbana jako rzecznika reżymu. Według przyjaciela podczas jednej z konferencji prasowych zdarzyło się Urbanowi palnąć coś o „lotniskach otwartych dla przyjaciół i tylko dla przyjaciół”. Cytat ten miał w czasie stanu wojennego zainspirować decyzję Reagana o zamknięciu lotnisk USA dla polskich samolotów. Prawdziwe czy nie, Barnaba wraz z gronem innych pasażerów z Warszawy zaokrętował się do takiej furgonetki. Kierowca, pan Bronek, był życzliwy, ale lekko się zawahał, kiedy poczuł dziwny zapach.
– Wie pan co, położymy pański bagaż na brzegu. Tak będzie lepiej. Panowie, ładujemy się – zawołał do reszty pasażerów.
– Coś tu śmierdzi – narzekał jeden z pasażerów.

Zatrzymali się na granicy amerykańskiej. Pan Bronek powiedział:
– Panowie, wszystko będzie w porządku. Dajcie paszporty, ja będę wszystko załatwiał. Musicie tylko iść ze mną do okienka, urzędnik musi porównać wasze twarze z paszportami.
Celnik wprawnie otwierał paszporty i potwornie kalecząc, wywoływał polskie nazwiska. Pan Bronek, zerkając celnikowi przez ramię, korygował wymowę. Wywołany odpowiadał: „Obecny”, pan Bronek tłumaczył: „Present” – i w ten sposób, wliczając konieczne stemplowanie, formalności zostały zakończone w trzy minuty. Przyszła kolej na cło. Celnik podszedł do furgonetki, pociągnął nosem i wskazał na pierwszy z brzegu bagaż. Była to torba Barnaby.

Pan Bronek zawołał:
– Panowie, czyj to bagaż. Proszę otworzyć.
– To tego pana, co mu śmierdzi – zawołał jeden z pasażerów. Barnaba otworzył torbę. Celnik z wahaniem zanurzył w niej dłoń i wyciągnął bochenek chleba. Obejrzał się i wskazał palcem na Barnabę.
– Food – powiedział. Pan Bronek przetłumaczył:
– On mówi, że to jest jedzenie.

Barnaba musiał myśleć szybko. Tylko fortele, jak pan Zagłoba. Udam, że nie znam angielskiego.
– Chleb – odrzekł.
– Właśnie – skomentował pan Bronek.
Celnik zwrócił się do pana Bronka.
– Powiedz temu człowiekowi – tu wskazał na Barnabę – że jedzenia nie wolno wwozić do Ameryki.
Pan Bronek przekazał:
– On mówi, żebym panu powiedział, że jedzenia nie wolno wwozić do Ameryki.
– Niech pan mu powie, że ja wiem, że jedzenia nie wolno wwozić do Ameryki – zripostował Barnaba.

Pan Bronek miał lekkie kłopoty z przełożeniem tego, ale jakoś sobie poradził.
– To dlaczego on wwozi jedzenie? – zapytał celnik.
– On pyta, dlaczego pan wwozi jedzenie – powiedział do Barnaby pan Bronek.
– Niech pan mu powie, że teraz to wiem, ale przedtem nie wiedziałem – odrzekł Barnaba.
Widząc rozpacz w oczach celnika, pan Bronek skrócił to do:
– On przedtem nie wiedział.
Celnik zastanawiał się. Barnaba powoli tracił poczucie rzeczywistości. Powtarzał sobie cicho:
– Jestem, żyję, świat jest racjonalny. Nazywam się Barnaba. Mam czterdzieści osiem lat.

Celnik spytał pana Bronka: – Co on mówi?
Pan Bronek spytał Barnaby: – Co pan powiedział?
– Powiedziałem, że nawet bułek już nie będę przewoził.
Pan Bronek wnerwił się i przetłumaczył:
– On już nie będzie.
Celnik podniósł chleb w górę, wskazał nań palcem i z wysiłkiem powiedział:
– Kleb... niiii. – I włożył chleb z powrotem do torby. Barnaba wyjąkał:
– Yessss, No.

Celnik spojrzał na Barnabę, podniósł prawą dłoń w znaku Solidarności, powiedział: „Lalesa”, i odszedł. Pan Bronek przetłumaczył automatycznie: „Wałęsa”. Barnaba powiedział do pana Bronka:
– Niech pan mnie zapyta, ile ja mam lat.
– Ile pan ma lat?
– Czterdzieści osiem, i nawet nie wiem, że jedzenia nie wolno wwozić do Ameryki – powiedział Barnaba.

Ku uldze pasażerów z delikatniejszym powonieniem Barnaba wysiadł z furgonetki przed Nowym Jorkiem, w miasteczku Plattsburg, koło oświetlonego McDonalda. Stąd telefon do żony w odległym o pięć mil domu miał zapewnić mu transport. Telefon był zajęty, tak teraz, jak i piętnaście minut później. Barnaba wciągnął bagaż do McDonalda i czekał przy kawie. Kolejna próba telefoniczna się powiodła. Wracając od telefonu, Barnaba poczuł znajomy zapach likieru na wiśniach. Nie zdziwiło go więc, że ludzie przy sąsiednim stoliku rozmawiali o zapachach.

Żona Barnaby przyjechała i powiedziała:
– Co za dziwny zapach w tej restauracji. Ale nie o tym chcę mówić. Nie zadbałeś o podręczną torbę i zbiłeś likier na wiśniach.
– Właśnie – powiedział Barnaba.
– Co własnie?
– To właśnie stąd ten zapach. Ale skąd ty wiesz o tym?
– Właśnie skończyłam rozmowę telefoniczną z Ninką. Przekażę ci tylko jej konkluzję tyczącą się twojego sposobu transportowania likieru. Powiedziała: „tacy ludzie jak twój mąż nie powinni być wpuszczani na lotniska, szczególnie w piątki, trzynastego”. Określiła cię także jako „powietrznego terrorystę”. – Tu żona przerwała na chwilę, aby powiedzieć:

– Chcę ci zadać pytanie.
– Wiem, o co chcesz mnie zapytać – powiedział Barnaba. – Chcesz mnie zapytać, ile mam lat.
– Skąd wiesz? Jak zgadłeś?
– Bo wiem – powiedział Barnaba. Coś musiało być w jego głosie, bo sąsiedzi przerwali rozmowę o zapachach.

– Mam czterdzieści osiem lat i nawet nie wiem, jak przewozić likier na wiśniach – powiedział Barnaba i wreszcie głęboko odetchnął. 

       KONIEC PREZENTOWANEJ W 40 ODCINKACH KSIĄŻKI 
                 "JAKŻE PIĘKNIE ONI NAMI RZĄDZILI"

 Jeśli odcinek podoba Ci się i chcesz mi o tym powiedzieć - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu. Sprawisz mi tym przyjemność.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też użyć tych maleńkich kwadracików na dole bloga do udostępnienia na Facebooku, Twitterze czy G+.

                          Kolejne opowiadanie za tydzień.

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .

piątek, 7 lipca 2017

#Festyn opowiadań™, Nr 96.

Jakże pięknie oni nami rządzili, odc. 39



                         CZĘŚĆ PIĄTA

      PO WOJNIE, ODBUDOWA I KOMUNIZM

                          ROZDZIAŁ XVII

            Towarzysze sekretarze odchodzą


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

Linki do poprzednich odcinków:

Odcinek 1   tutaj       Odcinek  2 tutaj           Odcinek 3 tutaj                 Odcinek 10 tutaj
Odcinek 4   tutaj       Odcinek  5 tutaj           Odcinek 6 tutaj                 Odcinek 11 tutaj
Odcinek 7   tutaj       Odcinek  8 tutaj           Odcinek 9 tutaj                 Odcinek 12 tutaj 
  Odcinek 13 tutaj      Odcinek 14 tutaj           Odcinek 15 tutaj              Odcinek 16 tutaj
  Odcinek 17 tutaj      Odcinek 18 tutaj         Odcinek 19 tutaj           Odcinek 20 tutaj
  Odcinek 21 tutaj     Odcinek 22 tutaj        Odcinek 23 tutaj            Odcinek 24  tutaj
  Odcinek 25 tutaj     Odcinek 26 tutaj        Odcinek 27 tutaj            Odcinek 28  tutaj
  Odcinek 29 tutaj     Odcinek 30 tutaj        Odcinek 31 tutaj             Odcinek 32 tutaj
  Odcinek 33 tutaj     Odcinek 34 tutaj        Odcinek 35 tutaj             Odcinek 36 tutaj
                                           Odcinek 37 tutaj     Odcinek 38 tutaj



Ile pan ma lat, panie Barnabo. W piątek, 13 stycznia 1984 roku czterdziestoośmioletni Barnaba znajdował się na warszawskim lotnisku Okęcie, skąd miał odlecieć do Montrealu. Wizyta Barnaby w Warszawie trwała 10 dni. Były to dni pracowite. Przede wszystkim Barnaba odbywał regularny cykl wizyt u rodziny i przyjaciół. Ponadto każdego dnia Barnaba spędzał godziny od drugiej do piątej przy stoliku w kawiarni Nowy Świat, funkcjonując według określenia szwagierki Ninki jako „listonosz z Ameryki”. Spotykał się tam z nieznanymi mu dotąd ludźmi, doręczał listy i relacjonował, co nowego u Zbyszka w Montgomery, Alabama, Jolki w Las Vegas, Nevada, Janusza w Anchorage, Alaska, i u innych emigrantów w różnych takich miejscach.
– Proszę pana, Jola nie powinna więcej spotykać się z tym człowiekiem – przekonywała Barnabę zaczerwieniona z emocji matka Jolki. – Czy nie mógłby pan zobaczyć się z Jolą i jej to osobiście przekazać?
– To może być trudne, proszę pani – bronił się Barnaba. – Ameryka jest duża, musiałbym przebyć odległość jak stąd do Uralu.
Matka Jolki wyszła ze spotkania obrażona na geografię.

Rola Barnaby jako „tego, co może załatwić pracę w Ameryce”, była niezamierzona i trudniejsza.
– Najlepiej byłoby, żeby pan znalazł mi coś w Hollywood. Zbyszek tyle lat siedzi w Stanach i wciąż nie umie takich rzeczy załatwiać. Tu trzeba kogoś z biglem, tak jak pan – przekonywał Barnabę pan Adaś, z wyglądu czarna owca rodziny.
– A jak u pana z angielskim, panie Adasiu?
– Język? Proszę pana, język to dla mnie jak splunąć. Ja jestem zdolny.
– A ile zna pan języków?
– No, na razie nie pracowałem nad tym. Jak tylko będę w Hollywood, natychmiast zacznę. Mój dziadek nauczył się niemieckiego w Hamburgu.
– Sądzi więc pan, że języków najlepiej uczyć się w miastach, które zaczynają się na literę H – zauważył Barnaba – to ciekawe spostrzeżenie. Ale teraz poważnie, panie Adasiu. Co pan by tam robił? Szczerze mówiąc, to jest trudne. Samotność, początkowa nędza, inne społeczeństwo – nie wszyscy to wytrzymują. Są samobójstwa, załamania.
– Panie Barnabo. Oni mnie jeszcze w Ameryce nie widzieli. Sądzę, że najpierw bym się zaczepił jako tłumacz, a potem zobaczymy. Proszę pani – tu pan Adaś zwrócił się do kelnerki – jeszcze po koniaczku.

Wieczorem, u szwagrów, Ninka rozważała możliwe analogie.
– Pomysły pana Adasia przypominają mi rok czterdziesty piąty, kiedy to analfabetę zrobili burmistrzem Garwolina. Oczywiście nie przyszło mu do głowy uczyć się czytać. Największy kłopot miał biedak z tajnymi pismami, bo zwykłą korespondencję czytała mu głośno sekretarka. Rozwiązał problem szybko. Tajne pisma sekretarka też czytała głośno, ale z zasłoniętymi uszami.
Barnaba zawsze cenił sobie komentarze Ninki. Nie zastanowił się jednak nad inną poczynioną przez nią uwagą, że używanie przez osobę prywatną kawiarni do regularnych codziennych spotkań jest praktyką w Polsce Ludowej niecodzienną. Przecież sprawy układały się dobrze. Po zeszłorocznej wizycie Papieża Jana Pawła II w Polsce zelżało i musiało zelżeć dalej.

Sam Barnaba miał dobry kontrakt – dwuletnie wykłady o zastosowaniu komputerów w konstrukcji maszyn. Dziekan wydziału był przyjacielski, uniwersytet wprawdzie nie w pierwszej dziesiątce, ale przyzwoity uniwersytet amerykański z dobrą podstawą finansową. Komputerów na świecie przybywało, więc zastosowanie ich w konstrukcji maszyn miało sens.
Bieżącym problemem był bagaż Barnaby. Kobiety polskie jakoś nie mogą pogodzić się z myślą, że ktoś może podróżować, nie wioząc co najmniej pełnego dozwolonego bagażu. Stąd na lotniskach całego świata, aby rozpoznać rodaków (przynajmniej tych żonatych), wystarczy ulokować punkt obserwacyjny przy odbiorze bagażu.

Jako skutek tej narodowej wady Polek, jadąc do Polski, Barnaba wiózł dwie ponadwymiarowe walizy oraz olbrzymią ręczną torbę wyładowaną Bóg wie, czym. Okazało się, że gdy będzie wracał, będzie tak samo, bo tym razem nadzór nad pakowaniem objęła Ninka. Dostarczyło to Barnabie uciechy intelektualnej, bo większość pakowanych rzeczy zaopatrywanych było przez Ninkę w komentarze. Uciecha Barnaby doszła do szczytu w połowie drugiej walizy. Seria skojarzeń Ninki wiodła od hasła „komputer” zamieszczonego w dziecinnej książeczce do jej znajomego profesora Politechniki, który twierdził, że Polacy są najlepszymi lekarzami i inżynierami na świecie.
– Co twój znajomy wie o jakości stomatologów w szwedzkim mieście Uppsala?
– O ile wiem, jego teza opiera się raczej na głębokim przekonaniu niż na nudnych danych statystycznych – odpowiedziała Ninka.

Jako samoobronę przed nudą podczas swoich podróży Barnaba wykształcił sobie umiejętność myślenia na tematy oderwane. Teraz zakonotował więc sobie w pamięci nowy temat do takich rozmyślań. Ten zysk intelektualny był jednak marną rekompensatą faktu, że na Okęciu znalazł się znów z za dużym i za ciężkim bagażem. Tu perfidny los zgotował mu nowy cios. Barnaba nie mógł przewidzieć, że pani Jadzia, była niania jego córeczki, żegnając go na lotnisku, doręczy mu pożegnalny podarunek dla byłej podopiecznej – pełnowymiarową lalę z zamykającymi się oczyma i płaczącą.

Zabranie lali było niemożliwe. Barnaba uznał, że powinny przemówić fakty. Pokazał pani Jadzi swoje bagaże, opisując torciki warszawskie, alkohole, kaszę gryczaną, chleb, ptasie mleczko i inne ważne artykuły, które był obowiązany przewieźć do Stanów. W końcu zapytał:
– Co mam zrobić, pani Jadziu?
Mężczyzna nigdy nie zrozumie kobiet. Barnaba nie przewidział, że pani Jadzia zareaguje płaczem, i załamał się, kiedy perfidnie manipulowana lala dołączyła do pani Jadzi. Płacz obu był nie do zniesienia.
Zagadka o kozie, wilku i kapuście była pierwszą rzeczą, jaka przyszła Barnabie do głowy, gdy stanął przed problemem zwiększonego bagażu. Nie znalazłszy jednak w zagadce dobrego odniesienia do jego sytuacji, poniechał jej i wprowadził sześcioelementową listę – dwie walizki, torba, lala, paszport, bilet. Z tych rzeczy mógł zatrzymać przy sobie tylko trzy, wśród nich paszport i bilet. Do kabiny mógł więc zabrać albo lalę, albo dotychczasową podręczną torbę. Potrzebował więc odpowiedzi na dwa pytania: Czy pozwolą mu oddać trzy rzeczy na bagaż? oraz Co ma oddać?
W tym momencie kolejka doprowadziła Barnabę do kontuaru, gdzie stewardesa rzekła niecierpliwie:
– Pana bilet proszę. – Skracając listę Barnaby do pięciu elementów, szybko uporała się z papierami i zapytała:
– Co pan oddaje?

Zarówno poprzednie, jak i obecne postępowanie Barnaby pozwala podejrzewać, że był oportunistą – człowiekiem biernym, popychanym do akcji przez toczące się wokół niego wydarzenia. Nie był liderem, kimś, kto organizuje rzeczywistość koło siebie. Lider zacząłby od wydania lali rozkazu:
– W tył zwrot, za mną marsz! – I byłoby dla niego zupełnie naturalne, że stewardesa też wykonałaby komendę, dołączając do pochodu. Speszony oportunista Barnaba mógł tylko wyjąkać:
– Chciałbym oddać lalkę.
– W porządku. A walizki? – Stewardesa wyciągnęła rękę po lalę.
– Nie, nie. Ja chcę oddać tam. – Tu Barnaba pokazał na grupę odprowadzających i zdrętwiał. Pani Jadzia patrzyła jak rozwścieczony szakal. Stewardesa poszła za jego wzrokiem, następnie spojrzała na bagaże Barnaby – i o dziwo – zrozumiała sytuację. Uśmiechnęła się porozumiewawczo.
– Proponuję, aby oddał pan walizki i tę dużą torbę, a lalę weźmie pan do kabiny.
– Dziękuję pani bardzo – powiedział Barnaba. Serce wypełniło mu uczucie gorącej miłości do wszystkich Polek, włączając panią Jadzię.

Kiedy Barnaba przekraczał barierkę kontroli paszportowej, zwróciła jego uwagę niecodzienna gestykulacja Ninki. Ona jednak bardzo emocjonalnie przeżywa mój odlot – zauważył – ciekawe, dlaczego?
Kontrola paszportowa trwała długo. Porucznik WOP-u coś tam sprawdzał, zaglądał pod swój kontuar, dzwonił, sapał, oglądał bilet. Jakiś niemrawy facet – myślał Barnaba. W końcu jednak porucznik przybił należne pieczęcie i Barnaba mógł przejść do kontroli celnej. Po długiej odprawie paszportowej Barnaba był jednym z ostatnich pasażerów. Nie zdziwiło go więc, że aż dwóch celników szperało w jego bagażu. Jeden z celników był rudy. Barnaba zauważył z rozbawieniem – to na szczęście, przyda się, bo dziś jest piątek, trzynastego. Był jak zawsze spokojny, nie miał nic, co można było nazwać przemytem, może lekką nadwyżkę alkoholu, spowodowaną likierem na wiśniach, który Ninka upolowała w przeddzień jego wyjazdu.

Celnik właśnie przeglądał listy. Po posiedzeniach w kawiarni było ich dużo.
– Panowie, nic nie znajdziecie, nie ma co szukać – powiedział Barnaba.
Drugi z celników, ten rudy, otworzył barierkę i powiedział:
– Pan pozwoli tutaj.
– Ależ oczywiście. – Barnaba przeszedł przez barierkę, celnik kiwnął na niego i zaczęli iść w stronę bocznej ściany hali. Przy ścianie stał wopista. Celnik otworzył jakieś drzwi i znaleźli się w małym pokoiku. Był intymny, ściany miał zielone, duży wieszak i stół.
– Pan podjął próbę wywozu druków, które nie mają debitu na terenie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Pańska próba została udaremniona – powiedział celnik z dumą. Ciągnął dalej: – Na podstawie artykułów prawa celnego powinien pan być poddany rewizji osobistej. Proszę się rozbierać.
– Panowie, co jest grane? Ja ani nie wwiozłem, ani nie wywiozłem żadnego debitu. Powiedzcie to po polsku.
– Pan wiózł nielegalne wydawnictwo ukryte w jednym z listów. – Tu celnik rzucił na stół kartkę powielanego papieru formatu maszynowego, złożoną we czworo. Rozłożył kartkę. Z kartki blado promieniowały niebieskie litery „SOLIDARNOŚĆ MAZOWSZE”. Poniżej był tytuł: „Urban, czyli Uszy Słonia Trąbalskiego”.

Zdumienie Barnaby nie miało granic. Nie to, że zawahałby się wieźć coś takiego – przeciwnie, z jego upodobaniem do słowa drukowanego wiózłby. Rzecz w tym, że Barnaba nie wiedział, że wiezie Biuletyn Mazowsza[1].
– Panowie, ja to muszę przemyśleć.
– Tu nie ma co myśleć, niech się pan rozbiera.
Barnaba zdjął marynarkę, krawat, koszulę, zaczął rozpinać pasek. I wtedy zrozumiał. Robił za dysydenta. Za późno, panowie, za późno. Trzy lata temu – o, to byście mieli połów, ale nie dzisiaj. Ściągając majtki, parsknął śmiechem. Rudy celnik spojrzał zdumiony, a drugi zaszedł go z tyłu.
– Proszę rozchylić pośladki. Szerzej proszę.

Rewizja była skończona. Wyszli do hali, była pusta, na środku stał rozgrzebany bagaż Barnaby. Trzech tragarzy stało obok.
– Panowie, czy ten pan leci? Co z bagażem – ładować czy nie? – zapytał tragarz.
– Proszę zaczekać, za chwilę się dowiemy – powiedział celnik, prowadząc Barnabę do swojego biurka. Z dolnej szuflady wyciąnął jakiś formularz i zaczął go pracowicie wypełniać, zaglądając do paszportu Barnaby. Za Barnabą stał wopista.
– Pan leci na paszporcie służbowym – powiedział celnik.
– Tak – grzecznie odpowiedział Barnaba.
Zadzwonił telefon.
– Tak, tak – powiedział celnik do słuchawki – wiezie około pięćdziesięciu listów. Tak, zgodnie z prawem. Rozumiem. – Położył słuchawkę i spojrzał na Barnabę. I w tym momencie wszystko w końcu dotarło do Barnaby. Przecież oni mogą go zatrzymać nawet za takie głupstwo. Rodzina tam, praca tam, a Barnaba tutaj. Głupio.

Celnik podał mu formularz, który tak pracowicie wypełniał.
– Zgodnie z tym dokumentem nielegalny druk, który usiłował pan wywieźć, zostaje skonfiskowany. Proszę podpisać na dole, że przyjął pan to do wiadomości.
Barnaba podpisał.
– Ile pan ma lat, panie Barnaba? – zapytał celnik.
– Czterdzieści osiem.
– I w tym wieku pan nawet nie wie, że na organizowanie zebrań w kawiarniach trzeba mieć zezwolenie, a jak się nie ma, to można za to posiedzieć. Życzę panu dobrej podróży. – Celnik podał Barnabie paszport. Barnaba obejrzał się do tyłu. Wopista zniknął, a na ten widok tragarz kiwnął na Barnabę i powiedział:
– Niech pan się pakuje, bo panu samolot odleci.
Rzeczywiście nikogo już w hali nie było. Tragarz wsadził walizki na wózek i powiedział:
– Niech pan idzie do autobusu.



[1] Wydawany w konspiracji tytuł Solidarności.


KONIEC ODCINKA 39

 Jeśli opowiadanie podoba Ci się i chcesz mi o tym powiedzieć - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu. Sprawisz mi tym przyjemność.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też użyć tych maleńkich kwadracików na dole bloga do udostępnienia na Facebooku, Twitterze czy G+.


Za tydzień ciąg dalszy książki "Jakże pięknie oni nami rządzili".

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.

Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .

piątek, 30 czerwca 2017

#Festyn opowiadań™, Nr 95.

Jakże pięknie oni nami rządzili, odc. 38


                         CZĘŚĆ PIĄTA

      PO WOJNIE, ODBUDOWA I KOMUNIZM

                          ROZDZIAŁ XVII

            Towarzysze sekretarze odchodzą


© copyright Andrzej Olas (andrzej.f.olas@gmail.com)

Linki do poprzednich odcinków:

Odcinek 1   tutaj       Odcinek  2 tutaj           Odcinek 3 tutaj                 Odcinek 10 tutaj
Odcinek 4   tutaj       Odcinek  5 tutaj           Odcinek 6 tutaj                 Odcinek 11 tutaj
Odcinek 7   tutaj       Odcinek  8 tutaj           Odcinek 9 tutaj                 Odcinek 12 tutaj 
  Odcinek 13 tutaj      Odcinek 14 tutaj           Odcinek 15 tutaj              Odcinek 16 tutaj
  Odcinek 17 tutaj      Odcinek 18 tutaj         Odcinek 19 tutaj           Odcinek 20 tutaj
  Odcinek 21 tutaj     Odcinek 22 tutaj        Odcinek 23 tutaj            Odcinek 24  tutaj
  Odcinek 25 tutaj     Odcinek 26 tutaj        Odcinek 27 tutaj            Odcinek 28  tutaj
  Odcinek 29 tutaj     Odcinek 30 tutaj        Odcinek 31 tutaj             Odcinek 32 tutaj
  Odcinek 33 tutaj     Odcinek 34 tutaj        Odcinek 35 tutaj             Odcinek 36 tutaj
  Odcinek 37 tutaj


– Wolałbym, żeby studentów szukających toalety nie kierował pan do mojej sekretarki – powiedział dziekan Okeke – tym bardziej że każdy początek roku akademickiego oznacza dla niej dużo pracy.

- A co mam robić? – chciałem odpowiedzieć. – Przyjdzie taki, zamamle coś tym swoim murzyńskim slangiem (to nie, że mam coś przeciw Murzynom, to tylko mój stres i ten cholerny slang), nie rozumiem, czego chce – a niech sobie idzie pomamlać sekretarce.

Milcząc, skinąłem głową. Dziekan uśmiechnął się:
– Jak pan znajduje naszą Alabamę? Zaraz, zaraz – zastanowił się – przecież to dopiero trzy tygodnie od pańskiego przyjazdu?
– Jestem zafascynowany – odpowiedziałem. – Ta bujna przyroda dookoła. Olśniewająca. To wysokie nocne niebo.
To nie jest to, co naprawdę myślę. Bo myślę tak: Choć ciebie, dziekanie, akurat lubię, to nie powiem ci, że mi tu źle, bardzo źle. Bo tęsknię – do Polski, do rodziny. Ale do tego, że mu źle, mężczyzna się nie przyznaje.

Jeszcze trzy tygodnie wcześniej, w lipcu roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego byłem adiunktem w Polskiej Akademii Nauk, zażywałem w rodzinnej Warszawie rodzinnego szczęścia z piękną i dzielną żoną – Elą – kobietą pracującą, i trójką uroczych dzieci. Pisałem pracę habilitacyjną, miałem niezachwiane przekonanie o własnych talentach i uważałem, że życie jest ciekawe, a pieniądze szczęścia nie dają.
Oj, nie dają szczęścia, nie dają, ale bywa, że kiedy pieniędzy zabraknie, jedzie się gdzieś tam, gdzie mogą być, do Abidżanu, Ułan Bator czy też do Alabamy. Szczególnie kiedy się ma troje dzieci.

A wyjeżdżać było przykro – akurat wtedy, kiedy w kraju ludzie zaczęli się do siebie uśmiechać. No, nie do wszystkich, nie do sekretarzy i członków egzekutywy. Ale do siebie. Wyobraźcie sobie, co to było – dziesięć milionów członków Solidarności uśmiechających się do siebie.
Nie, ja nie stawiałem czoła komunizmowi, ja jestem raczej z tych pokornych; przed Solidarnością łatwo wmówiłem sobie, że przecież nauka jest pierwsza, i dlatego ja mogę być neutralnym. Dopiero kiedy latem poprzedniego roku wybuchła Solidarność, to jednak troszeczkę ręki przyłożyłem do utworzenia Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Pracowników Nauki, Techniki i Oświaty[1]. Ale to by było na tyle. Mało – wstyd przyznać, ale mało.
Nie, jeszcze coś. W tym czasie odbyłem rozmowę z kuzynem Stasiem, wnukiem wybitnego działacza akowskiego z czasów okupacji – później pokutującego przez trzy lata w stalinowskich łagrach. Spytałem Stasia, dlaczego wśród głosów sugerujących reformy polityczne nie słychać głosu wciąż żyjącego starszego już pana.

– Nie licz na to. Dziadek powiedział mi, że gdyby wiedział, jaką cenę zapłaci jego żona i dzieci za jego pracę w konspiracji, to nigdy by się tego nie podjął. O polityce w ogóle nie chce rozmawiać.
Bo cena była. Dzieci bez studiów, byle jaka praca dla kształconego na najlepszych uczelniach agronoma i trzydzieści lat upokorzeń. Smutne, ale pozwala to dojść do sedna sprawy – jak należy być patriotą. Należy być mądrze. Walczyć, kiedy walka nie zagraża bliskim i kiedy są szanse na wygraną.

No ale wróćmy do pieniędzy. Jeszcze przed Solidarnością, na wiosnę roku 1980, powiesiłem na ścianie sypialni mapę świata i zaznaczyłem na niej kraje, gdzie miałem kontakty. Było ich trochę – cudzoziemcy i ci koledzy, co zostali za granicą. Rozesłałem pękate listy z CV w różnych językach na cztery strony świata.
I czekałem, dalej pisząc habilitację i zerkając na topniejące zasoby pieniężne. Aż pewnego lipcowego ranka roku 1981 otrzymałem list z Ameryki z rocznym kontraktem na stanowisko visiting professor. W ten to sposób, po drobnej utarczce o paszport, znalazłem się w Alabamie. Nareszcie poza zasięgiem pierwszego sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – wówczas towarzysza Stanisława Kani.

Tam, w Alabamie, zastał mnie wprowadzony przez towarzysza generała W. Jaruzelskiego stan
wojenny. Jedyne, co mogłem zrobić, to głośno powiedzieć, że się nie zgadzam. A także w dniu sławnego przemówienia prezydenta Reagana – pójść w olbrzymim nowojorskim pochodzie protestacyjnym i obrzucić jajkami konsulat PRL-u w Nowym Jorku. Tylko tyle mogłem.

A w następnych dwóch latach czekała mnie batalia o paszporty dla żony i dzieci. Wygrana, ta jedna mała, prywatna batalia, ale wygrana kosztem lat spędzonych samotnie, nerwów, załamań, ryzykownych pociągnięć. Jak zawsze, jak zdarzyło się w poprzednich pokoleniach – rządzący byli przeciwko mnie.
Wydaje mi się, że historię zmagań mojej rodziny z wielkimi tego świata mogę zakończyć opowiadaniem o perypetiach podróży Polska–Ameryka, co ukaże się w następnym odcinku.



[1] Patrz opowiadanie Dlaczego panowie chcą wszystko zniszczyć w moim zbiorze opowiadań Dom nad jeziorem Ontario, http://www.atut.ig.pl/?651,dom-nad-jeziorem-ontario.



KONIEC ODCINKA 38

 Jeśli opowiadanie podoba Ci się i chcesz mi o tym powiedzieć - kliknij na Facebooku na "Lubię to" albo dodaj komentarz na blogu. Sprawisz mi tym przyjemność.

Jeśli masz ochotę dodać komentarz - spójrz w dół, na koniec postu. Tam jest miejsce na komentarze. Możesz też użyć tych maleńkich kwadracików na dole bloga do udostępnienia na Facebooku, Twitterze czy G+.


Za tydzień ciąg dalszy książki "Jakże pięknie oni nami rządzili".

Jeśli chcesz przeczytać inne opowiadaniu Festynu - wróć do góry, do początku opowiadania i spójrz na prawą stronę ekranu - tam dostrzeżesz Archiwum Bloga. Klikając na wyszczególnione miesiące uzyskasz dostęp do wszystkich dotąd opublikowanych opowiadań.

Znajdziesz mnie i te opowiadania także na Facebooku (Andrzej Olas). Najlepiej dołącz do grupy Festyn Opowiadań (w okienko szukaj na Facebooku wpisz Festyn Opowiadań). Polecam to, bo w grupie zamieszczone są wyłącznie linki do opowiadań Festynu - jest to więc łatwy do przeglądania interaktywny spis rzeczy.

Opowiadania festynu są też od niedawna na twitterze. Szukaj tam mnie: Andrzej Olas, jeśli chcesz możesz włączyć mnie do osób obserwowanych.

Książka "Jakże pięknie oni nami rządzili" jest dostępna na przykład w EMPIKU.


Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 ma już swoją stronę internetową na Facebooku. Wpisz: @dziecipowstaniawarszawskiego .